WIERSZ Z TOMU "PAMIĘTNIK Z NIEDOKOŃCZONEJ WYPRAWY"
Bywają poranki, zaraz po przebudzeniu, kiedy sen, jeszcze żywy, ale już w cieniu, uśmiecha się do ciebie pierwszym promieniem. W takich momentach trudno odróżnić to, co wyniosłeś z nocy, od tego, co ofiaruje ci w swojej dobroci dzień nadchodzących wyzwań.
Czy często śnisz o podróżach? Bo ja – przyjacielu – gdy tylko opuszczę powieki zaraz wychodzę na kolejną z najdłuższych wypraw. Sen jest moją drogą i droga jest moim snem, a wszystko bez początku i końca. Lecz wydaje się naturalnym ów stan rzeczy, gdzie nie istnieją żadne bariery, a czas jest wolny, jakby lżejszy od powietrza – wylewa się z ram i wciąga – to raz tu, to znowu tam i zawsze czymś umie zaskoczyć. Albo przypomnieć o tym, co za dnia zdaje się niedorzeczne: że myśli zrodzone pod przykrywkami oczu potrafią zrzucić jarzmo naukowych dogmatów i jeśli taka ich wola, mogą nas przygnać – tam, lub z powrotem.
A cóż to za enigma – więc gdzie? Czy tam, kędy strach ma wielkie oczy, lub wszystko błądzi bez imienia? W wielką pustkę, do której trzeba wnieść cały swój bagaż – duchy krewnych, znajomych, ludzi ledwie dotkniętych, ledwie obdarzonych słowem, wszystkie zwierzęta, lalki, matrioszki, wota, nieśmiertelniki, talizmany z dzieciństwa. Cały ten gruz, tonaż stulecia? I po co? Na ołtarz spokojnych snów?
A kto powiedział, że sny muszą być spokojne? Ale ty wiesz. Ty wiesz, że miewam koszmary, wszakże nie to jest najgorsze. Zwyczajnie nie wiem, kiedy śnię, a kiedy błądzę na jawie. Czy to wszystko wokoło mnie: dom, żona, pies, przyjaciele, wizyty domowe, praca, ulica, sklep, drzewa i tory za rogiem – czy to wszystko jest tutaj naprawdę, a może to sen we śnie? Może śniąc gdzieś przy drodze, śnie o życiu daleko poza jej obrębem?
Wiem co odpowiesz: każda podróż zaczyna się w głowie. A więc w chwili kiedy rodzi się myśl o podróży, już wędrujemy?
Las wspina się zza horyzontu – rośnie. Korony drzew nabierają kształtów. Zaraz zobaczysz gałęzie, na nich liście, pomiędzy gałęziami gniazda – zbliż się! Dukt o poranku ma zapach łąki, która niemądrze wymknęła się z lasu. Widzisz? Tam w oddali, gaśnie jej kolor. To pole wgryza się w nią bezlitośnie. Dalej: za polem, domy dziwnie ukośne biją czołem – witaj wędrowcze. Nim się obudzisz, a może nim zaśniesz, wejdź proszę do świata baśni. Ofiaruj siebie tej chwili. Tej, która właśnie się rodzi.
Zające w kapuście szukają schronienia – lis z nosem przy ziemi – spod cienia, patrzy na drogę, jakby się wahał, lub jakby warzył ciężar istnienia pomiędzy lasem a polem. Owady nic sobie nie robią z powagi granic – dla nich cała ziemia jest domem. I tylko obfitość przyrody bywa ograniczeniem. Koń na nic nie zwraca uwagi. Ciągnie powóz, który jest jego brzemieniem. Wie do czego został przeznaczony i nawet jeśli miewa sny – uwierz – śni o kolejnym etapie podróży.
Człowiek z psem wyszedł na drogę. Zbiera mech z kapliczki pod lasem. Las niekiedy upomina się o swoje – trzeba się bronić skrobaczką lub nożem. Nieopodal umorusane dzieci straszą na wpół oswojone ptaki. Ptaki śpiewają: odpocznij Odysie w drodze do swojej Itaki. A ty, nie masz mapy. Bez niej, cel twojej wyprawy jest tylko ideą. Homerze nowych czasów, ty wiesz, że raz rozpoczęte dzieło nie kończy się lichym słowem. Przeciwnie, bywa nadzieją samą w sobie, tak bliską i tak odległą zarazem, jak zakręt gościńca, za którym mieści się wszystko, o czym kiedyś opowiesz: Rzeki, góry, miasta, zbrojni mężowie, piec, ogień, przy ogniu niewiasta – zapach miłości i zapach nieszczęścia. Na piecu strawa, a w przyzbie babcia z dziadkiem o czymś mamroczą – nie, to nie zabawa, tu każdy dzień równa się z nocą.
I wychodzą na świat widma płynące przez pola i płyną pola do miast przez przysiółki i mosty wtłoczone w bieg mętnej wody. A w miastach ludzie, jak w ulach pszczoły pragną jedynie osłody. Bądź zdrowy – miły pątniku – tutaj nikogo nie obchodzi, z której przybywasz strony. Tutaj, każdy ma swoje żniwa i nikt nie czeka gości – zapłać jeśliś spragniony…
Woda opływa domy i znowu las się wspina po brzegach. Flisacy spławiają drzewo do miasta. Miasto odpływa – bywaj przechodniu, bywaj! Koń chyba zmęczony i powóz dziwnie trzeszczy. Trzeba by stanąć na popas u Żyda w Austerii i więcej już nie śnić. Trzeba opłukać oczy z pyłu marszruty, skosztować kaszy, jajek, napełnić brzuchy, wyprostować myśli. Usłyszeć: a pan czego sobie życzy? Proszę się łaskawie rozgościć, zaraz podam piwo, tylko rozbiję beczkę. Ach – piwo – napój boleści, umie zmroczyć. Po chmielu wszystko jest jakby szczęśliwsze, albo odwrotnie, nic nie potrafi cieszyć. Jedynie ktoś mądry wie, że po kufelku, wszystko nie jest już tym, czym wydawało się przed. Pijmy więc do nieprzytomności! Poranne wojaże będą już inne, poranni ludzie – całkiem nowi – podepczą stare gościńce. Z drogi! Pędzą karetki i tłum się mnoży – z drogi, umiera niewinność!
Zając w kapuście udaje kamień. Lis oblizuje go węchem. Pies pod kapliczką, chciałby się wymknąć, ale staruszek wiecznie przytomny owinął smycz wokół dłoni, tak, jakby bał się go puścić między liście, w ciemność leśnych toni. Pan Jezus ogląda staruszka spod ukośnie przybitych gontów. Chciałby mu ulżyć, ale ktoś ulepił go z wosku, więc wisi w kapliczce jak struty. Chciałoby się uwierzyć, że wie o nas zamkniętych w podróży. W miasteczku nadamy listy – jest o czym pisać. Świat nie jest, aż tak oczywisty, jak opisują go, co poniektórzy. Oprócz psa, zająca i lisa, staruszków, niewiast, mężów, dzieci, ptactwa pod niebem i w ogrodach, są jeszcze zjawiska mniej bliskie sercu i duszy. Są jeszcze zjawiska, o których nie wiesz. Ale się nie bój. Jeszcze powrócisz od życia na swoje drogi. Przejdziesz przez nocne, surowe pustkowia, poprzez kraj dzikich zwierząt, gdzie niedźwiedzie mają swoje królestwa, watahy pożerają jagnięta, zaś ryby o złotych ustach w zaklętych stawach mają głos pierwszeństwa w sprawach najwyższej wagi. Poziomki biją jak serca, jagody niby czarne oczy odwracają blask słońca, a grzyby w nakrapianych kapeluszach pilnują poręby jakoby rajtaria albo pułk muszkieterski. Lotnik – kryj się! Jaszczurki tropiące owady znikają pod osłoną korzeni. Cień skrzydeł zamajaczył gdzieś miedzy listkami. Drozd śpiewak oderwał się od lasu i pomknął pod nieba aksamit. W dole dzik gwizdem szarpie poszycie, szuka żołędzi. Pod ziemią, bogu ducha winne dżdżownice mają swój dzień męczeństwa.
Gajowy złapał na muszkę dzika – będzie pieczyste. Dzieci pierwszy raz przyjrzą się śmierci. Lis porzuciwszy zająca, nocą przyjdzie po resztki, przy okazji zajrzy do kurnika, w którym, jak zwykle – kipi od żądzy zemsty. O świcie kogut czempion ogłosi żałobę i wyjdzie kurza procesja przed dom na czarną drogę. Gęsi jak zwykle pokręcą głową: a cóż to za zwyczaj, tak błąkać się czarną drogą? Bocian wartownik na wszystko spojrzy ze słupa, krowy na łące, też chciałyby podejść ale nie mogą się zerwać z łańcucha. Dołącz, posłuchaj: rżą konie i gzów zawierucha szumi nad błoniem. Podejdź, posłuchaj. Świerszcze grają symfonię, a puchacz głuchy jak pień śni sen o nocnej przygodzie: że jest szybszy i ma więcej wdzięku od myszołowa, że drżą przed nim wyrodne gryzonie, a on niby dzielny pan Zagłoba bierze w jasyr całe chorągwie, zaś młode sarny, lisy, wrony i jeże pełne miłości oddają mu siebie w ofierze.
