Marcin Małek Marcin Małek
228
BLOG

ŚNIEG BIAŁYCH ROZGWIAZD

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 0

  WIERSZ Z  TOMU "Z POWIEK OPŁATKI KRWI"

 

Tej nocy upadł śnieg, upadło morze białych rozgwiazd

nie, to nie sen, nie sen lecz popiół, proch, wulkanów włos

skrzydlaty dym, skrzydlaty krzyk, koślawa postać

czarna pieśń niby lotka rzucona pod nieba skłon

urosła, rozkwitła, wydała plon, kamieni rozpacz

jak młyńskie koła pęknięty dzwon gdy w trwogę bił

że się zapalił gniew a krew z bojowisk jak powietrze

rozpycha nozdrza, rozsadza łeb i dławi niby ołów,

płynna stal, z której do form wyleją dzioby i kłykcie szpon

 

I szelest szkła w bębenkach skruszonych głów, rozbitych źrenic,

okruszków warg, balonów serc, kropelek łez

kiedy po deszczu wciąż śpiąc na kosach, sierpach i nożycach

jeszcze nie wzeszły czerwoną skrą i nie ostygły niby skrzep

na trupiobladych licach

 

Ty wiesz – przejdą deszcze, zetleje śnieg, umilknie głos

rozpłynie się muzyka, ucichną śpiewu echa

i tylko pożar, ogień czerwonowłosy o stu językach

jak ptaków odległe plamy zatańczy na głowni widnokręgu.

Pokąd się pali świt, pokąd ramiona oplotą duszę, ciało, kości

i węgiel serca wielki jak dynia, potąd nas żar dosięgnie

a czas rozrzuci niczym ziarno popiołów wstęgi, kokardy, dym

póki nas ciemności kąsać będzie płacz pootwiera gwiazdy

jak brzuch umarłej i dzieci nam odbierze podmuchem krwi brunatnej

 

Nie, to nie to, co się zwidziało, co noc naciąga

jak wór na łeb przed śmiercią, nie to co z wodą przyszło,

co miażdżąc kry zrywało brzegi i ziemią ciężką

niby zwierz z potrzasku wzbijało poza okop horyzontu,

nie tego nam było mało raz po razie z rozdartej piersi

 

Z łoskotu pędzących głazów trzeba nam było wydrzeć obraz

niewiastę, męża i resztę, którą nam Pan zaprzeczył, że wierna

psią wiernością jest zdolna rodzić dzieci i karmić mięsem z serca

i poić krwią zgonioną z własnych żył. Trzeba nam było Norymbergi

aby otworzyć oczy widzące wszystko wskroś,

potrzeba było noży bardziej ostrych od stosów w Avignon,

wiwatów pękających głośniej od głów pod mocą kul,

trzeba nam było tej lekkości ognia lżejszego od powietrza

gdy rósł zapachem wypalonych słów i szarpał nozdrza niby uzda

 

I Wezuwiusza snów jak kłębek o pięknym mieście

czy cegieł wrzasków z dna milczenia, gdzie domy

po jednym schodzą do ziemi jak umęczeni ludzie z wolna

po szarych stopniach płynnych kamieni pod szafot żałosnych pieśni

zmieniając się bezwiednie w popiół, proch i w śnieg białych rozgwiazd,

trzeba nas było natchnąć śmiercią, abyśmy znowu chcieli żyć

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura