Tytuł pożyczyłem od swojej mamy, która w chwilach zwątpienia zwykła mówić: „najgorsze jest pierwsze sto lat, a dalej? Dalej jakoś poleci.” Długo brałem jej słowa za niewinny żart starszej osoby – bo któż gotów jest dożyć setki? I z całą pewnością mojej mamie nie chodziło o konkretny czas – tak myślałem do niedawna. Raczej o udrękę życia i o to, że owo życie nabiera coraz większego tempa, zaś ktoś, kto przepędził z górą osiemdziesiąt wiosen nie zawsze nadąża. „Kiedy nas już nie będzie – jakoś poleci, ale to już nie nasze zmartwienie…” – dokuczała mama. Jak w wielu innych przypadkach rozumiałem jej słowa opacznie i brałem do siebie oskarżycielski ton, myśląc, że chodzi o wszystko tylko nie o to, co dosłowne. Rodzicielka wszakże, jak najbardziej mówiła o czasie – o tym, który się dopełnił, ale przede wszystkim o tym, który dopiero nastanie jako skutek maminych „pierwszych stu lat”. W tym wypadku jest prawdą, że następne „sto” to już nie jej zmartwienie – raczej nasze i „jakoś poleci”, aż do momentu, kiedy patrząc w lustro ujrzymy nie siebie lecz starców i usłyszymy głos – niby własny – przemawiający do młodzieży: „najgorsze jest pierwsze sto lat”, a dalej? Dalej dowiecie się sami…
Jakby się nie przykładać do owej formuły, jedno należy przyznać – jest w niej zapowiedź ciągłości. I choć w swojej wymowie brzmi dość złowieszczo, jednakowoż trzeba oddać – jeśli się tylko głębiej nad nią zastanowimy, zrozumiemy, że druga jej część, owo „jakoś poleci” stanowi dla nas punkt graniczny, poza którym mieści się wszystko, co dopiero nastąpi. Nie oznacza to wszakże, że nasz udział się wyczerpał – przeciwnie, mamy więcej do zrobienia niż moglibyśmy przypuścić w najśmielszych scenariuszach. Bowiem w żartobliwym powiedzonku ukrywa się cała nasza historia, a także historia tych, którzy nas zastąpią. Kluczowym zagadnieniem w tej sprawie jest egzystencja – bycie – obecność. Skoro więc jesteśmy obecni, to w uproszczeniu, idąc tropem Heideggera1, możemy nazwać siebie samych egzystencją.
Człowiek jest egzystencją i cóż to oznacza? Tyle tylko, lub aż tyle, że swoim życiem dajemy już jakąś odpowiedź, wszakże nie zdając sobie z tego sprawy. Stąd więcej uwagi poświęcamy temu, co naokół - wszelkiej rozmaitości: innym ludziom, przygodnym rzeczom, sprawom nie cierpiącym zwłoki i reszcie tego, co już się wydarzyło.
Nasza obecność wiąże się z wolą. Każdy byt jest bytem woli. Podstawą bytu z kolei jest bycie. Bycie wyzwala byt w ryzyko – istnieć znaczy ryzykować. Ryzyko zaś opiera się na woli – to od nas samych zależy, jak postąpimy w danej sytuacji.
Ilustracją niech będzie pewien dialog, którego byłem kiedyś świadkiem. Mniejsza o podłoże rozmowy, nadmienię tylko, że toczyła się między dwojgiem bardzo młodych ludzi i wydaje się, że była wolą przypadku, to znaczy – jak myślę – wynikła z głupich przekomarzań pomiędzy chłopakiem a dziewczyną – najpewniej parą studentów wracających z wykładu.
Nigdy nie przestajesz zadawać pytań?!
Taki już jestem. Zaś w chwilach, jak ta, moja ciekawość bierze górę nad rację istnienia. Przed tym nie sposób się bronić, zwłaszcza gdy idzie o prawdę. Wystarczy odkryć jej drobny fragment…
Głupiec! Żyjemy w czasach, w których wszystko jest lepsze od prawdy… Zresztą jeśli popatrzysz na to, co się tu wyprawia, zrozumiesz, że twoja prawda ma z gruntu zły charter, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Najlepiej zaś pozostawić w spokoju. Niech sobie istnieje w cieniu – nie odkryta.