O wielki Homerze! Gdybyś wiedział, jak ciężkie las nosi brzemię? Nie pisałbyś o rycerzach, tylko o tym, co w gęstwinie drzemie. Albo o drodze, z której pątnik ogląda sceny godne antycznych tragedii. O szlachetny Wiliamie! Pióro by ci uwiędło, gdybyś choć jedną noc spędził w leśnym teatrze. Makbet chowa się w każdym zaroślu, Jago na każdym drzewie obmyśla zemstę. Stąpmy dalej: wiedźmy z kości nieszczęsnych budują zamek. Burza nadyma się nad polaną. Biegną drwale przez gęstwę – dalej, kto żywy, komu serce podpowie ucieczkę! Wiatr zgina łodygi, wyją cisy, jawory, brzozy, deszcz wybija trel o werble pokrzywy. Niebo się spienia nad głową w kolor dębowy. Źródła – nie znając brzegów podmywają korzenie. Jałowiec wytrząsa czarne jagody. Koń staje dęba i kruk, nad wstążką błotnistej drogi rozpina skrzydła jak welon – dalej za nim w te pędy! Walą się dawne Jerycha, sztorm nawiewa nowe legendy – jeszcze tu jesteś, jeszcze oddychasz? Rysie i żbiki duszą pisklęta – jarząbki, cietrzewie – w porywie szaleństwa rzucają się oprawcą do oczu. Nietoperz złowił ćmę pod krwawym światłem księżyca, pająk miał na nią ochotę, ale wiatr pozrywał mu sidła – mszyca ogryzła pąki. Hejże! Komu noc matką! Bierzcie, co się wyłgało od hekatomby!
Koń szarpnął z kopyta, za zakrętem, nocny lotnik upuścił tren i zapukał w drzwi starej chatki pokrytej mchem. A któż to tak dzwoni, a któż to tak pyta? Sen niepodobny innym snom? To stąpam po polu, to w drodze, to w lesie, to w izbie drzemiącej pod mchem – słyszę i pytam: a któż to tak skrobie, a któż to tak puka? Jaś i Małgosia pędzą na wielkim wozie, a wokół deszcz, zawierucha i zapach zbutwiałych ksiąg. Weź jedną, odczytaj, niech posłucha, kto nocą zgubił tren i dziobie żałośnie prosząc by wejść. Wnet karty splamione rozproszą w kwaterze pierników woń i domek pod mchem na kurzej stopce pomknie przez duktów korytarz – a cóż to tak drapie, a cóż to tak zgrzyta? Nie wpuszczaj, nie wpuszczaj, lecz dźwięk nie ustaje – skądże to, skąd? Kurza łapka staja za stają, dogania świetlisty krąg. Na wielkim wozie dzieci łakome odłupują kawałki piernika. Za progiem coś czeka, za progiem coś czyha i książka wymknęła się z rąk. Nie podchodź! Może to strzyga, przybrała postać kruka i tłucze i stuka byś przed nią otworzył swój dom. Lub wiedźmy złośliwe spuściły marę z łańcucha – a wpuśćże, a wpuśćże! Na zewnątrz grom, na zewnątrz błysk – ani żywego ducha – a wpuśćże, tego kto puka!
Za oknem stary dąb, na dębie kot palący fajkę w rogowych okularach gęsim piórem spisuje bajkę. Widziałem, widziałem – woła – tego, kto na twym schodku, jak gwiazdor noc rozścielał! Pozostań w środku, nie otwieraj! Staruchy gotują wywar z zioła: ogon szczura, serce sowy, węża skóra, włos dziecięcy, prawa dłoń! Hej tam – wiedźmy siostry, pomalować rzęsy, biust nastroszyć, wcisnąć się w błyszczący strój! Hola, hola – kot zawołał – stój, nieszczęsny, stój! A za drzwiami wciąż coś stuka, czyżby to był tylko sen, lecz dom prawdziwy i z piernika… Wielki wóz pod drzewem świeci, czarownice splotły krąg, w wozie głodne dzieci i ten dziwny cień jak kruka – wciska się pod sień.
Podnoszę księgę. Czytam. Znów pod świetlik coś przybiega. W mgieł oparze nimfa znika, za nią leśny dziad jak z drzewa: garb mu trzeszczy, broda skrzypi, kot coś bredzi o trzewikach! Nagle niebo się rozjaśnia i z sadzawek – niby w baśniach – wytryskają morza! Znów okrętów szyk, piratów krzyk, brylantów jasna zorza. Niewidzialny ktoś pod drzwiami łka, a Kosciej-car połyka – po kamyku kamień – wielki skarb czarnoksiężnika. Na ścieżkach wąskich i nieznanych dziewczynka dobiega królika. Nad nią Hak z Piotrusiem Panem krzyżują szpady, Janko muzykant na skrzypcach z gontu gra pogrzeb dla Anielki, Twardowski na księżycu i w „Rzymie” syn diabelski: wszyscy bez mała są częścią tej samej siły, która od pierwszych ludzi po kres istnienia, chcąc wszystko zmienić – nic nie zmienia. Jedynie nocą, pod postacią kruka spać nie daje wierszopisom i tylko trwoży, dziobie, stuka…
Czy czasem marzysz o powrocie? Bo ja – mój wierny – gdy tylko zwolnię oko z przerwy, w biegu przez zamieć, w procesji małych ludzi mocuje się ze snami. I jest nas większość: kobiety, starcy, dzieci i smutny anioł nad katedrą – świeci jak świeczka w kolumbarium. Nie każdy jest mi znany, są twarze nie znajomych, jak kamień twarde, nieruchome. Idziemy, dźwięczą pieśni, a pod kościołem z prawej strony u wrót na wpół otwartych, stróż zgarbiony domaga się opłaty. Dźwięczą talony, kto żyw ten płaci i tylko zmarli przystają z boku. Wchodzimy między zwaliste ściany. A w środku ołtarz wyciosany z kości i ławy na kotwicach niby okręty w portach. Siadamy. Cisza. Nagle pewna pani z rzędu za mną pyta: a ci co na zewnątrz? Oni jedynie świadczą – odpowiadam – ich obecność nie kala ziemi: my tutaj dla nich – głusi, niemi bezwolnie nosimy ich świadectwa. W nas ich katedra, jesteśmy Jerozolimą umarłych. Nieprawda, ja w to nie wierzę – padają słowa. I dobrze – wołam – dobrze! Nie trzeba wierzyć – starczy żałować.
Ach jak prosto przyjść w świątynię, usiąść w ław okrętach tuż przy sterze, ach jak trudno wyjść na zewnątrz i potwierdzić – wierzę, wierzę w przeznaczenie! Czy ty wierzysz? Przyjacielu miły, coś się zwierząt w lasach pytał, ryb w jeziorach, drzew schylonych nad biedronką w ziołach – czy ty wierzysz? Że to wszystko wie o tobie, gdzieżeś zbłądził, cóżeś zgubił, coś odczytał z mowy burzy? W sosnach, dębach, lipach, w cząbru włosach – cóżeś ukrył w złotych kłosach?
Patrz, jak pszczółki nad hyzopem kręcą bąki, zefir znany psotnik strącił z chmur jaskółki, baby w pocie czoła pielą grządki, dzieci na patykach wodzą koła, chłopi pługiem rzeźbią w polach. Tylko starcy w domu palą lulki, ważą piołun. Czasem, kiedy mrok uparty patrzy w okno grają w szachy z wyleniałym czartem co na imię ma samotność. Tylko czasem się nie martwią. A ty, czy masz czasu nadto?
Wracaj skąd przybyłeś. Nim się zbudzisz, lub nim zaśniesz – miły gościu – opuść bajkę i ofiaruj siebie chwili, chwili która gaśnie.
Przystąp, nadstaw ucha: za oknem szum, za oknem zgiełk – zawierucha… To tramwaj jęcząc bierze zakręt. Na zewnątrz znowu jakiś cień – ktoś puka? Nie, to głów spieniona rzeka po zebrze mknie i lawa z autobusów przez przesmyk drzwi połyka nowy dzień. A cóż to tak dzwoni, a cóż to tak zgrzyta? Czyżbyś przez sen (niepodobny do innych snów) tak ciężko oddychał? Ze świateł ruszył wielki wóz i gonią widma wzdłuż barykad: jabłka, ziemniaki, fasola, gryka – czego kto chce – spodnie, sandały, sztuka i znów znajomy dźwięk – coś stuka. Puk-puk, puk-puk. Nie podchodź, nie wpuszczaj, lecz gra muzyka – a skądże to, skąd? Nadciąga tłum, motorów jęk i woń piernika zaczepia nos. Za progiem coś czeka, za progiem coś czyha, na czole pot i drżenie rąk. Nie pytaj – kto? Nie pytaj. Może to kruk, ten sam ze snów upuścił tren a teraz przez porannych dźwięków szmer przenika do kryształowych serc. A wpuśćże, a wpuśćże – tego kto puka! Bo jest tą siłą – od zarania – która, gdy działa cierpi i cierpi bez działania. Na taki wzorzec wszyscy przystać muszą: poeta i ptak spod nieb z żałobną duszą pod zaspanymi drzwiami. Nie lękaj się i otwórz jej czasami…




Komentarze
Pokaż komentarze (1)