Marcin Małek Marcin Małek
497
BLOG

KATEDRA

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 3

  WIERSZ Z  TOMU "Z POWIEK OPŁATKI KRWI"

 

 

I.

 

Dwie dłonie spotkały się przy katedrze

dwie czyste miękkie spragnione

wdzięczne uprzejme wyglądające braterstwa

Katedra posępna rzucała ciekawe spojrzenia

i ptak na jej kolcach w zadumie roztropnie

ukłonił się dziobem rozpuścił ogon i jakby w podzięce

lub pod wrażeniem pokiwał maleńką głową

 

Dwie myśli świeże gorące

niby dwa bochny chleba

spotkały się w piecu treści w książce

i rosły rosły do nieba

aż chmur nabrzmiałych manowce

umyśliły je strącić błyskawic palcem

grożąc zalotnie wydarły płomienne stronice

bezpowrotnie

 

Dwa serca odległe od siebie

niby dwa słońca w Mlecznej Drodze

krążą uparcie od miejsca do miejsca

i choćby chciały nie mogą się spotkać ze sobą

gdzie okiem nie sięgniesz bezkresna przestrzeń

uśmiecha się grzecznie i z całą bezwzględnością chwali Boga

że w przychylności geście stworzył ją nie uległą

 

Ptak nad katedrą przybrał w noc skrzydła

odleciał naoliwić zegar księżyca

udobruchać wzburzoną przestrzeń

wydziobać czerwone robaczki zdyszanych serc

napić się myśli z płomieni otwartych schmurzonych ksiąg

umościć się w piecu – zostać Feniksem

i świecić po wieków wiek

 

Młoda kobieta wyszła w dorosłość

niepomna że nie wzięła ze sobą serca

spotkał ją młody żołnierz – honor akurat pożyczył koledze

kolega niestety poległ jedyna pociecha że z honorem

Jakie piękne będą mieć dzieci – aż płacze katedra

Tak już ma że pochyla się nad każdym losem

i tylko Rumun żebrak rozumie jej myśli

gdy dzwoni jak dzwonem nabitym trzosem

 

Dziecko wskazuje palcem kapłana patrzy na ojca

i woła To on! Ociec przytula chłopca i szepcze

Już ci mówiłem żebyś nie kłamał – to grzech chłopcze!

Grzech nazywać pasterza wilkiem że dusi owce

Po mszy pójdziesz się wyspowiadać przeprosisz

i zrobisz co zechce…

 

Wiaro o wiaro niezłomna gdzie stąpisz

zatykasz własne chorągwie na kontynentach

planetach galaktykach w bezpańskim Wszechświecie

O wiaro która pleciesz ręce i serca spotykasz

mnożysz trupów góry  tysiące pod wichrem zawianym

na falach zgrzywionych gubisz i ocalasz żywotów okręty!

O wiaro przeklęta czemuś zgubiła biednego chłopca?

 

Żwir pod butem trzeszczy od słońca

But zdjęty z jeńca – rozstrzelali go boso

też miał syna ale jego dziecko bało się kłamstwa

i zawsze bez względu na ciężar mówiło prawdę

nigdy nikogo nie musiał przepraszać

tym bardziej pasterza za syna

– był wilkiem…

 

Prawda jest jak katedra strzelista piękna rozległa

jedyna w swoim rodzaju Mówią o niej

że jest Feniksem że się odradza nawet z popiołów

i wciąż pomnaża watahy czeredy zgraje stada

drapieżnych jak lęk szukających żeru potworów

szczerych do szpiku przeżutych kości [oszustwa]

złożonych w mogile lunatycznych snów

serc rozdziobanych na strzępy przegubów

skręconych łańcuchem braterstwa

Przyjmijcie ją proszę jak chrzest

przyjmują rodzice w imieniu dziecka

oddajcie jej tylko ciszę niech się rozpłynie

w ulotnej nocy złowieszcza i nieśmiertelna

 

 

II.

 

 

Białe koszule spinki ze szczerego złota

włosy miękkie jak morze spokojne i wstążki

w tych włosach pachnących domem

W dormitorium fortepian – na pulpicie Chopin

na fotelu Mickiewicz przy łóżku Słowacki i ulotka z katedry

coś o bliźnich Reszta pod urokiem rozlanej herbaty

wypadła z obiegu spraw nie cierpiących zwłoki

 

Zwłoki w kostnicy [bladoniebieskie]

pod warstwą pudru zamawianego na kilogramy

Nawet jeśli by chciały nie potrafią zapukać w wieczność

gdzie Mickiewicz z lwia grzywą wątły Słowacki i Chopin

gruźlik przewlekły skarżą wyroki losu i Opatrzność

która wdławiła w usta dziecka ciężkie jak stal pytania

Gdy umrę kto przyniesie mi kwiatki a kto zapali świeczkę?

