WIERSZ Z TOMU "PAMIĘTNIK Z NIEDOKOŃCZONEJ WYPRAWY"
I. Cisza…
Zegar nie odliczy
skrzydła z wosku nie uniosą
wielkiej tajemnicy
w starych ścianach i w podłodze
noc spowiada tych co z drogi
tych co w drodze
z miast znajomych
z pól pszenicznych
– idą, dzwonią
miękkim głosem
jak wahadłem przemian
zawieszonym w krótkim locie
pan Zikavski z Nitry
na kolanach – boso
niby zielni mnisi
głowi się nad czasem
– klasztor milczy
tylko pomruk idzie lasem
a słowiki tak radośnie
nucą dzieciom do kołyski
i do śmierci w wiośnie
że jest inna, jakby śmielsza
w jaskrawościach słońca
stając się początkiem wiersza
mową drżącą
niby jasny płomyk świeczki
krwią gorącą
słowem jak cień białym
wyspą serc czerwonych
i zmęczonym ciałem
w nocy kroplą szklaną
dniem rozbłyskiem śnieżnym
snów odmiennych karawaną
gniewem rzeźbiąc owal twarzy
łzą co oczy nam rozjaśnia
i obmywa osad dawnych marzeń
II. Oddech…
I w przyklęku
jakże trudno
jest rozpoznać kształt bez lęku
Ojca Boga
co się zjawia jak spod ziemi
głodny owad
jak łodyżki pnące się pod grad –
w żółtym blasku wierność ludzkich dłoni
warg szepcących zwiędły kwiat
nie umiera w słów czekaniu
z ognia w wodę
z wody w głaz poznania
z głazu w proch i w ziele
zmienia czas pokory
sypiąc popiół jak w kościele
ach, jak w pędzie ciężkich naw
przez marmurów nocne stropy
biły anioł ściska serce i ostatni raz
– otwiera oczy
pęka ciało jak amfora pusta
i Bóg coraz nowy
objawiony w ustach
wrywa się do głowy
i ofiarę spełnia – wszędzie tam,
gdzie się zaczyna człowiek
żalem, trwogą, niby wbity –
w oko trzpień,
co stygnie krwi granitem
nawlekając jak we śnie
miłości prządkę, wątłą nitkę
i na dnie –
zgrabiałych rąk
martwiejąc jeszcze nie doznany
puszcza żywy sok
wreszcie w obraz się ustoi pełny
zmyśleń formą, palić będzie się jak Orion
w krzywdzie piękny
III. Śpiew…
Bo trzeba umieć pokochać,
jeśli nie wszystkich, to garstkę
muzyką słów rzeźbić jak jasność
a tu by trzeba z serc prostych
czerwony klasztor, pod niebo rzęsiste wznieść
a tam położyć zwaliste mosty
by przejść na drugi brzeg
pod skrzypem traw, pod gór tonami
serdeczną głosić wieść
a tu by słońca puch –
w rany otwartych ust wsmarować
w chałupin kurny grób
niech płynie z wyżyn woda,
tak z ręką ciężką na poranionym boku,
serce – człowieku – jak gołąb tłucze się do Boga
a świat – gdzie posłuchasz – zawodzi, skuczy
jak gawron w locie mimowolny
o śmierci tylko woła, umierać tylko uczy
wieczór upada jak burza z jękiem
a ty patrzysz, oczyś zadumał,
w głębokościach cheruby oślepłe:
pisk, trzepot skrzydeł, zawieja, tuman
i jeszcze trzeba pokochać mocniej,
oszaleć mocniej – wejść dumniej
w czas przemian jak w płomień
który wszystko pochłania,
niby język nienasyconych wspomnień
a ty czuwasz (nie)święty
gęstnieją chmur zbielałe łany
pękają parabole furt zamkniętych
O dusz rzemieślniku! Uformuj raz jeszcze,
że strumień jak fenu poszum w fale się zwija,
już go zbierają – owoc dojrzałej czereśni
upada,
broczy jak z rany
– gnije!
IV. Iluminacja…
I w głębi – mocnej – ciałem jak brzozą targa,
grudką trzewi, zielonym klajdukiem
ściśniętym w zgubionych w barwach
zamglenia kredką wychodzi na świat
długi bardzo i krety jak duktów falban
w świtach i zmierzchach obłych lamp
z promieni ciekłych – skrzydlatą arką
człowiek jak świetlik przemierza dal
i ziemię zwaloną pod nim w letargu –
ogarnia smutkiem maleńkim,
to kreśli, nazywa, to szuka,
zbiera do trwożnej ręki
a rozum hardy jak członki przekłute
tak w piasku lub w glinie –
winą odmienia każde pragnienie w pokutę
głową bijąc o skały skręt,
kiedy w górze niby okręt cedrowy
płynie przez niebo jak płynie smolista krew
a już gromem po znojnych kamieniach
napływa do zastygłej nad sterem dłoni
i wlewa jak w misę słodki napój istnienia
a już wplata lepkie palce w usta jak śnieg,
i szepcze w chwili zwątpienia, szepcze
niby zaświatów cudowny flet:
jakże to ty nieopatrzny
wzywasz mnie swoją wiarą maleńką
i nim rzeźbę odwieczną zacznę
ciężkim dłutem ludzkiej trwogi –
ty protonie z ostatniej zorzy
ośmielasz się nazywać mnie Bogiem?
***
I milczał żeglarz – smutny pan Jarko z Nitry,
milczała ziemia i dymił się pejzaż
laską mgieł opadających w doliny
odeszli ludzie – zmęczeni turyści,
stary mnich Cyprian rozpuścił skrzydła,
on jeden w tajemnicy –
dotykał drugiej i trzeciej przestrzeni,
odwiedzał srebrnik,
w nadziei na łaskę zbawienia –
opuścił bezbrzeżne powietrza
przyjmując formę i ciężar
doskonałości niemego kamienia
***
Ostateczna rozprawa ze złem
nie mieści się w słowach
lecz w ciszy ledwie widocznych łez
Ty który nad nami stoisz
broń nas przed światem nie istniejącym
jak przed tym, który w nas jest




Komentarze
Pokaż komentarze