WIERSZ Z TOMU "Z POWIEK OPŁATKI KRWI"
Tej nocy upadł śnieg, upadło morze białych rozgwiazd
nie, to nie sen, nie sen lecz popiół, proch, wulkanów włos
skrzydlaty dym, skrzydlaty krzyk, koślawa postać
czarna pieśń niby lotka rzucona pod nieba skłon
urosła, rozkwitła, wydała plon, kamieni rozpacz
jak młyńskie koła pęknięty dzwon gdy w trwogę bił
że się zapalił gniew a krew z bojowisk jak powietrze
rozpycha nozdrza, rozsadza łeb i dławi niby ołów,
płynna stal, z której do form wyleją dzioby i kłykcie szpon
I szelest szkła w bębenkach skruszonych głów, rozbitych źrenic,
okruszków warg, balonów serc, kropelek łez
kiedy po deszczu wciąż śpiąc na kosach, sierpach i nożycach
jeszcze nie wzeszły czerwoną skrą i nie ostygły niby skrzep
na trupiobladych licach
Ty wiesz – przejdą deszcze, zetleje śnieg, umilknie głos
rozpłynie się muzyka, ucichną śpiewu echa
i tylko pożar, ogień czerwonowłosy o stu językach
jak ptaków odległe plamy zatańczy na głowni widnokręgu.
Pokąd się pali świt, pokąd ramiona oplotą duszę, ciało, kości
i węgiel serca wielki jak dynia, potąd nas żar dosięgnie
a czas rozrzuci niczym ziarno popiołów wstęgi, kokardy, dym
póki nas ciemności kąsać będzie płacz pootwiera gwiazdy
jak brzuch umarłej i dzieci nam odbierze podmuchem krwi brunatnej
Nie, to nie to, co się zwidziało, co noc naciąga
jak wór na łeb przed śmiercią, nie to co z wodą przyszło,
co miażdżąc kry zrywało brzegi i ziemią ciężką
niby zwierz z potrzasku wzbijało poza okop horyzontu,
nie tego nam było mało raz po razie z rozdartej piersi
Z łoskotu pędzących głazów trzeba nam było wydrzeć obraz
niewiastę, męża i resztę, którą nam Pan zaprzeczył, że wierna
psią wiernością jest zdolna rodzić dzieci i karmić mięsem z serca
i poić krwią zgonioną z własnych żył. Trzeba nam było Norymbergi
aby otworzyć oczy widzące wszystko wskroś,
potrzeba było noży bardziej ostrych od stosów w Avignon,
wiwatów pękających głośniej od głów pod mocą kul,
trzeba nam było tej lekkości ognia lżejszego od powietrza
gdy rósł zapachem wypalonych słów i szarpał nozdrza niby uzda
I Wezuwiusza snów jak kłębek o pięknym mieście
czy cegieł wrzasków z dna milczenia, gdzie domy
po jednym schodzą do ziemi jak umęczeni ludzie z wolna
po szarych stopniach płynnych kamieni pod szafot żałosnych pieśni
zmieniając się bezwiednie w popiół, proch i w śnieg białych rozgwiazd,
trzeba nas było natchnąć śmiercią, abyśmy znowu chcieli żyć




Komentarze
Pokaż komentarze