 

Pod wieżą tłum czarnych wron przebranych odświętnie

Zwierzęta w klatkach szczęśliwe że są – jeszcze

złudzenia – testament Świętego Franciszka Usta kobiet

jak plastry miodu mężów dłonie podobne pętlom obroży

i dzieci [kostki cukru] słodki fundament katedry

czule obejmującej sarkofagi z alabastru niezgody

dwuznacznych spojrzeń i wizji karkołomnej przyszłości

 

Franciszek na swoim podeście dziwnie milczący

Już nie pamięta o testamencie Bardziej złowieszczy od Jana

Łamie plomby kruszy pieczęcie rozpuszcza wrony

kruków stada – dzieci na kolanach plotą w dzioby ręce

Gdyby umiały się modlić? Rodzice podnoszą je z ziemi

i wloką do samochodów drogich niby różańce

ofiarowane wiernym w katedrze za garść talentów

 

W cieniu bufiastych dzwonów kondukt żałobny

odmierza wiekuistą odległość nieskończoności

Proporce kirów łopoczą na wietrze w rytm zgrzytu kuł kolaski

Koń stary przodownik wyczyścił kopyta szuwaksem

Podobnie jak chłopiec poczuł niedosyt mimo wszystko

ciągnął brzemię na którym snem roztargnionym

bielał staruszek weterynarz sumień konował wzruszeń...

 

W ostatniej drodze Chopin zapalił nokturnów snopy 

Mickiewicz zgromił Niechaj, kogo wiek zamroczy,  

Chyląc ku ziemi poradlone czoło, Takie widzi świata koło, 

Jakie tępymi zakreśla oczy Słowacki zakrzyknął 

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami, 

Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,

Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami -

A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny 

I dzwony zagrały od palców po grzbiet katedry

chłopiec podniósł wysoko wąskie jak horyzont czoło

szepnął Oj dziadku dziadku biedny gdybyś mógł widzieć ojca mego

i matkę bezradną jeszcze byś powstał

Jeszcze byś prosił mury katedry o urnę wybitą na przestrzał

gdzie wietrzą się prochy upadłych

 

 

III.

 

 

Zniszczona w podeszłym wieku nie pamięta

gdzie odłożyła serce Musiała pochować ojca odprawić męża

dzisiaj składa w ofierze syna [nie przestał być chłopcem]

innej młodszej piękniejszej i dużo droższej kobiecie

Katedra wyrwała jej z włosów wstążkę rozbiła pukle

i kręci kurzawą nut z trąbek gwizdków Organy pod parą

w pocie czoła pracują ręce rzemieślników i mistrzów

 

Wieczór wypełza na chodnik z kipieli nocy – ostatniej

Wieczernik jeszcze nie pewny kogo pożegna

kto komu obmyje stopy pobłogosławi i poda obrywek macy

Komu na oczy nawiną opaskę z cierni wywłóczą

na stok góry Syjon i utopią w popiele stosów

piramid nadziei nad nową Jerozolimą Komu wykręcą drogi

jak kości w przeciwnym kierunku od Rzymu

 

Burza zrobiła sobie przerwę nad katedrą

Zmyła brokat z powiek i fryzur Panna młoda

myśląc że jest nieśmiertelną wyszła pod groty deszczu

Chłopiec zamienił się w wilka i połknął

swojego Kapturka w kolorze ecru – szkoda

Stara matka miewała wizje jak każda wilczyca bez serca

widziała że chowa drapieżnika

 

Czasem za dziecka kołysząc szczenię do snu

szeptała mu czule do uszka piękny z ciebie morderca

nie wart zwyczajnych słów A on chciał być tylko dla niej jak ojciec

który bardziej od kłamstw obawiał się prawdy

Gdyby miał pewność – zatrzymałby honor dla siebie

Z ciężkim łbem jak wrzeciono po śladach odbitych w śniegu

z nosem przy ziemi tropiliby razem zdobycz – nie lekką

A tak choć wilkiem stworzony musi udawać że jest owieczką

 

Mendelssohn wyskoczył z pod palców mistrza

i przeszył rozłożył na włókna nieczułą materię bazaltów

Rozświeciły się oczy krwią nabiegłe usta wydały okrzyk

Wiwat! Wiwat weselna uczta! Wiwat festiwal śmierci i gwałtu!

Mąż pochylony nad ścierwem z pyskiem w posoce

parującym jęzorem odtrąca łuski zerwane z węża

który kusił słodkim owocem z przekwitłego drzewa małżeństwa

 

Mokra dziewica [najdroższa]

spogląda w ogarki źrenic mężczyzny-chłopca

pół wilka pół owieczki i otwartą piersią żąda

współczucia litości Nie wie że stara pragnie jej serca

Nie pomna sędziwej jak świat i zaświaty prawdy

Czego syn nie zrobi dla własnej matki tego i sam Zbawiciel

nie przyoblecze w doczesne kształty Odchodzi niepewna

uiszczonej opłaty za wejście do nieba przez masywne odrzwia i kraty

w spiętrzonych wałach katedry

 

 

IV.

 

 

Rybacy na pstrych łodziach ciągną sieci

Na brzegu cieśla obrzezał wręgi i maszty

Dziatki na drobnych okrętach oddają cumy

podnoszą kotwicę łez i ramion matki

Katedra szumi jak pszenica wzbijając piany kolumny

to prosi to wzbrania to czaruje obrazem gładkim

spokojną taflą miękkiego chłonnego lustra

srebrzystej niby światło wody i zaprasza – do trumny

 

Ryby w sieci – kto odebrał im skrzydła?

Boją się pociech bardziej niźli dorosłych

Rybak tylko wyciągnie z wody łeb tylko ukręci

a dziecko? Zanim zabije wydłubie oczy

ogon rozszarpie na strzępy Dziecko jest

gorsze od niedźwiedzia gdy budzi się z zimy głodny

 

Ojciec kiedyś rybak dziś cieśla

wcześniej żołnierz nie dopisuje zdrowie

patrzy na rączki syna na łuski pod paznokciem

i pęcherz rybiego oka

Mój Boże?! Cóżeś dobrego uczynił – niecnoto!

Ryba to święte stworzenie nie godne kaźni

którą zadały twe dłonie

A chłopiec się tylko uśmiecha

i wkłada w sieć palce czerwone jak zachód słońca

 

Po drugiej stronie młody myśliwy napina kurki

jest dumny że złowił wilka

głowę powiesi w sieni

Wilk ledwie przytomny

próbuje wyrywać ogon i łapy

z ostrych jak gwiazdy zębów katedry

Tak łowcy mówią o sidłach

lub sidła chcą aby tak nazywali je łowcy

Żadna pociecha dla samotnika

który szukał spokojnej łaskawej śmierci

a znalazł młodzieńca – ochotnika…

Więc resztką sił wbił kły w podniebienie

i udławił się własną krwią

 

Zanim roztropny młodzieniec naciągnął spust

szary duch białego wilka wyciągnął mu ziemię spod stóp

i przybił myśliwca kłykciami do drzewa katedry

Niech ma swoje wota niech wiosną zakwitnie pąkami luf

lub huknie jak Luna i Sol po niewczesnych żywotach

Świętych tułaczy Nowego Testamentu i starych krzywd

Niech się pochyli nad szańcem wilków

gdy w koło bezwolne owce wiodą prym w okopach

Niech wznieci z pożarów ognie i dym ludzkich pochodni

niech uniesie w rozległe przestworza pisanej mówionej

i pamiętanej historii

Ku przestrodze w nowe tysiąclecia lata godziny dni –

niepewne jutra pod cieniem wszechobecnej wszechmocnej

świątyni zamarłych serc strawionych dusz i pustych spojrzeń

 

 

Epilog

 

 

Na początku był chaos

z chaosu wydobył się Bóg

i ulepił człowieka z łez

Człowiek zbudował katedrę

i zamknął w niej Boga

Dziś sam o sobie powiada – Bóg

 

Kamień drzewo powietrze i woda

padły człowiekowi do stóp

 

Stopy – depczą

Ręce – biorą

Krew – na rękach

 

Pod podeszwą głowa

w głowie myśl hiobowa

nie ma Boga jest katedra

– jest przeklęta!

 

Jak zwierciadło

studnia dusz bezdenna

wilcze ślepia

łuk księżyca

martwe serca

krzyż na plecach

prochy Świętych łez

 

Z nich powstałeś

w nich się skończysz!

 

Tylko w ramie lustra

lub w obręczy pustej

zamajaczy cień pajęczyn

rączych wież

suchych ramion

kruchych liści

i gałęzi – kory dębu

drzwi katedry

 

Nie ma Boga

bo zamknięty

Nie ma ludzi

bo odeszli

 

I zabrali klucz

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura