Marcin Małek Marcin Małek
344
BLOG

"COSMOPOLIS"

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 1

 

 

Parę lat temu, w Moskwie na jednym z półoficjalnych przyjęć, gdzie nikt nie żałował alkoholu usłyszałem z ust pewnego Rosjanina szczególne wyznanie:

 

Czy wiesz dlaczego tak nienawidzimy Zachodu? Bo wam wszystko wolno! Macie na wyciągnięcie ręki cokolwiek wam się zamarzy i ciągle wam mało! Wiesz czym jest Rosja? Rosja to wielkie więzienie – gdybyś jednej nocy ogrodził nasz kraj wielkim murem, puścił psy, zbudował strażnice i co dziesięć metrów postawił wartownika z karabinem, nikt by się nie zdziwił, wszyscy wiedzieliby za co siedzą a ci, którzy kiedyś by wyszli jeszcze bardziej wiedzieliby do czego wracają i za co siedzieli – taka jest miedzy nami różnica… Wy nie wiecie, za co to wszystko was spotyka, za co te wszystkie dobrodziejstwa. Wy uważacie, że to się wam należy od losu. Bodaj byście sczeźli Panowie! My żremy ziemię i dziękujemy Bogu, że jest jeszcze ziemia, a wy raczycie się kawiorem i popijacie szampanem narzekając, że w sklepach drożyzna. I jak was kochać? Jeśli sami siebie nie kochacie, ani tej ziemi, która wam wszystko oddała. Jak was szanować, skoro myślicie o sobie, że jesteście niewinni? Byłem w Polsce… Taki bogaty kraj, wszystkiego czego dusza zapragnie, piękne domy, szerokie, czyste ulice, na wsi urodzaj i każdy ma ziemię – własną ziemię, nie ma gubernatorów, nie ma milicji, mówicie co wam ślina na język przyniesie, do kryminału wsadzają bandytów a nie zwykłych ludzi – czego wam jeszcze trzeba? Dokąd jeździcie? Za chlebem powiadasz? U was dostatek chleba i nikt na ulicy nie zdycha. Gdzie was niesie? Na co wam Niemcy, Anglia, Irlandia, skoro to u was jest Zachód? Nienawidzimy was nie za to kim jesteście, lecz za to czym się staliście. Widzieliśmy w was braci i siostry, ale wy na nas plujecie, patrzycie z góry i traktujecie jak bydło. Może to i prawda, że śpi w nas bydle, ale czy możesz powiedzieć, że w was nie śpi? I co zrobisz, kiedy pewnego dnia skończą się wszystkie dobrodziejstwa, a ty na śmierdzącym sienniku, pod zgniłą, przeciekającą strzechą poczujesz nagle, że wyłazi z ciebie ostatni zwierz, że za pajdę chleba sprzedałbyś cały świat łącznie z najbliższą rodziną – co wtedy zrobisz? Nie patrz tak na mnie, bo dostaniesz po gębie jaśnie paniczu z Polski. Nie patrz tak!

 

Wykrzykując ostatnie słowa rozpłakał się jak dziecko i objął mnie tak mocno, że aż zaparło mi dech w piersiach. Nie bardzo wiedziałem, jak rozumieć ów nagły przypływ szczerości, człowiek wydał mi się żałosny, do tego daleko mu było do stanu trzeźwości, ja także miałem problemy z usystematyzowaniem myśli, odłożyłem więc sprawę na potem.

 

Długo trwało owo „potem” – kilka z okładem lat, aż wreszcie, tym razem w Dublinie, w Irish Writers' Centre1 spotkałem zupełnie innego Rosjanina. Jak się później okazało, był to człowiek uczony, przy czym wielce szykowny, o nienagannych manierach, znający kilka języków i co najdziwniejsze nie pijący alkoholu2 – słowem druga, rzadko oglądana strona tego samego medalu. W przerwie pomiędzy nudnymi odczytami wydawców zaczepił mnie grzecznie:

 

Pan z Polski? Jeśli tak to bardzo się cieszę… Studiowałem w Warszawie, mieszkałem na Bonifraterskiej, zna pan to miejsce? Tak tam ładnie… I braciszkowie za pasem – przepraszam – chciałem powiedzieć pod nosem. Niech zgadnę – pan pisarz? Zresztą, proszę nie odpowiadać i tak wiem. Dziwnie wam z oczu patrzy i te brwi, wiecznie ściągnięte ze sterczącymi atenkami… Ich może pan oszukiwać, ale nie mnie. Ma pan to wypisane na twarzy… Ale dajmy temu spokój, przepraszam jeśli byłem zbyt natarczywy. Lubię was literatów, sam nie piszę – dobry los obdarzył mnie fortuną, ale poskąpił talentów – dużo czytam, a czasem wyobrażam sobie nawet, że jestem autorem jednej z tych cudownych książek. Zdrowo jest czasem pomarzyć – a pan, o czym pan marzy? Tylko proszę nie mówić, że o fortunie, nie nabiorę się na to. Więc o czym marzą pisarze? Jak pan myśli, o czym na przykład marzył taki Dostojewski?3

 

Nie wiem – odpowiedziałem próbując pozbierać myśli – z całą pewnością nie o tym, o czym usłyszałem kiedyś w Moskwie od jednego z pana rodaków – tu wtrąciłem opowieść, o tym, jak to wbrew własnej woli i wbrew oczekiwaniom stałem się adresatem wyżej cytowanego manifestu nienawiści.

 

Zadziwiające – skwitował mój rozmówca. Ale pan się nie pogniewał – prawda?

 

Nie, broń Boże, niby o co?

 

Bądź co bądź obraził pana…

 

Nie, raczej nie. Bardziej zasmucił niż obraził. Widzi pan – jak panu właściwie na imię?

 

Przepraszam, gbur ze mnie, nie przedstawiłem się – nazywam się Nikołaj Wasilewicz…

 

Gogol? – przewałem żartobliwie.

 

Chciałby pan – co? Niestety muszę pana rozczarować. Nie Gogol – Golicyn.

 

A to ci dopiero! Z tych Golicynów?4

 

Niestety nic mi o tym nie wiadomo, choć przyznam – nazwisko sławne i wszyscy mnie o nie pytają. Ale wracając do sprawy: mówił pan, że mój krajanin zasmucił pana bardziej niż obraził?

 

Owszem, zwyczajnie nie spodziewałem się takiego odkrycia – przykra świadomość, dowiedzieć się, że ktoś odczuwa w stosunku do mnie nienawiść.

 

Przecież pan wie, że to bzdura, mówił pan, że pana obejmował? Dziwię się, że jeszcze pana nie wycałował… Taka już nasza przywara narodowa, co w duszy to i na język się ciśnie – pijackie banialuki, ot co! Więc jak pan myśli o czym mógł marzyć Dostojewski?

 

Bo ja wiem? O życiu wolnym od trwogi, od trosk?

 

Trafił pan w sedno – tylko teraz pytanie: czy on chciał tego życia wyłącznie dla siebie, czy dla wszystkich?

 

Ależ Nikołaju Wasilewiczu, jak ja mogę odpowiadać za Fiodora Michałowicza? Skąd mam wiedzieć czego chciał?

 

Proszę się nie wykręcać! Pan wie… Więc niech pan odpowie!

 

Skoro pan nalega, dobrze, więc myślę, że chciał tego dla wszystkich.

 

A ja myślę, że i dla wszystkich i tylko dla siebie – pragnął obu rzeczy na raz! Równocześnie wyrzekał się nadziei i jej wypatrywał. Stąpił na samo dno otchłani, by w nieprzeniknionych ciemnościach i w strasznej ciszy zrozumieć, że droga do prawdy wiedzie przez podziemie – De profundis ad te clamavi, Domine.5 To było jego wołanie – zwłaszcza w czasie zesłania – lament człowieka pozbawionego wolności ale nie złudzeń. Niewola sprzyja rachunkom sumienia, jest bezustanną spowiedzią oznajmianą na głos całemu światu, ale w tej spowiedzi, która znowu nie jest aż taka niewinna, kryją się zarzuty, słychać oskarżycielski ton. Spowiedź Fiodora Michałowicza piętnuje wszystkich, którzy swoim życiem w taki bądź inny sposób poddają w wątpliwość bezwarunkową sprawiedliwość przyjętego systemu wartości i niepodważalną czystość moralną jego twórcy. Dostojewski pierwszy rzuca kamieniem. Dlatego twierdzę, że chciał tego życia (wolnego od trosk) przede wszystkim dla siebie, a że przy okazji udało mu się podczepić pod to resztę ludzkości, to i chwała mu i pokłon za to, ale na miłość Boską nie róbmy z niego Świętoszka!

 

Zgadzam się z panem ale tylko po części – nie bez przyczyny mówi się o nim „okrutny talent” – szokował, wzbudzał podziw, wyciskał z najtwardszych ludzi miąższ współczucia, w życiu popełniał mnóstwo grzechów, ale w swojej twórczości zawsze mierzył się z prawdą, dumnie patrząc jej w oczy. Może nie był wzorem cnót, jednak moim skromnym zdaniem, miał w sobie coś, co w naszych oczach go oświetla – miał w sobie tą iskrę daną przez Boga, poniekąd więc wolno go nazwać świętym.

 

O! Nie! Daleko mu było do świętości… Jeśli zaś chodzi o postawę, jaką przyjmował wobec najbliższych sąsiadów Rosji – co zadaje się wielce pana interesuje – to powiem, że odznaczał się skrajnie antynomicznym charakterem, a jego stosunek do Zachodu miał tyleż jasnych, co ciemnych odcieni. Raz jeden Dostojewski był uniwersalistą tzn. postrzegał rodaków jako wszechludzi a ojczyznę widział wśród świata, w którym wypełnia ona swoje posłannictwo, raz drugi ujawniał prawdziwą ksenofobię – nienawidził Polaków, Francuzów, Żydów i skłaniał się ku nacjonalizmowi. W gruncie rzeczy był jak Rosja – miał dwie dusze i dwa serca, wyrażała się w nim prawdziwa natura i kondycja narodu rosyjskiego – dualizm życia, rozumienia i istnienia. Więc kiedy go czytam i kiedy zarazem przyglądam się twórczej sylwetce Puszkina6, gdy współczuję nieszczęściu Czaadajewa7, kiedy chłonę poezję Chomiakowa8 dochodzę do wniosku, że aby żyć w Rosji, aby się w niej utrzymać na powierzchni, nie stać się jednym z „podziemnych ludzi” trzeba urodzić się z zaburzeniami osobowości. Należy cierpieć na rozdwojenie jaźni, albo do tego stopnia zdeprawować swój umysł, aby bez większych wyrzutów sumienia wsunąć głowę w homonto orwellowskiego dwójmyślenia. Taki stan rzeczy ma wszak swoje zalety. Dowodem na to niech będą słowa Wiersiłowa9, któremu Dostojewski włożył w usta pewną zadziwiającą myśl – uwaga, cytuję z pamięci, za Bierdiajewem10 – „Oni (Europejczycy) nie są wolni, a my jesteśmy wolni. Tylko ja jeden w Europie z moją rosyjską troską byłem wówczas wolny. [...] Każdy Francuz może służyć nie tylko swojej Francji, lecz także nawet ludzkości, jedynie pod tym warunkiem, że pozostanie jak najbardziej Francuzem, tak samo Anglik i Niemiec. Jeden tylko Rosjanin, już w naszych czasach, jest najbardziej rosyjski właśnie wówczas , gdy jest najbardziej Europejczykiem. I w tym różnimy się jako naród od wszystkich. [...] We Francji jestem Francuzem, z Niemcami – Niemcem, ze Starożytnym Grekiem – Grekiem i w ten sposób jestem prawdziwym Rosjaninem i najlepiej służę Rosji, ponieważ wyrażam jej główną myśl! [...] Rosjaninowi Europa jest tak samo droga jak Rosja; każdy kamień w niej jest miły i drogi. Europa była tak samo naszą ojczyzną jak Rosja O, bardziej! Nie można bardziej kochać Rosji niż kocham ją ja, jednak nie wyrzucałem sobie nigdy tego, że Wenecja, Rzym, Paryż, skarby ich wiedzy i sztuki, cała ich historia – milsza mi od Rosji. O, Rosjanom są drogie te stare, obce kamienia, te cuda starego świata Bożego, te szczątki świętych cudów i nawet droższe jest to nam, niż im samym. Tylko Rosja nie żyje dla siebie, lecz dla myśli, i uderzające jest to, że już niemal całe stulecie mija, od kiedy Rosja żyje zupełnie nie dla siebie, lecz tylko dla Europy.”11 Natomiast Iwan Karamazow12 wyraża następującą myśl: „Do Europy chcę jechać. [...] Choć wiem z góry, że jadę na cmentarz, ale na najdroższy w świecie cmentarz. Tam spoczywają drodzy zmarli, każdy kamień nad nimi świadczy o tak żarliwie przeżytym życiu, o tak namiętnej wierze w ich bohaterstwo, w ich prawdę, w ich walkę i w ich naukę, że wiem to z góry. Padnę na ziemię i będę całować owe kamienie i zlewać je łzami, chociaż jednocześnie będę wierzył całym sercem, że wszystko to cmentarz i nic ponad to.”13 W „Dzienniku pisarza” czytamy: „Europa – to przecież straszna i święta rzecz. Europa. O, czy wiecie panowie, jak nam jest droga – nam marzycielom słowianofilom14, podług was nienawidzących Europy, ta właśnie <<kraina świętych cudów>>. Czy nie wiecie jak nam są drogie te <<cuda>>, jak je kochamy, czcimy, bardziej niż po bratersku kochamy i czcimy wielkie zaludniające ją narody i wszystko wielkie i piękne, czego dokonały? Czy wiecie jak nas niepokoją losy tej drogiej i bratniej krainy, ile łez nas kosztują, jak nam się serce ściska na myśl o nich, jakim lękiem przejmują nas chmury, coraz bardziej zasnuwające jej niebo? Nie, panowie Europejczycy i okcydentaliści15, nigdyście tak nie kochali Europy, jak my marzyciele słowianofile, my podłóg was jej odwieczni wrogowie.”16 Dostojewski widzi i opisuje starzejącą się Europę, przywodzi mu ona na myśl gnijące jabłko, które psuje się od środka. Ale też nie widzi w tym nic złego, pamięta bowiem, że Zachód ma swoją wielką historię, że ręką wielu pokoleń wypracowano tu ogromną część tak wartościowego wkładu do ogólnej historii ludzkości. Jednak ta ogólność go martwi, przygląda się więc żywo jednostce, rozkłada ją na czynniki pierwsze, odziera rzeczywistość ze złudzeń mijającej epoki. Człowiek Dostojewskiego zmuszony jest do całkowitego obnażenia się, musi ukazać pełnię swej natury, poznajemy, badamy w nim nawet najdrobniejszy atom, uszczegółowiamy wszystko to, o czym do tej pory myśleliśmy, że jest nam obce. W tym jednym Dostojewski wydaje się być nie rosyjski, oddala się od ogółu, kusi go szczegół – zupełnie jak nie u Hegla,17 którego u nas wszyscy kochają nie mniej niż dzieci srogiego, ale mądrego ojca… Zdziwiony? Dostojewski był heglistą, kochał Georga Wilhelma Friedricha wielką i bezwarunkową miłością – do chwili aż spotkał swój kamień, aż go podniósł i pierwszy nim rzucił…Od tej pory wszyscy rzucamy kamienie. Większe, mniejsze, cięższe, lżejsze, ostre, obłe ale zawsze kamienie. Tam w Moskwie, też w pana rzucono i ja rzucam, a pan – proszę wybaczyć – nie bardzo się broni. Dlaczego?