Ale tak nie można! Prawda nie jest tym, za co się ją uważa, tylko dlatego, że wiemy gdzie jej szukać. Trzeba jeszcze po nią sięgnąć! Trzeba ją wydobyć z mroku!
W tym konkretnym przypadku prawda, nie różni się wiele od kłamstwa. Kłamstwo może stać się prawdą tylko dlatego, że znajdują się tacy, którzy są gotowi uznać je za pewnik. To tak, jak z zagadką: czy kłamca, który przyznaje, że kłamał mówi prawdę, czy łże jak pies? Jeśli wierzysz w to, kim w istocie jest, znaczy, że kłamał. Jeśli nie wierzysz… No właśnie – masz swoją odpowiedź.
A więc niczego się od ciebie nie dowiem?
A co chcesz wiedzieć? Że zamiast rozumem kierujemy się sercem? Albo, że zamiast serca kieruje nami jakaś niespożyta energia, która przed niczym nie ustępuje, a jedyny pożytek jaki z niej mamy, to siła do przezwyciężenia ślamazarnej bierności i ta rosnąca z każdą następującą chwilą świadomość, że poza naszymi kaprysami nie istnieją żadne zdolne nas powstrzymać prawa?
Chcesz powiedzieć, że wszystko jest wolą przypadku?
Nie! Chcę powiedzieć, że życie jedynie pozornie rządzi się przypadkiem… Przecież wiesz, że w głębi organizujemy je sami. A „przypadek” – cóż, jest dla nas jedynie dogodnym wytłumaczeniem – nic więcej.
A ja myślę, że życie rzadko daje nam możliwość wyboru. Ale to nie oznacza, że nie powinno nam zależeć na doświadczeniu. Czyż nie byłoby pięknie móc poczuć wszystko do końca – zrozumieć i zobaczyć, co życie ma w środku?
To mrzonki… Dużo piękniejsza jest wolność; ów stan nie poddający się stałym wyobrażeniom o „czymś”, co z pozoru ważne, a w istocie nie ma dla nas znaczenia… O czymś, co jest pewne jak wschód i zachód słońca. Po co zaprzątać sobie tym głowę?
Wydajesz się nader logiczna, w tym co mówisz, ale nie w tym co robisz… Tak, czy inaczej, tacy ludzie jak ty są straszni!
Dlaczego? Dlatego, że wszystko nazywam po imieniu? A może, dlatego, że w tym co robię, nie umiesz dostrzec określoności i boisz się tego, czego nie wiesz? Z uwagi na brak perspektywy nazywasz mnie straszną? Nie… to nie ja jestem straszna. To tacy jak ty… Z waszą ciekawością, z uporem poszukiwania prawdy – jesteście obrzydliwi. Kiedy sądzicie, że istnieje coś, czego jeszcze nie odkryliście, nie opisaliście, nie rozłożyliście na czynniki pierwsze, manifestujecie swoją wyższość, uzurpujecie sobie prawo do definiowania nowych okoliczności i nowych zjawisk. Lecz kiedy ktoś odbierze wam „to” czego jeszcze nie nazwaliście – zmieniacie się w bestie, jedyną zaś siłą, która was jeszcze napędza jest pogarda do tych, którym zarzucacie obojętność… A co jeśli obojętność jest jedynym skutecznym lekarstwem na prawdę, tak straszną i tak ciężką aż się robi niedobrze? Nie, to nie kłamstwo, lecz prawda zabija nadzieję!
Cóż to za rozum, – pomyślałem – w którym wszystko sprzyja upodleniu, a niewiadoma jest jedyną ilustracją do życia, które sami organizujemy?
Czy cierpienie tych wszystkich ludzi ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? Kontynuował wzburzony chłopak.
