WIERSZ Z TOMU "Z POWIEK OPŁATKI KRWI"
I.
Dwie dłonie spotkały się przy katedrze
dwie czyste miękkie spragnione
wdzięczne uprzejme wyglądające braterstwa
Katedra posępna rzucała ciekawe spojrzenia
i ptak na jej kolcach w zadumie roztropnie
ukłonił się dziobem rozpuścił ogon i jakby w podzięce
lub pod wrażeniem pokiwał maleńką głową
Dwie myśli świeże gorące
niby dwa bochny chleba
spotkały się w piecu treści w książce
i rosły rosły do nieba
aż chmur nabrzmiałych manowce
umyśliły je strącić błyskawic palcem
grożąc zalotnie wydarły płomienne stronice
bezpowrotnie
Dwa serca odległe od siebie
niby dwa słońca w Mlecznej Drodze
krążą uparcie od miejsca do miejsca
i choćby chciały nie mogą się spotkać ze sobą
gdzie okiem nie sięgniesz bezkresna przestrzeń
uśmiecha się grzecznie i z całą bezwzględnością chwali Boga
że w przychylności geście stworzył ją nie uległą
Ptak nad katedrą przybrał w noc skrzydła
odleciał naoliwić zegar księżyca
udobruchać wzburzoną przestrzeń
wydziobać czerwone robaczki zdyszanych serc
napić się myśli z płomieni otwartych schmurzonych ksiąg
umościć się w piecu – zostać Feniksem
i świecić po wieków wiek
Młoda kobieta wyszła w dorosłość
niepomna że nie wzięła ze sobą serca
spotkał ją młody żołnierz – honor akurat pożyczył koledze
kolega niestety poległ jedyna pociecha że z honorem
Jakie piękne będą mieć dzieci – aż płacze katedra
Tak już ma że pochyla się nad każdym losem
i tylko Rumun żebrak rozumie jej myśli
gdy dzwoni jak dzwonem nabitym trzosem
Dziecko wskazuje palcem kapłana patrzy na ojca
i woła To on! Ociec przytula chłopca i szepcze
Już ci mówiłem żebyś nie kłamał – to grzech chłopcze!
Grzech nazywać pasterza wilkiem że dusi owce
Po mszy pójdziesz się wyspowiadać przeprosisz
i zrobisz co zechce…
Wiaro o wiaro niezłomna gdzie stąpisz
zatykasz własne chorągwie na kontynentach
planetach galaktykach w bezpańskim Wszechświecie
O wiaro która pleciesz ręce i serca spotykasz
mnożysz trupów góry tysiące pod wichrem zawianym
na falach zgrzywionych gubisz i ocalasz żywotów okręty!
O wiaro przeklęta czemuś zgubiła biednego chłopca?
Żwir pod butem trzeszczy od słońca
But zdjęty z jeńca – rozstrzelali go boso
też miał syna ale jego dziecko bało się kłamstwa
i zawsze bez względu na ciężar mówiło prawdę
nigdy nikogo nie musiał przepraszać
tym bardziej pasterza za syna
– był wilkiem…
Prawda jest jak katedra strzelista piękna rozległa
jedyna w swoim rodzaju Mówią o niej
że jest Feniksem że się odradza nawet z popiołów
i wciąż pomnaża watahy czeredy zgraje stada
drapieżnych jak lęk szukających żeru potworów
szczerych do szpiku przeżutych kości [oszustwa]
złożonych w mogile lunatycznych snów
serc rozdziobanych na strzępy przegubów
skręconych łańcuchem braterstwa
Przyjmijcie ją proszę jak chrzest
przyjmują rodzice w imieniu dziecka
oddajcie jej tylko ciszę niech się rozpłynie
w ulotnej nocy złowieszcza i nieśmiertelna
II.
Białe koszule spinki ze szczerego złota
włosy miękkie jak morze spokojne i wstążki
w tych włosach pachnących domem
W dormitorium fortepian – na pulpicie Chopin
na fotelu Mickiewicz przy łóżku Słowacki i ulotka z katedry
coś o bliźnich Reszta pod urokiem rozlanej herbaty
wypadła z obiegu spraw nie cierpiących zwłoki
Zwłoki w kostnicy [bladoniebieskie]
pod warstwą pudru zamawianego na kilogramy
Nawet jeśli by chciały nie potrafią zapukać w wieczność
gdzie Mickiewicz z lwia grzywą wątły Słowacki i Chopin
gruźlik przewlekły skarżą wyroki losu i Opatrzność
która wdławiła w usta dziecka ciężkie jak stal pytania
Gdy umrę kto przyniesie mi kwiatki a kto zapali świeczkę?
Pod wieżą tłum czarnych wron przebranych odświętnie
Zwierzęta w klatkach szczęśliwe że są – jeszcze
złudzenia – testament Świętego Franciszka Usta kobiet
jak plastry miodu mężów dłonie podobne pętlom obroży
i dzieci [kostki cukru] słodki fundament katedry
czule obejmującej sarkofagi z alabastru niezgody
dwuznacznych spojrzeń i wizji karkołomnej przyszłości
Franciszek na swoim podeście dziwnie milczący
Już nie pamięta o testamencie Bardziej złowieszczy od Jana
Łamie plomby kruszy pieczęcie rozpuszcza wrony
kruków stada – dzieci na kolanach plotą w dzioby ręce
Gdyby umiały się modlić? Rodzice podnoszą je z ziemi
i wloką do samochodów drogich niby różańce
ofiarowane wiernym w katedrze za garść talentów
W cieniu bufiastych dzwonów kondukt żałobny
odmierza wiekuistą odległość nieskończoności
Proporce kirów łopoczą na wietrze w rytm zgrzytu kuł kolaski
Koń stary przodownik wyczyścił kopyta szuwaksem
Podobnie jak chłopiec poczuł niedosyt mimo wszystko
ciągnął brzemię na którym snem roztargnionym
bielał staruszek weterynarz sumień konował wzruszeń...
W ostatniej drodze Chopin zapalił nokturnów snopy
Mickiewicz zgromił Niechaj, kogo wiek zamroczy,
Chyląc ku ziemi poradlone czoło, Takie widzi świata koło,
Jakie tępymi zakreśla oczy Słowacki zakrzyknął
Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami -
A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny
I dzwony zagrały od palców po grzbiet katedry
chłopiec podniósł wysoko wąskie jak horyzont czoło
szepnął Oj dziadku dziadku biedny gdybyś mógł widzieć ojca mego
i matkę bezradną jeszcze byś powstał
Jeszcze byś prosił mury katedry o urnę wybitą na przestrzał
gdzie wietrzą się prochy upadłych
III.
Zniszczona w podeszłym wieku nie pamięta
gdzie odłożyła serce Musiała pochować ojca odprawić męża
dzisiaj składa w ofierze syna [nie przestał być chłopcem]
innej młodszej piękniejszej i dużo droższej kobiecie
Katedra wyrwała jej z włosów wstążkę rozbiła pukle
i kręci kurzawą nut z trąbek gwizdków Organy pod parą
w pocie czoła pracują ręce rzemieślników i mistrzów
Wieczór wypełza na chodnik z kipieli nocy – ostatniej
Wieczernik jeszcze nie pewny kogo pożegna
kto komu obmyje stopy pobłogosławi i poda obrywek macy
Komu na oczy nawiną opaskę z cierni wywłóczą
na stok góry Syjon i utopią w popiele stosów
piramid nadziei nad nową Jerozolimą Komu wykręcą drogi
jak kości w przeciwnym kierunku od Rzymu
Burza zrobiła sobie przerwę nad katedrą
Zmyła brokat z powiek i fryzur Panna młoda
myśląc że jest nieśmiertelną wyszła pod groty deszczu
Chłopiec zamienił się w wilka i połknął
swojego Kapturka w kolorze ecru – szkoda
Stara matka miewała wizje jak każda wilczyca bez serca
widziała że chowa drapieżnika
Czasem za dziecka kołysząc szczenię do snu
szeptała mu czule do uszka piękny z ciebie morderca
nie wart zwyczajnych słów A on chciał być tylko dla niej jak ojciec
który bardziej od kłamstw obawiał się prawdy
Gdyby miał pewność – zatrzymałby honor dla siebie
Z ciężkim łbem jak wrzeciono po śladach odbitych w śniegu
z nosem przy ziemi tropiliby razem zdobycz – nie lekką
A tak choć wilkiem stworzony musi udawać że jest owieczką
Mendelssohn wyskoczył z pod palców mistrza
i przeszył rozłożył na włókna nieczułą materię bazaltów
Rozświeciły się oczy krwią nabiegłe usta wydały okrzyk
Wiwat! Wiwat weselna uczta! Wiwat festiwal śmierci i gwałtu!
Mąż pochylony nad ścierwem z pyskiem w posoce
parującym jęzorem odtrąca łuski zerwane z węża
który kusił słodkim owocem z przekwitłego drzewa małżeństwa
Mokra dziewica [najdroższa]
spogląda w ogarki źrenic mężczyzny-chłopca
pół wilka pół owieczki i otwartą piersią żąda
współczucia litości Nie wie że stara pragnie jej serca
Nie pomna sędziwej jak świat i zaświaty prawdy
Czego syn nie zrobi dla własnej matki tego i sam Zbawiciel
nie przyoblecze w doczesne kształty Odchodzi niepewna
uiszczonej opłaty za wejście do nieba przez masywne odrzwia i kraty
w spiętrzonych wałach katedry
IV.
Rybacy na pstrych łodziach ciągną sieci
Na brzegu cieśla obrzezał wręgi i maszty
Dziatki na drobnych okrętach oddają cumy
podnoszą kotwicę łez i ramion matki
Katedra szumi jak pszenica wzbijając piany kolumny
to prosi to wzbrania to czaruje obrazem gładkim
spokojną taflą miękkiego chłonnego lustra
srebrzystej niby światło wody i zaprasza – do trumny
Ryby w sieci – kto odebrał im skrzydła?
Boją się pociech bardziej niźli dorosłych
Rybak tylko wyciągnie z wody łeb tylko ukręci
a dziecko? Zanim zabije wydłubie oczy
ogon rozszarpie na strzępy Dziecko jest
gorsze od niedźwiedzia gdy budzi się z zimy głodny
Ojciec kiedyś rybak dziś cieśla
wcześniej żołnierz nie dopisuje zdrowie
patrzy na rączki syna na łuski pod paznokciem
i pęcherz rybiego oka
Mój Boże?! Cóżeś dobrego uczynił – niecnoto!
Ryba to święte stworzenie nie godne kaźni
którą zadały twe dłonie
A chłopiec się tylko uśmiecha
i wkłada w sieć palce czerwone jak zachód słońca
Po drugiej stronie młody myśliwy napina kurki
jest dumny że złowił wilka
głowę powiesi w sieni
Wilk ledwie przytomny
próbuje wyrywać ogon i łapy
z ostrych jak gwiazdy zębów katedry
Tak łowcy mówią o sidłach
lub sidła chcą aby tak nazywali je łowcy
Żadna pociecha dla samotnika
który szukał spokojnej łaskawej śmierci
a znalazł młodzieńca – ochotnika…
Więc resztką sił wbił kły w podniebienie
i udławił się własną krwią
Zanim roztropny młodzieniec naciągnął spust
szary duch białego wilka wyciągnął mu ziemię spod stóp
i przybił myśliwca kłykciami do drzewa katedry
Niech ma swoje wota niech wiosną zakwitnie pąkami luf
lub huknie jak Luna i Sol po niewczesnych żywotach
Świętych tułaczy Nowego Testamentu i starych krzywd
Niech się pochyli nad szańcem wilków
gdy w koło bezwolne owce wiodą prym w okopach
Niech wznieci z pożarów ognie i dym ludzkich pochodni
niech uniesie w rozległe przestworza pisanej mówionej
i pamiętanej historii
Ku przestrodze w nowe tysiąclecia lata godziny dni –
niepewne jutra pod cieniem wszechobecnej wszechmocnej
świątyni zamarłych serc strawionych dusz i pustych spojrzeń
Epilog
Na początku był chaos
z chaosu wydobył się Bóg
i ulepił człowieka z łez
Człowiek zbudował katedrę
i zamknął w niej Boga
Dziś sam o sobie powiada – Bóg
Kamień drzewo powietrze i woda
padły człowiekowi do stóp
Stopy – depczą
Ręce – biorą
Krew – na rękach
Pod podeszwą głowa
w głowie myśl hiobowa
nie ma Boga jest katedra
– jest przeklęta!
Jak zwierciadło
studnia dusz bezdenna
wilcze ślepia
łuk księżyca
martwe serca
krzyż na plecach
prochy Świętych łez
Z nich powstałeś
w nich się skończysz!
Tylko w ramie lustra
lub w obręczy pustej
zamajaczy cień pajęczyn
rączych wież
suchych ramion
kruchych liści
i gałęzi – kory dębu
drzwi katedry
Nie ma Boga
bo zamknięty
Nie ma ludzi
bo odeszli
I zabrali klucz




Komentarze
Pokaż komentarze (3)