 

Może dlatego, że znam was lepiej niż byście sobie życzyli, że doświadczyłem was nie przez literaturę, nie przez prasę, nie przez opowieści a przez własną skórę, że przeszedłem przez wasz system dedukcji i wartości, którymi się kierujecie – uodporniłem się na was, tak jak wy wzajemnie uodparniacie się na siebie. Nie możecie wyrządzić mi krzywdy, bo po części czuję się jednym z was. Jest w was coś takiego – także i w panu Nikołaju Wasilewiczu, że o dziwo po stokroć wolicie otworzyć duszę przed obcym niż przed swoim, bo on niewiele wie, przez co w waszym odczuciu mniej może zaszkodzić – problem w tym, że ja nie jestem obcy, a wy mimo to powierzacie mi swoje tajemnice.

 

Źle pana oceniłem, wydawało mi się, że jest pan osobą w rodzaju znudzonego epikureisty, ale pan ma w sobie coś z Ławrientiewicza18. Proszę nie myśleć, że to komplement, takich jak wy należy się wystrzegać – za wiele chcecie wiedzieć, a jednocześnie nie wiele macie do powiedzenia. To obrzydliwe!

 

Nie drogi panie! Obrzydliwe jest rzucanie kamieniami w poczuciu bezkarności, a pan sam się do tego przyznał! Ale ja nie mam pretensji – co jest dla was, Rosjan szczególnie charakterystyczne – wy nigdy nie macie pretensji. System skutecznie was tego oduczył i mnie poniekąd.

 

Czyli – kim pan jest tak naprawdę, kim i czym się pan czuje? Polakiem, Rosjaninem, może Irlandczykiem?

 

A pan, myśli pan, że jest pan wystarczająco rosyjski?

 

Ja to wiem. Kłopot w tym, że pan nie wie, albo wydaje się panu, że pan wie, coś czego ja jako Rosjanin mógłbym nie wiedzieć. Pan chce być bardziej rosyjski ode mnie. To wasza największa wada, wy Polacy we wszystkim chcecie być bardziej, jeszcze bardziej i nad bardziej – jeśli pan rozumie co chcę przez to powiedzieć.

 

Rozumiem i ze wstydem muszę panu przyznać rację.

 

O nie, drogi, sam wstyd nie wystarczy. Znaleźliśmy się w idealnym miejscu, a by odpowiedzieć sobie wreszcie na zasadnicze pytanie: kim jestem i gdzie jest moje miejsce na świecie. Nie ma na to lepszego miejsca niż Dublin – „Cosmopolis” na miarę nowego wieku. „Patria mea totus hic mundus est”19 pisał Seneka Młodszy20 w Listach moralnych do Lucyliusza. A co napisałby pan w liście do przyjaciela, nadanym z Dublina?

 

Nie wiem, już dawno nie pisałem listów, wątpię czy jeszcze pamiętam jak się to robi?

 

Dlaczego?

 

Chyba z braku czasu.

 

Z niedostatku czasu? Czy z jego braku? To istotna różnica…

 

Znowu muszę odpowiedzieć – nie wiem. Niby mam na wszystko czas, ale nie umiem go wykorzystać. Jakby był za szkłem, wiem że jest, ale żyję poza nim.

 

Chyba pana rozumiem. To miejsce jest jak cały świat w miniaturze. I „wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu”. Mieszkamy pomiędzy wskazówkami zatrzymanego zegara w okolicy „za pięć dwunasta”. Tkwimy w odpornych na upływ czasu kapsułach nie swoich spraw, nie swoich myśli, nie swoich przeżyć. Chcemy wrócić do tego, co nasze, ale jest coś, co nas trzyma i nie pozwala ruszyć się o krok.Dublin jest pułapką. Im mocniej próbujemy się z niej wydostać, tym bardziej w nią wsiąkamy.Tu, na obcej ziemi, pośród obcych ludzi ze wszystkich zakątków świata – wszystko – nawet najdrobniejsze potknięcie staje się udziałem reszty. Irlandczycy, Rosjanie, Czesi, Słowacy, Polacy, Bułgarzy, Rumuni, Hindusi, Pakistańczycy, Chińczycy, płowa Afryki – wszyscy wiemy o sobie wszystko, nawet to, czego nie chcielibyśmy wiedzieć. Klasyczna sytuacja zamknięcia, wywołująca klaustrofobiczny lęk. Chcielibyśmy stąd uciec jak najdalej, ale dalej jest to samo, tylko, że w jeszcze większej skali. Nie oszukujmy się: nasza niedola nie jest niczym odosobnionym, nie ma w nas nic szczególnego na tle całej reszty i może, właśnie ta świadomość trzyma nas tutaj, jak łańcuch starego psa przy budzie. Dublin jest miastem urojeń. Jest na tyle realny na ile my jesteśmy realni. Ale jak być sobą w miejscu, w którym zatrzymał się dla nas czas, w miejscu, w który każdy krok do przodu jest równocześnie krokiem wstecz. Nie panie pisarzu, nie napisze pan już żadnego litu. Otchłań jest tym miejscem, z którego nie dochodzą żadne listy i pan o tym wie, dlatego powiedział pan, że nie pamięta jak się to robi. Wygodne wytłumaczenie, ale czy prawdziwe? Jedyne co nam jeszcze wolno, to naśladować życie przed, zanim wsiąkliśmy w Dublin, który czy się to panu podoba, czy nie, jest naszym małym Cosmopolis. Centrum świata bez peryferii – mydlana bańka mknąca przez pustkę nowoczesnego świata.

 

Mam rozumieć, że płacimy cenę za podróż, której nigdy nie odbędziemy?

 

Nie, płacimy cenę za podróż którą, już odbyliśmy, za wędrówkę prze chaos współczesności do bezpiecznej przystani.

 

Ale pan mówił, że chciałby pan uciec, wydostać się.

 

Prawda, ale pomiędzy tym czego chcę, a pomiędzy tym, co mogę, na co mnie w tej chwili stać rozciąga się bezdenna przepaść. Żyjemy w kuszącej, hipnotycznej nierzeczywistości, z której będzie nam bardzo trudno powrócić do tego co realne. Najgorszy jest lęk przed podróżą, zwłaszcza wtedy, kiedy na własnych barkach odczuwa się jeszcze trudy poprzedniej. Dlatego wcześniej pytałem pana o Dostojewskiego – o czym myślał? A pan odpowiedział, że o życiu wolnym od trwogi, od trosk. Wszyscy marzymy o życiu wolnym od trosk i może się wydać okrutne co powiem, ale marzymy o tym życiu nie dla reszty, a tylko dla siebie. Jeśli przy okazji, nasze beztroskie życie maiłoby wyjść komuś na zdrowie – to zgoda i krzyżyk na drogę – nic więcej. Pochylamy się nad losem innych wyłącznie dla zaspokojenia własnych oczekiwań. W tej kwestii Dostojewski nie różni się od pana i ode mnie, w tej kwestii nikt nie jest lepszy. Pocieszającym dla pana może być to, że ludzie pana profesji – szarlatani na nowy wiek – mają niewielką przewagę – wiecie jak posłużyć się słowem. Wiecie jak wmówić nam to, w co sami nie wierzycie i wiecie jak sprawić, abyśmy uwierzyli, że już tylko sama wiara w piękno ma moc zbawiania świata. Nie mógł pan wybrać lepiej – Dublin, jest miejscem pełnym podobnych naiwniaków. Wszyscy uciekliśmy tutaj przed trwogą, w nadziei, że nasze troski zostaną, tam skąd przybyliśmy. Poniekąd tak jest, ale też opłacamy haracz nadziei – płacimy utraconym czasem – pan sam przyznał, że nie ma już dla pana czasu. Czas jest cenniejszy od złota, czas to życie. A skoro w Dublinie nasz czas się zatrzymał? Skoro Dublin jest całym naszym światem i wszystko, co na zewnątrz przeraża nas do tego stopnia, że nie mamy odwagi pójść dalej, czy nie żyjemy pośród słów książki, która tylko udaje rzeczywistość? A może na odwrót – może żyjemy w rzeczywistości, która udaje dobrą książkę lub wciągający film?

 

Nie odpowiadałem, słuchałem go i wydawało mi się, że on nie istnieje, że sobie go wymyśliłem, albo, że śnię na jawie. Wreszcie, kiedy się ocknąłem, zobaczyłem jego cień w obrysie drzwi, jak wychodził na ulicę i usłyszałem przytłumiony głos, jakby z bardzo daleka: żegnaj szarlatanie – gdyby tak dało się sfotografować nasze złudzenia?!

 

Postanowiłem wracać do domu, poczułem się bardzo zmęczony, straciłem entuzjazm i nie chciałem już wysłuchiwać opowieści prelegentów na temat tego, jak skutecznie wydać książkę. Wyszedłem na zewnątrz, przebiegłem przez pustą ulicę i zatrzymałem się pod ogrodzeniem Garden of Remembrance21. Nie wiem czemu, ale zamiast pójść w lewo do Frederick Street a później w dół przez O’Connell22 i dalej prosto na Abeby na przystanek Luasa23, skręciłem w prawo, by po jakiś czasie znaleźć się u zbiegu Parnell24 i Capel Street. Zatrzymałem się na rozwidleniu dróg, w miejscu, gdzie za obdrapanym, drewnianym płotem stoi rozbita na wpół spalona rudera, bez dachu, drzwi i okien. To jest moje „Cosmopolis”? –zapytałem sam siebie. Przypomniał mi się mój przyjaciel Edgar Marquez – Mistrz Yoda, jak go nazywałem25 – starszy pan z Wenezueli, który nad rzeczywistość przedłożył złudzenie. Wydało mi się, że znowu stoję z nim pod tym domem, a on złorzeczy: co to za kraj, gdzie w ścisłym centrum zostawia się takie kurniki? Poznałem go w hostelu Paddy’s Palace wtłoczonego w widełki Lower Gardiner Street i Beresford Place tuż naprzeciw Custom House26. Było to niecodzienne siedlisko, pełne dziwnych i podejrzanych indywiduów. Na miejsce dotarłem w grudniu, raczej z woli przypadku, niż ze świadomego wyboru. Do Irlandii wybrałem się „na wariata” – z marszu, nie wiedząc nawet gdzie się zatrzymam. Na lotnisku spytałem panią w informacji turystycznej, jak dostać się do centrum, w kieszeni miałem dwieście pięćdziesiąt euro a w sercu nadzieję na coś… – no właśnie, nawet nie wiem na co, ale była nadzieja – mglista, niekształtna, lecz odczuwalna. Wysiadłem na O’Connell Street tuż pod szpilą i o dziwo, pierwsze słowa jaki usłyszałem były po polsku. Pod restauracją Kylemore, na rogu Talbot i O’Connell szarpało się dwóch obwiesiów – jeden krzyczał do drugiego: „wisisz mi – w tym miejscu „słowo przecinek” – na dwie butelki, albo zaraz wyskoczysz z floty, albo zatłukę cię tu przy wszystkich!” Jestem w domu – pomyślałem i ruszyłem przed siebie. Po prawej stronie minąłem majestatyczny gmach „GPO”27, przeciąłem tory Luasa na Abbey i dotarłem do Liffey28 na O’Connell Bridge, skąd pomaszerowałem przez Westmoreland Street, aż do College Green a dalej w górę przez Grafton do parku Stephens Green. W zasadzie nie wiedziałem dokąd idę i szczerze mówiąc było mi wszystko jedno. Nie specjalnie zwracałem uwagę na ludzi, którzy wydawali mi się nad wyraz obcy. Interesowało mnie miasto, architektura, niebiesko-żółte piętrowe autobusy, owalny budynek „BOI”29 po prawej w College Green i Trinity College30 po drugiej stronie. Mijałem niewysokie stosunkowo młode zabudowania w przeważającej mierze utrzymana w stylu georgiańskim i neoklasycznym. Centrum pomimo swoistej surowości wydało mi się miejscem dość przyjaznym. Zatrzymałem się na moment pod pomnikiem Molly Malone31 i od razu zrobiło mi się weselej – poczułem się niemal jak u siebie, a w głowie rozbrzmiewały mi słowa jednej z moich ulubionych piosenek: „W śród wzgórz Dublin skryty, gdzie łąki i kwiaty, po raz pierwszy ujrzałem słodką Molly Malone, Gdy toczyła swe wózki przez wąskie uliczki, krzycząc: kraby i małże tu świeże dla was mam”.

 

Gdyby tak można było sfotografować tamto złudzenie – z pewnością, teraz przyjęłoby formę starej rudery na rozstaju, pod którą się zatrzymałem. W takich miejscach rodzą się opowieść o drodze.

 

Charakterystyczny punkt w podróży staje się jakby zaczątkiem narracji, jej główną osią i wszystko co dzieje się dalej, jest jedynie następstwem dziwnego wrażenia, jakie ów punkt na nas wywarł. Moja opowieść zaczyna się w pół drogi, zaś jej koniec jest równocześnie początkiem. Tak jakby nie istniał czas pomiędzy tym, co przypisane, a tym co zależy jedynie ode mnie. Walący się budynek u zbiegu Capel i Parnell – zawieszony ponad epokami – jest wiernym odbiciem „rzeczywistości” w której żyjemy. W środku natrafimy jedynie na drobne szczątki, niewiele z początku mówiące znaki, porzucone przedmioty, strzępki wspomnień, ślady po obrazach na ścianie i po meblach. Lecz wszystko z upływem czasu nabiera wagi, urasta odsłaniając treść swojego przekazu. W takim miejscu człowiek porusza się z trudem, krok po kroku, niekiedy wręcz regresywnie, jak ktoś, kto przeżył wylew i po utarcie pamięci rekonstruuje swój świat ze skrawków uratowanych z pożogi. Wejście do wewnątrz oznacza mozolne poszukiwanie prawdy, ale już innej od tej pierwotnej - od tej, do której nigdy więcej nie będziemy mieli dostępu.

 

Dochodzenie do siebie po śladach przyczyn jest błądzeniem, często bolesnym, niby w koszmarze, niejasnym i nigdy ostatecznym. To konsekwentna praca odkrywcy grzebiącego w starych grobowcach. Poszukując siebie musimy najpierw odnaleźć to coś, co pozwoli nam stanąć w świetle mitycznych herosów – musi w nas być choćby i iskra tego światła. Heroizm bowiem jest zgodą na prawdę, która niczego nie ocala, która nieomal zawsze jest przyznaniem się do słabości, uznaniem niemocy, przyjęciem horrendalnego rachunku za życie sprzed podróży.

 

To w takich miejscach jak dom na Capel – zwłaszcza w takich – dochodzi do małych, pozornie utajnionych epifanii à rebours32 – są to bowiem epifanie złowieszcze, elegijne, przekradające się przez duszę i ciało na wskroś lecz niepostrzeżenie.

 

Ten ciemny i nieprzyjazny świat, w którym wszelki triumf myśli, niemal każdy wytężony wysiłek, a często także łaska geniuszu, służą głównie podniesieniu własnej rangi, zaspokojeniu własnych chuci – ten świat nie może być do końca nasz. Broni bowiem zaciekle dostępu do wszelkiej prawdy, choćby o nieludzkiej doskonałość obłoków pędzonych przez wiatr. Oglądamy go przez mleczną błonę, jak zdjęcie ze starego albumu, w którym półprzezroczysty, matowy pergamin odbiera nam ostrości widzenia potęgując równocześnie uczucie obcości — tak jakbyśmy weszli do zatęchłego grobowca, aby nicości powierzyć jakąś straszliwą tajemnicę. Pomimo żalu nie umiemy już wrócić do świata na zewnątrz, nie mamy już władzy nad tym miejscem, niczego więcej nie wyniesiemy ze spalonego domu. Niczego już nie uratujemy.

 

„Jeśli jakaś siła kieruje światem — obojętnie, czy jest nią entropia, czy instynkt samozagłady — nie mamy na nią wpływu, jest ona nam wroga i — jeśli chodzi o ludzkie losy — fatalna. Odbiera nadzieję na jakiś powrót, na jakąś rekompensatę, na jakąś odzyskaną wspólnotę.”33

 

Lew Szestow pisał na samym początku XX wieku: „w każdym z nas powstaje tendencja do przyjmowania za prawdę tego tylko, co odczuwamy jako fałsz całą swoją istotą.” Z kolei skandalista Jerofiejew,34 wiele lat później, włożył w usta jednego ze swych bohaterów stwierdzenie: „dzisiaj takie czasy, że strach żyć!” Z obu przytoczonych wypowiedzi wyłania się świat, gdzie zanikły granice między dobrem i złem, tym co moralne, a co nie. Jesteśmy niewolnikami prymitywnych i bezwzględnych instynktów. Aby utrzymać status quo – „poziom” – większość z nas musiała zrezygnować z wszelkich wyższych uczuć, lub ograniczyć je do minimum. Tym samym zgadzamy się na ciągłe życie w poczuciu beznadziei, co jak się wydaje jest wysoko energetyczną pożywką dla rozmaitych patologii. A przecież powtarzając za Jerofiejewem: „człowiek jest stworzony do szczęścia, jak ptak jest stworzony do lotu”, więc skąd zgoda na „wegetację w szarej rzeczywistości, która jest co prawda nie do zniesienia, ale przecież wszyscy zdążyli już do niej przywyknąć — jak do nieuleczalnej, przewlekłej choroby”.35

 

Każdy ma swoje własne Cosmopolis, nie ważne czy będzie to Dublin, Paryż, Rzym czy Koluszki, i w każdym znajdzie się jakaś spalona rudera ofiarująca złudzenie tajemniczości. Tylko, że my nie żyjemy w książce, ani w filmie jakby sobie tego życzył Nikołaj Wasilewicz. Żyjemy na rozdrożu tuż obok szkieletu spalonego budynku, w którym oprócz popiołu i resztek przeszłości nie ma nic, co mogłoby nas ocalić. Życie bez trwogi i trosk jest mrzonką – jak film lub dobra książka, a i tak autorzy stronią od pokazywania go nam na co dzień. Bardziej interesuje ich kamień napotkany po drodze – idealnie mieszczący się w dłoni i gotowy do rzutu – niż to życie, którego pragniemy wyłącznie dla siebie.

 

 

 



 

1 Irlandzkie Centrum Pisarzy w Dublinie mieszczące się pod adresem 19 Parnell Square North.

2 Wiem, bo próbowałem zaprosić go na drinka, on zaś grzecznie się wymawiał, tłumacząc, że jest abstynentem od urodzenia.

3 Dostojewski Fiodor M., ur. 11 XI 1821, Moskwa, zm. 9 II 1881, Petersburg, powieściopisarz rosyjski; mistrz realistycznej prozy psychologicznej, 1843 ukończył Wojskową Szkołę Inżynieryjną w Petersburgu, po roku opuścił wojsko i poświęcił się pracy literackiej. Już pierwszy utwór — powieść epistolarna Biedni ludzie (1846, wydanie polskie 1929), przedstawiająca losy drobnego urzędnika i zwykłej dziewczyny, zyskała wysoką ocenę krytyki, stawiając pisarza wśród wybitnych twórców rosyjskiej naturalnej szkoły. W dalszej twórczości Dostojewski oddalił się od dominującego kierunku ówczesnej prozy rosyjskiej, pogłębiając analizę psychologiczną postaci; dobro i zło natury ludzkiej, irracjonalizm psychiki, zagadnienia rozdwojenia wewnętrznego i marzycielstwa należą do głównych problemów podejmowanych w utworach Sobowtór (1846, wydanie polskie Sobowtór i inne opowiadania 1962), Gospodyni (1847, wydanie polskie 1962), Białe noce (1848, wydanie polskie 1902). W 1849 pisarza aresztowano za udział w kółku pietraszewców i skazano na karę śmierci, następnie tuż przed egzekucją ułaskawiono, zamieniając wyrok na 4 lata katorgii i służbę wojskową; 1859 Dostojewski wrócił do Petersburga, doświadczenia z tego okresu wraz z rozmyślaniami o motywach postępowania człowieka i tajnikach natury ludzkiej zawarł we Wspomnieniach z domu umarłych (1860–62, wydanie polskie 1897). Na zesłaniu w światopoglądzie pisarza nastąpił zwrot ku chrześcijaństwu, które w najczystszej postaci zachowało się według niego w prawosławnej wierze ludu rosyjskiego; pierwszym artystycznym ujęciem nowej problematyki były Notatki z podziemia (1864, wydanie polskie w wyborze Opowieści 1929), ukazujące destrukcyjny wpływ indywidualizmu na psychikę ludzką, rozgłos przyniosła Dostojewskiemu Zbrodnia i kara (1866, wydanie polskie 1887–88), powieść o problemie granic wolności, poddająca krytyce skrajny indywidualizm prowadzący do zbrodni; 1867–71 pisarz przebywał w zachodniej Europie; jego rozterki duchowe znalazły wyraz w powieści Idiota (1868, wydanie polskie 1909), poświęconej nieudanej próbie zbawienia świata przez dobro; krytykę rosyjskiego ruchu rewolucyjnego zawarł w Biesach (1871–72, wydanie polskie 1908); tajemne motywy postępków ludzkich prześledził w Młodziku (1875, wydanie polskie 1929); problemy religii i ateizmu ukazał w Braciach Karamazow (1879–80, wydanie polskie 1913), powieści o problemie odpowiedzialności za zło, do której swoistym komentarzem jest Dziennik pisarza (1873–81); rozwinął w nim Dostojewski swoją koncepcję historiozoficzną, ujmującą dzieje ludzkości jako zmaganie 3 idei: katolickiej, protestanckiej i prawosławnej; głosił też tezę o rosyjskim „posłannictwie” historycznym i religijnym, łącząc to przeświadczenie z niechęcią do Zachodu, socjalizmu i rewolucji. Nowatorstwo konstrukcji powieściowej — stworzenie wzorów powieści polifonicznej, wielogłosowej, mistrzostwo penetracji wielowarstwowej świadomości ludzkiej, głębia analizy psychologicznej, aktualność dialektycznego zespołu pytań moralno-filozoficznych połączona z nienarzucaniem ostatecznych rozwiązań, jednoczesna skłonność do fascynacji i sceptycyzmu oraz bogactwo problemów etycznych i filozoficznych uwarunkowały olbrzymi wpływ Dostojewskiego na literaturę rosyjską i światową; jako myśliciel Dostojewski oddziałał na rozwój myśli egzystencjalistycznej, a także filozoficzno-religijnej w Rosji i we Francji; Z pism (t. 1–11 1955–64); polskie wybory Opowieści fantastyczne (1979–88), Z notatników (1979).

4 Golicynowie (ros. Голицын) – rosyjski ród kniaziowski (książęcy) pochodzenia litewskiego, który wziął swoje nazwisko od przezwiska protoplasty - żyjącego w XVI wieku kniazia Michała, zwanego Galitsa, będący gałęzią dynastii Giedyminowiczów. Bezpośrednim przodkiem kniaziów Golicynów był zmarły między 1437 a 1447 rokiem kniaź Jerzy (posiadający w Moskwie status bojara), syn kniazia litewskiego Patryka Narymuntowicza i wnuk Narymunta Gleba Giedyminowicza (syna wielkiego księcia litewskiego Giedymina), ożeniony z księżniczką moskiewską Anną, córką Dymitra I Dońskiego. Najbliższymi krewnymi kniaziów Golicynów byli kniaziowie Kurakinowie. Spokrewniona z dynastią panującą rodzina kniaziów Golicynów od początku należała do najpotężniejszych i najbardziej wpływowych rodów rosyjskich. Jej przedstawiciele piastowali liczne urzędy w imperium rosyjskim. Kres świetności nastąpił wraz z wybuchem rewolucji październikowej w 1917 roku, kiedy to została poddana represjom cała arystokracja rosyjska. Nieliczni potomkowie rodu, którym udało się przetrwać czasy komunizmu, żyją do dziś w Rosji. Duża grupa żyje na emigracji w krajach Europy Zachodniej oraz za oceanem. Jeden z przedstawicieli rodu, książę Piotr Golicyn (ur. 1955), ożenił się w 1981 r., w Belgii z arcyksiężniczką austriacką, Marią Anną z dynastii habsbursko-lotaryńskiej (wnuczką ostatniego cesarza i króla Austro-Węgier Karola I Habsburga), z którą ma sześcioro dzieci, w tym dwóch synów.

5 Łacina: Z głębokości wołam do Ciebie, Panie

6 Puszkin Aleksandr S., ur. 6 VI 1799, Moskwa, zm. 10 II 1837, Petersburg, rosyjski poeta, prozaik i dramatopisarz. Jeden z najwybitniejszych poetów romantycznych; pierwsze utwory — dydaktyczno-satyrycznych, listy poetyckie, elegie i ody, powstałe w czasie nauki w liceum w Carskim Siole — były pisane pod wpływem klasycyzmu i preromantyzmu. W 1817–20 Puszkin przebywał w Petersburgu, był członkiem ugrupowania Arzamas, zbliżył się do kręgu dekabrystów; stworzył wtedy poemat baśniowy Rusłan i Ludmiła oraz wiele śmiałych wierszy politycznych (m.in. odę Wolność 1817, wydanie 1856), za które 1820 został zesłany na południu Rosji; powstał wtedy cykl tzw. poematów południowych: Jeniec Kaukazu (1822, wydanie polskie 1828), Fontanna Bachczysaraju (1824, wydanie polskie 1947) i Cyganie (1827), wprowadzających bajronizm do poezji rosyjskiej; napisał tam też słynne liryki, m.in. Sztylet (1821) i Więzień (1822); 1825 stworzył tragedię romantyczną Borys Godunow (wydanie 1831), osnutą na tle wydarzeń w Rosji na przełomie XVI i XVII w.; 1826, po powrocie do Moskwy, poznał A. Mickiewicza (przełożył potem kilka jego utworów, m.in. Trzech Budrysów). W 1826–30 pod wpływem powieści historycznej W. Scotta napisał pierwszą (nie ukończoną) powieść historyczno-biograficzna Murzyn Piotra Wielkiego (1827, wydanie 1837); Piotrowi I Romanowowi poświęcił poemat Połtawa (1829, wydanie polskie 1952); 1830 ukończył swój największy utwór — Eugeniusz Oniegin (wydanie 1833, wydanie polskie 1925), poemat dygresyjny, rozpoczęty 1824, w czasie zesłania, w fazie rozkwitu poezji Puszkina, zakończony w okresie dojrzałym, kiedy poeta podjął tematykę współczesną, obyczajowo-społeczną, w powiązaniu z historią; 1830 napisał ponadto cykl tzw. małych tragedii (m.in. Mozart i Salieri, Gość kamienny) oraz nowatorski cykl nowel Opowieści świętej pamięci Iwana Piotrowicza Biełkina. W 1830–34, inspirowany przez rosyjską poezję ludową, stworzył cykl bajek, m.in. Bajka o carze Sałtanie...; bunt chłopski zobrazował w nie dokończonej powieści Dubrowski (1832–33, wydanej 1841, wydanie polskie 1949), zaś powstanie J. Pugaczowa — w powieści historycznej Córka kapitana (1836, wydanie polskie 1948); w ostatnim wielkim poemacie Jeździec miedziany (1833, wydanie polskie 1967), zrodzonym z polemiki Puszkina z Ustępem III części Dziadów Mickiewicza, powrócił do postaci Piotra I Romanowa; 1836 założył miesięcznik społeczno-literacki „Sowriemiennik”; zmarł w wyniku pojedynku z G. d’Anthesem; Puszkin był wybitnym reformatorem rosyjskiego języka literackiego; Dramaty (1947), Dzieła wybrane (t. 1–6 1953–54), Poezje wybrane (1971), Poezje (1979), Wybór wierszy (1982).

7 Czaadajew Piotr J., ur. 17 V 1794, Moskwa, zm. 14 IV 1856, tamże, ros. filozof i publicysta; głosił konieczność pojednania filozofii z religią; autor Listów filozoficznych, w których przedstawił skrajnie pesymistyczną koncepcję dziejów Rosji.

8 Chomiakow Aleksiej S., ur. 13 V 1804, Moskwa, zm. 5 X 1860, Tiernowskoje (gubernia kazańska), ros. myśliciel, teolog prawosł., publicysta i poeta; jeden z ideowych przywódców słowianofilów; uważany za ojca tzw. ros. renesansu myśli filoz. i teol. w XIX i XX w.; liryki, tragedie, prace historyczne.

9 Andriej Pietrowicz Wiersiłow – jedna z głównych postaci powieści Dostojewskiego „Młodzik”.

10 Bierdiajew Nikołaj A., Berdjaev Nikolaj A., ur. 6 III 1874, Kijów, zm. 24 III 1948, Clamart k. Paryża, filozof rosyjski; przedstawiciel chrześcijańskiego egzystencjalizmu; 1922 wydalony z Rosji, od 1925 w Paryżu; centralne miejsce w jego poglądach filozoficznych zajmowała antropologia oparta na idei obrazu Bożego w człowieku; Nowe średniowiecze, Problem komunizmu.