Ani cierpienie, ani śmierć, ani nawet to, co stanie się później – nic dla mnie nie znaczą. Kiedy coś przepada nie warto do tego wracać, bo to, co odzyskamy, choć z pozoru nie zmienione, to pod powłoką będzie zupełnie czymś innym – czymś niepożądanym. Tym, czego się obawiasz…Jedni giną dla zaspokojenia kaprysu zabójcy, inni z głupoty, jeszcze inni dla afektu. Troska jest pożywką mentalnych niedołęgów; miłosierdzie produkuje zuchwałych zbrodniarzy, a ubóstwo – wiem to nieludzkie, co powiem – jest kolebką, w której rośnie nienawiść i jedynym skutecznym środkiem na pozbycie się takiego potomstwa jest jak najwcześniej zadana śmierć. Tylko Bóg umiałby sobie z tym poradzić… Najwidoczniej nie chce… Wszystko sprzysięgło się, ażeby spętać nam ręce, których i tak nie chcielibyśmy pobrudzić. Twoje pytania są pustą walką – o wielkie „nic”. My wszyscy, jak świat długi i szeroki – umarliśmy już dawno, dawno temu, tylko nie chcemy się do tego przyznać. Jeszcze wczoraj, byłam jak ty… Niby pytałam, a tak naprawdę chciałam po prostu wymknąć się tylnymi drzwiami i znaleźć się jak najdalej od tego, co mnie przerosło. Ale mijały lata, dorosłam a dawne odczucia wydają się dziś idiotyzmem.
Już wiem – tym czego ci brakuje, jest wytrwałość, pogodziłaś się z porażką… ale brak determinacji wcale nie musi oznaczać poddania. Przegrana zaczyna się tam, gdzie spoczywa wątpliwość. W gruncie rzeczy nie jesteś złą osobą – uznałaś się tylko za zwyciężoną. Proszę spróbować sobie wybaczyć… W przebaczeniu jest coś co uzdrawia. W przebaczeniu, które dajemy, a zwłaszcza w tym, które uzyskujemy.
Twoja i inne filozofie nic dla mnie nie znaczą. Moją siłą jest brak jakiejkolwiek filozofii. Każdy człowiek na swój sposób ma rację, tylko – jeśli łaska, proszę przyznać mi słuszność – w pewnych okolicznościach zła racja może się odbić czkawką.
Blaise Pascal powiedział: „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna.”
I znowu o sercu! Wierzysz w cuda? Jesteś głupcem albo śmiałkiem, zresztą… nie wielka różnica.
Śmiałkiem jest ten, kto wbrew obawom czyni co trzeba, bo wie że racja stoi po jego stronie i choćby wszyscy krzyczeli, że jest w błędzie, mimo to działa – bo oprócz tego, że wierzy w rację, wierzy także w cuda.
Mądre słowa tle, że racja to nie wszystko… nawet ślepiec mówiąc, że nie widzi ma rację, ale czy od tego przejrzy na oczy? Po drugiej stronie burzy świeci słońce – wiemy o tym, ale tu i teraz nie ma schronienia, więc musimy przywyknąć do myśli, że zaraz nas zmoczy. W pewnym sensie masz rację – muszę oddać. O tyle, oczywiście, o ile możesz ją mieć względem rozmówcy, który wszakże nie bez racji ma własne poglądy.
Kobieto! Różnica zadań pomiędzy nami, im bardziej wydaje się zrozumiała, tym bardziej sprawia wrażenie bezcelowej. Cała zaś sprzeczka nie trwałyby długo, gdyby wina leżała tylko po jednej stronie. Nie chcesz wyjawić mi prawdy – twoje prawo. Ja zaś nie wiem na czym stoję, resztę pozostawmy bardziej sprzyjającym okolicznościom.
Niech tak będzie … ale pamiętaj twoje rozterki, mają skłonność uzewnętrzniania się w bardzo szczególnych okolicznościach. Nie wiem, czy chcę podejmować ryzyko.
Zawsze warto je podejmować. Tylko wtedy, kiedy się na nie zdecydujemy będziemy mogli uzmysłowić sobie, czym tak naprawdę jest życie i jaką rolę odgrywa w nim los, nad którym, czy to ci się podoba, czy nie, do końca nie panujemy. Każdego dnia z nastaniem świtu bierzemy od tego losu ofiarowany nam czas, moment, w którym możemy odwrócić bieg wydarzeń lub poznać przyczynę nieszczęść. I każdego dnia ów moment umyka naszej uwadze, jakby nie istniał – ale istnieje – tyle, że my, jak zwykle jesteśmy zajęci, czymś co zostawił nam w spadku poprzedni dzień. Wmawiamy sobie, że są to rzeczy tak ważne, tak istotne – bez których jutro nie będzie mogło się obejść. A tajemnica, nie odkryta, odłożona na potem czeka w porannej porze, kiedy patrzymy przez okno, albo kiedy wymieniamy z kimś bliskim uśmiechy, jest w ciszy, która zapada po niepotrzebnych słowach, pomiędzy tysiącem rzeczy i spraw, które wydają się podobne – a więc nie ważne – do tego co było wczoraj. Wiesz o czym mówię – ta chwila istnieje naprawdę. Jest to czas, w którym spływa na nas cała moc istnienia i wtedy, tylko wtedy, w ułamku ofiarowanych nam minut jesteśmy zdolni czynić cuda. Bardzo rzadko udaje nam się wyłowić ów moment, najczęściej przechodzi nam koło nosa i tu właśnie zaczyna się walka o szczęście, które mogliśmy mieć za darmo. I choć będziemy się mierzyć z utratą, choć nastaną trudności – w końcu wszystko uleci, a nam jak zawsze pozostanie gorycz niewykorzystanej szansy i już nigdy nie będziemy umieli spojrzeć za siebie równocześnie wierząc w nas samych z przyszłości. Żal mi tych, którzy z głupiej ostrożności nie podjęli ryzyka – żal mi ciebie dziewczyno, tym bardziej, że sama siebie nazwałaś umarłą za życia. I cóż ci pozostało po takim stwierdzeniu – dokąd chcesz iść i czego szukać? Przecież umarli nie mogą podjąć ryzyka, jeśli zaś twierdzisz, że jest inaczej zwyczajnie nie masz racji i jeszcze dużo się musisz nauczyć, ale to już nie moje zmartwienie…
Oczywiście młodzież operowała dużo prostszym jerzykiem, dialog podsłuchałem zgoła pięć lat temu i pozwoliłem go sobie na potrzeby niniejszej publikacji nieco upiększyć – zresztą, nie dokonałem wielu zmian, nadmienię tylko, że ostatnie stwierdzenie młodzieńca: „to już nie moje zmartwienie…” przywiało mi do głowy słowa rodzicielki, zaś w ogólnym ujęciu, wydźwięk konwersacji, szczególnie zaś jej koniec z przemową o ryzyku, skierował mnie na trop Heideggerowski.
Zadziwiające z jakim zapałem młodzi ludzie potrafią rozmawiać o życiu i gdzie? W metrze! Ściśnięci jak sardynki. Z cytowanego urywku trudno wywnioskować, co stało się przyczynkiem rozważań, owszem można by snuć domysły, ale czy wolno? Każdy zasługuje na odrobinę prywatności. Wydaje się, że najważniejsze i tak usłyszałem i muszę przyznać: czułem się trochę jak złodziej, gdy po powrocie do domu, jeszcze na gorąco spisywałem ich słowa, ale pragnienie zapamiętania okazało się silniejsze od wyrzutów sumienia. Tak to już bywa, gdy doświadczenie własnej skończoności – przed czym bronił się chłopak – wydobywa coś istotnego z konsekwencji bycia, owo coś, o czym zazwyczaj nie pamiętamy, pochłonięci codziennością.
Ta nasza amnezja jest jakby nie było zaplanowaną ucieczką w obszar niby-bycia. „Najgorsze jest pierwsze sto lat” a później jakoś to będzie – nadzieja czy sarkazm? Zdaje się, że jedno i drugie. Wykształciliśmy w sobie nawyk dwójmyślenia, dzielimy rzeczywistość na „tu i teraz” oraz na „tam i później”. Zdajemy sobie sprawę, że jako ludzie nie jesteśmy czymś ponad czasowym ale równocześnie odrzucamy myśl o końcu, który w naszym mniemaniu zalicza się do „później”, zaś owo „później” nigdy nie było naszym zmartwieniem.
Dziewczyna musi się jeszcze sporo nauczyć, ma czas, ale ów czas nie jest troską chłopaka. On we własnym widzeniu dzieje się „tu i teraz”, podobnie zresztą jego rozmówczyni. Z tą jedną różnicą, że ona nazywa siebie umarłą za życia. Młodzieniec jednak w to nie wierzy, zarzuca jej kłamstwo i opór w stosunku do podjęcia ryzyka. Nie umie pogodzić się z prawdą, „że śmierć jest składowym elementem życia”. Dziewczyna natomiast wie, że „niebycie jest drugą twarzą bycia” i tak w zasadzie jesteśmy zakładnikami jednego, jedynego dążenia, mianowicie: przejścia od „tu i teraz” do „potem”, gdzie „niebycie staje się celem bycia”.
„Nasza kultura dostarcza znaczącą liczbę środków ułatwiających zapominanie o tym, cały arsenał rozmaitej maści pogarszających pamięć antyginkofarów. To frapujące, skąd one się biorą. Skąd tyle kulturowych urządzeń, filozoficznych i religijnych koncepcji, tworzących rozmaite światopoglądy, które pomagają nam zapominać o skończoności własnego bycia?
Rządzi nią (kulturą) abstrakcja, pojęcie ogólne, które gubi wymiar czasowy; choćby pojęcie prawdy jako czegoś jedynego, od zawsze niezmiennego, abstrakcyjnego bytu. Pogrążeni jesteśmy w złudnym przekonaniu, że istnieje jakiś pozaczasowy punkt obserwacyjny, że my w tym pozaczasowym miejscu tkwimy i możemy z niego odkrywać takie niezmienne prawdy.”2
Tych dwoje – na tle wagonika podziemnej kolejki to jakby żywa ikona, zapowiedź nowych czasów, zarazem zaprzeczenie dzisiejszego kursu kultury. Nowi „ludzie podziemni – tak bym ich nazwał… Podczas gdy jedno uparcie się trzyma sprawdzonej formuły, drugie przechodzi obok, afiszując swą obojętność wyniosłym spojrzeniem. Oboje są już „po” – odebrali jedną z najokrutniejszych lekcji życia i dotarło do nich, że to, co się liczy dla nich samych, nie musi się liczyć dla kogoś obok, i nawet jeśli coś więcej ich łączy, rozumieją, że często prawda, którą uznali za własną, dla innych jest tylko kłamstwem.
Przygnębiająca perspektywa, zważywszy, że znajdują się dopiero w początkowej fazie owych „najgorszych stu lat”, jedyna nadzieja w obietnicy, że „jakoś przelecą”… a „dalej”?
„Dalej” jest ziemią obiecaną – czymś nowym, przyrzeczeniem jutra. Dzięki niemu nasze życie staje się ciekawsze. „Znika starcze pojękiwanie, że z góry wiemy, wedle jakich prawideł to wszystko przebiega i jak to się wszystko skończy. Życie mające swój sens w prostym wydarzaniu się na co dzień, uwolnione od iluzji całościowego horyzontu, i tylko w tej perspektywie rozumiejące, gotowe jest, by dostrzec coś, czego sami byśmy nie wymyślili. Przerywa koło wiecznego powrotu tego samego. Otwiera na niespodziankę.”3
1 Heidegger [hạidgər] Martin , ur. 26 IX 1889, Messkirch (Badenia), zm. 26 V 1976, Fryburg Bryzgowijski, filozof niemiecki; uczeń E. Husserla i H. Rickerta; profesor uniwersytetu w Marburgu i Fryburgu Bryzgowijskim (1933 rektor); uważany powszechnie za przedstawiciela egzystencjalizmu, twórca ontologii fundamentalnej, której przedmiotem jest analiza „bycia”; jeden z wybitniejszych i bardziej wpływowych filozofów współczesnych; Bycie i czas, Kant a problem metafizyki.
2 Tadeusz Bartoś „Nie pytajcie o sens życia”, Duży Format 12-04-2012
3 Op.ci




Komentarze
Pokaż komentarze