11 Zob. Mikołaj Bierdiajew „Rosyjska idea”, Biblioteka Frondy, Warszawa 1999, s. 74

12 Iwan Karamazow - najbardziej niejednoznaczny spośród bohaterów powieści Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow”. Jest jednocześnie najdoskonalej skonstruowaną postacią w utworze i zajmuje w nim centralne miejsce – na przecięciu wszystkich wątków.

13 Zob. Fiodor Dostojewski „Bracia Karamazow”, Warszawa 1984, s. 274-275

14 słowianofile, w poł. XIX w. w Rosji zwolennicy powrotu do słow. tradycji, odrzuconych za Piotra I Wielkiego.

15 okcydentaliści [łac.], ros. zapadniki, w poł. XIX w. w Rosji zwolennicy modernizacji państwa na gruncie kryt. wykorzystania doświadczeń monarchii konst. Europy Zachodniej.

16 Zob. Fiodor Dostojewski „Dziennik pisarza”, Warszawa 1982, tom III, s. 207-208

17 Hegel Georg Wilhelm Friedrich, ur. 27 VIII 1770, Stuttgart, zm. 14 XI 1831, Berlin, filozof niemiecki; przedstawiciel niemieckiego idealizmu; twórca absolutnego, dialektycznego systemu filozoficznego, składającego się z logiki, filozofii przyrody i filozofii ducha, stanowiącego najbardziej skrajną, racjonalistyczną syntezę filozofii i objawienia chrześcijańskiego; z filozofii Hegla wyłoniły się m.in.: heglizm, neoheglizm, marksizm i neomarksizm; Fenomenologia ducha, Nauka logiki.

18 Narrator powieści „Biesy” Fiodora Dostojewskiego (Antoni Ławrientiewicz) – najbardziej zagadkowa postać, uczestniczy w opisywanych wydarzeniach, stopniowo gromadzi wiedzę i odsłania prawdę o bohaterach, nie ujawniając przy tym swej tożsamości.

19 Łacina: cały świat jest moją ojczyzną.

20 Seneka Młodszy, Lucius Annaeus Seneca (Minor), ur. ok. 4 r. p.n.e., Corduba (ob. Kordowa), zm. 65 r. n.e., syn Seneki Starszego, rzymski poeta, filozof i retor; wychowawca Nerona; m.in. pisma filozoficzne, Listy moralne do Lucyliusza, prace przyrodniczo-geograficzne (O zjawiskach natury), satyry, tragedie.

21 Ogród - pomnik w Dublinie poświęcony pamięci „wszystkich tych, którzy oddali swoje życie w imię wolności Irlandi”, znajduje się w kwadracie pomiędzy Parnell Square West, North, Frederick street i Parnell street. W sąsiedztwie Rotunda Hospital.

22 O’Connell [əukọnəl] Daniel , zw. Wyzwolicielem, ang. Liberator, ur. 6 VIII 1775, k. Cahirciveen (hrab.Kerry), zm. 15 V 1847, Genua, irlandzki przywódca narodowy; organizator i przywódca masowego ruchu politycznego, działającego metodami pokojowymi, domagającego się od brytyjskich władz politycznych równouprawnienia katolików; po osiągnięciu tego celu (1829) zapoczątkował 1840 kampanię na rzecz rozwiązania unii brytyjsko-irlandzkiej, ale 1843 ugiął się pod presją władz brytyjskich.

23 Luas (irl. szybkość) – system komunikacji tramwajowej działający w Dublinie w Irlandii.

24 Parnell Charles Stewart , ur. 27 VI 1846, Avondale (wsch. Irlandia), zm. 6 X 1891, Brighton (pd.Anglia), irlandzki przywódca narodowy; od 1879 przewodniczący Irlandzkiej Narodowej Ligi Ziemskiej i od 1880 przewodniczący partii irlandzkiej w brytyjskiej Izbie Gmin; przywódca ruchu na rzecz autonomii (home rule) Irlandii.

25 Podobieństwo uderzające.

26 The Custom House (irl. Teach an Chustaim) - neoklasycystyczny budynek z XVIII wieku w Dublinie w Irlandii. Budynek położony jest na północnym brzegu rzeki Liffey przy Custom House Quay (Dublin 1) między mostami: Butt Bridge i Talbot Memorial Bridge. Custom House jest siedzibą Departamentu środowiska, społeczności i samorządu lokalnego Republiki Irlandzkiej. Niegdyś Komora celna dla dublińskiego portu.

27 Skrót od: General Post Office (Poczta główna).

28 Liffey (irl. An Life) – rzeka we wschodniej Irlandii, przepływająca przez centrum Dublina. Jej głównymi dopływami są rzeki Dodder, Poddle i Camac. Rzeka jest głównym źródłem wody pitnej w Dublinie, a także dostarcza szeregu atrakcji rekreacyjnych.

29 Bank of Ireland (1739) – dawny budynek parlamentu.

30 Trinity College (Kolegium Trójcy Świętej) – irlandzka uczelnia założona w roku 1592 przez królową Elżbietę I w Dublinie na terenie dawnego klasztoru Augustianów.

31 Naturalnych rozmiarów rzeźba (zaprojektowaną przez Jeanne Rynhart) pięknej sprzedawczyni ryb, pracującej na ulicach Dublina, która zmarła młodo z powodu febry. Jak głosi legenda Molly za dnia sprzedawała ryby, natomiast wieczorami oddawała własne ciało. Nie jest znana data jej urodzin ani śmierci, nie zachowały się na ten temat żadne wiarygodne źródła historyczne. Molly Malone jest bohaterką słynnego utworu folklorystycznego, znanego jako „Molly Malone” lub „ Cockles and Mussels”, który w Irlandii zdobył nieomal status hymnu narodowego.

32 Francuski: na opak, na odwrót, wstecz

33 Tomasz Różycki „Lepiej zabłądzić, zapomnieć”, Zeszyty Literackie nr. 118

34 Jerofiejew Wiktor W., ur. 19 IX 1947, Moskwa, pisarz rosyjski; postmodernista; powieści: Rosyjska piękność, Dobry Stalin, oparta na wątkach autobiogr., autorski wybór nowel Życie z idiotą (na podstawie tytułowej noweli A. Sznitke skomponował współcz. operę).

35 Andrzej Rymarek „Jerofiejew: Życie z idiotą”, [źródło - Racjonalista.pl]

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura