Poecie Markowi G.
Wszystko w tym miejscu
jest ciężkie jak ołów
sny nie-własne wyrwane pamięci
spalone mosty pobladłe kościoły
kikuty, którym ogrodnik odmówił względów.
Sad – wiekuista samotność jak palec,
kiedy go czyjaś moc do ust przytyka
i słowa na rozstaju, ich lekkość
dzień w dzień wymawiana z wzajemnością
– dłuży się w pustce i nigdy nie zakwita...
I.
To nie jest przystań dla wykluczonych. Najlepiej
wiedzą o tym starzy. I mewy w porcie
jak ludzie podniebni krzyczą niemądrze –
zlęknione nagłym powiewem śmierci. Fale przypływu
gonią ich cienie, na piasku ryby tonące w słońcu,
bezpańskie psy i kotów marcowe piosenki.
Cokolwiek noszone pod sercem ginie w wylocie drogi.
Ograniczeni poboczem gonimy naprędce –
wbrew sobie, aż bolą oczy, uginają się nogi.
To nie jest miejsce dla żywych. I nie dla umarłych
zaświatów progi.
W kogo wiek zapuścił korzenie, ten jak pnącze
na ścianie własnych śladów odznacza strzępy
i znamię pożółkłe na białym kamieniu – krwi deszczyk
wiosenny – ofiarowuje potomnym na pamięć.
A dusza, którą jedno klaśnięcie w ręce podrywa,
łodyg szeptem przejęta przysiada na winorośli
i tak jak koszula śmiertelna obleka obraz młodości.
Nie od poczucia krzywdy, też nie z nienawiści
upadną stare posągi, urosną nowe pomniki
i jak wczoraj z zatoki wymknie się Argo
by przez sztormy znowu powrócić do starej Itaki.
Wy mądrości rzecznicy, których myśli owiał dym
świątynnych kadzideł, jak na zbłądzonej łodzi
wyjścia szukacie z ognia głupoty do wirów zatraty,
gdzie wrzask wylanych z kąpielą dzieci
zagłusza śmiech upadłych kobiet.
Oddajcie nam moc widzenia i siłę czucia pod skutą dłonią.
My jak zwierzęta, w których śmierć tańczy od urodzenia,
nie wiemy sami czym nas stworzono. Czy do światłości,
czy w niszę ciemną strącił nas ktoś wszechmocny?
I tylko nas niesie rzeka mleczna przez rubież przestrzeni,
przez łąki podziemne i gęste powietrza o mdławej woni.
My ludzie pomroczni raz zaznawszy swobody
już nie wrócimy do formy z jakiej wylały nas ręce Bogów,
sami będziemy siebie pomnażać „innych” piętnować,
jak kukły bez twarzy ubierać w coraz to nowe kształty,
w cienką pozłotę, w stokrotki, kaczeńce, chabry – malować
miodem, smołą i topić w pierzu, w czerwonych wodach zachodu,
w rozbłyskach poranków i dziennych zorzach,
aż skóra odejdzie od kości, oczy wypłyną przez nozdrza
a ziemia wstrzyma oddech i dęba staną spłoszone zwierzęta.
Coś od nas odchodzi, mija, tłucze się ciemną drogą,
coś przybiega, coś się wypiętrza.
II.
Straszliwy okrzyk – „musimy się rozstać!”
wytrącił mnie z nocy i nie pozwolił zawiesić powieki
nad gałkami zmęczonych oczu...
Ogromny chłód wieje od ciemności –
poeta napisał w akcie rozpaczy: „Nie wódź nas na pokuszenie,
choć zwieść się daliśmy.” Poeta żąda od poety aby się wytłumaczył!
Nie wiesz poeto, że Boga nie można zranić?
Ogromny chłód wieje od słów poety: „Wiemy!
Wiemy – grzeszyliśmy! Pomóż jeśli możesz!
I myśl jasna na nas spadła jak anielskie skrzydło!
Odejdź maro! Idź do diabła! ... i poszło straszydło.”
Żądanie aby poeta przepraszał za wiersz
jest tak samo niedorzeczne jak żądanie
aby matka przestała nagle kochać swoje dzieci.
Poeta jest wierszem i wszystko co mówi, mówi od serca.
Najtrudniej rozmawia się z Bogiem przez oczy i usta wiernych,
ślepo wierzących mistrzów słowa, którzy czytają rozumem
myśli skradzione żywiołom w szaleńczym biegu po złote runo
– jutrznię nadziei, najtrudniej skarży się Boga w ich obecności.
Nie rozumieją bowiem, że każde słowo rozpaczy
jest równocześnie cichą modlitwą i prośbą o łaskę
dla ręki, która prowadzi pióro w wiecznej tułaczce
przez udrękę do udręki w zamkniętej na głucho w klace
samotności.
Nie tak dawno paliło się „Innych” na stosach
później, kiedy żywe pochodnie wyszły już z mody,
ktoś mądry doszedł do tego, że wystarczy podpalić książki,
i Ty, który się mianowałeś obrońcą wolności słowa
chcesz zakneblować mi usta ogniem?
Ostracyzm jest najbardziej haniebną formą walki
na jaką mógł kiedykolwiek zdobyć się człowiek
występujący przeciwko drugiemu człowiekowi,
śmiertelny cios mieczem mniej boli od opuszczonych powiek
lub od pogardy tych, którzy w akcie łaski zamiast lufy przy skroni
ofiarowali nam płaski pejzaż odwróconej sylwetki.
Czytywałem poetów, którym się zwidziało, że oswoili prawdę,
nic bardziej złudnego – poezja jest złotym ptakiem,
którego nie sposób utrzymać w siatce szczerej mowy,
poezji [jak wszystkim stworzeniom woda] potrzebne jest kłamstwo,
niedomówienia, pół-słowa... Prawda jest dla poezji tym, czym dla alfonsa
szczerbata dziwka, gotowa uklęknąć przed każdym,
kto zadowoli się miąższem zwiotczałych dziąseł –
waży tyle co chwila przyjemności sam na sam z upiorem marzeń.
Nie ma gorszych szalbierzy niż ci, którzy na co dzień szafują słowem.
Słowo ma moc wskrzeszania, słowem zabijesz jak nożem
a poeci – cóż przyjacielu – jak każdy szukają nie drogich wrażeń.
III.
Proszę się nie bać – żywimy się strachem jak owsem konie,
mocno siedzimy w siodłach – wykrzyknik jest naszą kopią,
za tarczę mamy znak zapytania, kropkę nazwaliśmy gwiazdą zaranną,
myślnik mizerykordią, krwią przelaną na darmo atrament -
zaś reszta, o której tutaj nie wspomnę jest odwieczną pogonią
w poszukiwaniu Świętego Grala – amen!
Zaklinamy powolne cienie powolną dłonią, stopy wkładamy w strzemiona,
bezsilnym literom wbijamy pod żebra ostrogi,
kopyta naszych wierzchowców rozłupują głowy wrogów,
palimy ich rękopisy a one nie płoną, wieszamy ich rymy a one nie wiszą,
wyprostowani schodzimy pod ziemię i wrzask nazywamy ciszą.
Palą nam ognie, w ogniskach gaszą nasz język,
gwiazdy popielne wzywają na pomoc –
poeta poecie stanął na bielmie. Pod paznokciami mają ziemię ruchomą,
ślimaki krwi cudzoziemskiej czarne, twarde i ostre jak krzemień,
ukrzyżowane szyszki na świerkach straszą czerwienią
a dobrze im tak niech cierpią – czerwone plemię.
Podpalić świerki, podpalić konie, rycerzy, ogień podpalić [bo czerwony]
niech wszystko spłonie i tylko iskier jęki dodają skrzydeł poezji.
Coś nieludzkiego mieszka w ogniu – to dziwne, wiedząc, że może oparzyć
boimy się chłodu... Ogromnym chłodem powiało z płomieni –
„Komu chcesz się pokazać?” przeklęty ogniu, w ten sposób, komu?
Wstyd mi za ciebie poeto, jedyne co potrafisz,
to wykrzyczeć [nie]swoje „przeciągłe nothing nothing nothing”.
Mistrz patrzy jak jego czeladnik ćwiczy się w fachu –
czeladnik patrzy na mistrza z podejrzliwością,
mistrz nie lubi swojego czeladnika, czeladnik boi się mistrza,
najchętniej zabiłby starca ale jest jeszcze tajemnica...
Wiedza tajemna ponad wytrzymałość sznura, który młodzieniec
zamyślił udusić koryfeusza. Nie trzeba umierać,
tym bardziej pozbawiać życia aby zrozumieć, że śmierć
jest wielką niezbadaną tajemnicą... Mistrzowi ktoś okrutny
dał na imię Acheront – czeladnik od chwili kiedy rozpoczął u niego nauki
głowi się dlaczego i tylko ta enigma utrzymuje mistrza przy życiu.
Opiewa okaleczony świat, jak gdyby nie widział, że cierpi,
pamięta o wszystkich świętach „wdławionych przemocą”,
mierzi go „osad pierwszeństwa” i „Inny” poeta, który go obmył,
płacze nad Polską – szukając tej, której nie ma...
Ojczyzna jest jego natchnieniem, słona niesprawiedliwa zazdrość
trzyma ją niby w potrzasku pomiędzy bielą kartek a stalówką ostrą jak bagnet,
gdy mówi o wolności słowa, o spiskach i zdradzie nawleka jej na skronie
drut cierniowiec i kocha tak jak oprawcy kochają ofiarę
złożoną na ołtarz „Sprawy” – jest „Sprawa”: wszędzie się mrowi czerwone
poziomki, pomidory, truskawki, rower na balkonie,
krew w żyłach, podwiązki i nawet chińskie lampiony...
IV.
Niepotrzebnie w Dzień Zaduszny nadstawiasz ucho
zmarli nie mówią w naszym języku, jesteśmy dla nich jedynie igraszką,
nieprzerwanym strumieniem cielaków, nie świadomych, że idą pod topór.
Nic się nie dzieje, kiedy serce przestaje pompować krew do mózgu,
słowa umierają jak ćmy bezszelestnie – najpierw grzebiemy słowa,
dopiero potem cała resztę. Czy kochasz je tak jak matka kocha
zdeformowane dziecko – tuż po pierwszym szoku, jeszcze w szpitalu,
z otwartym wenflonem przyrośniętym do sinej dłoni?
Obmyj osad szaleństwa z opromienionej twarzy i odpowiedz,
jaka miłość zamiast otwierać zamyka anielskie bramy?
Jesień jest bolesną porą w której umiera każdy wydany na świat owoc.
Nie patrz tak, wiem, że patrzysz i nie milcz jak milczą miasta
ofiarowane na stos całopalny, nie dym nienawiścią
jak dymią kominy fabryk, przez które ulotniła się nasza cywilizacja.
Pamiętasz ogrody jak labirynty? Gdzieś głęboko schował się w nich Minotaur
a spracowana ziemia co noc do bladego świtu czerniła mu kopyta
czarnym bzem i czarną jagodą umarłych języków – dobra ziemia
umiała pokochać byka... Jakiej odwagi trzeba, aby pokochać coś takiego,
jakiej odwagi, żeby zobaczyć duszę pod przykryciem rogów?
Nic się nie dzieje, kiedy fale mózgowe kończą swój bieg na piasku,
nadzieje umierają jak słowa bezszelestnie – na końcu grzebiemy nadzieje,
nic się nie stało – „nic” to jedyne nieśmiertelne słowo, ostatni pogromca czasu.
Słońce oświetla stosy, gasną węgle odległych planet w kosmosie,
kosmos jest w tobie i we mnie; nieostrożny ruch ręki, drgnięcie powieki,
nagły okrzyk żalu lub zwiastowanie euforii wprawiają go w drżenie,
aż rozpędzone jaskółki nie potrafią utrzymać się w równym locie –
spadają na ziemię niby upadli poeci i lotnym ogonem rysują dźwięki
utraconych wierszy. Nie patrz tak na mnie jakbyś widział mnie po raz pierwszy.
Nic się nie dzieje, kiedy mówiąc o innych myślimy wyłącznie o sobie,
myśli umierają jak nadzieje bezszelestnie – gdzieś pośrodku grzebiemy myślenie
a potem, już całkiem bezmyślnie, wbrew słowu, wbrew nadziei
zbieramy porzucone po drodze nie swoje krzyże i niesiemy je do następnej stacji
a każda kolejna jest coraz wyżej i wyżej i coraz więcej zbieramy owacji.
Codziennie zaczynamy od nowa, obliczamy straty, rachunki krzywd i zasług,
wychowujemy dzieci, mimo, że nie są już dziećmi, wpychamy im do gardeł dzieciństwo
aż się któreś udławi. Żyjemy na wszystkich kontynentach, seidem razy mocniej niż inni,
mówimy w trzech tysiącach języków, na jawie i w wyobraźni naprawiamy to wszystko
czego się nie da naprawić, uczymy tych, do których nic nie dociera –
co się skurczyło powiększamy, co urosło kurczymy do ledwie widocznych rozmiarów,
jesteśmy wszędzie i nie ma nas wcale, jednocześnie w świetle i cieniu,
pod promiennym słońcem i w chłodzie prastarych kamieni, w radości i żalu...
Nic się nie dzieje, kiedy nie dzieje się nic – od wieków wiek i po wieki,
grzebaliśmy, grzebiemy i grzebać będziemy okrutne „kiedy”,
„kiedy” umiera po swojemu, zależy na co mu przyjdzie ochota i kiedy...
V.
Wybaczcie poecie, że mówi do was w zapomnianym języku
faraonów umierającej epoki. Nie szukam usprawiedliwienia,
tym bardziej litości, jak każdy śmiertelnik, jedyne czego pragnę
to być ocalonym – moja era kończy się jak kończą się starzy ludzie
w bólu i niedołęstwie... Nie chcę się żegnać z poduszki.
Czym jest kaleka poezja bez duszy, czym, jeśli nie krzykiem rozpaczy,
a czym jest angaż do służby, jeśli nie sznurem na szyję poety.
Nie jeden zapyta: a cóż to znaczy w czasach kiedy wstyd
już dawno przestał być zaletą? Dziś każdy bez trudy jeśli tylko zechce
może zostać poetą – w końcu i tak wylezie my z ust, spod pióra
coś obmierzłego. A wtedy Boże uchowaj; wyznawać żal
to jakby usankcjonować majestat zbrodni.
Bo zło często przybiera mizerną postać i jak mało kto
domaga się dobra, walczy o dobro, nazywając głośno z imienia
wszystkie rzeczy niedobre. I tak bez wyroku trwa kaźń odwieczna,
poeta popycha poetę w drodze na Sąd Ostateczny.
„Tyleśmy grzeszni co inni – in hac lacrimarum valle1
wygnańcy, synowie Ewy, przeklęty Kaina płód.”
Nie przekonuj, że miałeś ojca Abla, nie przekonuj, że jesteś synem,
poeci rodzą się w piecu – taki płód jak długo mógłby drążyć ciało?
Żadna matka nie uniosłaby takiego ciężaru [ledwie nas dźwiga planeta],
żaden ojciec nie poradziłby takiemu dziecku, dziękować tylko Bogu
za to, że bunt choć w swej naturze wieczny z czasem potrafi się ustatecznić.
Na granicy TU i TAM jest miejsce nazywane poezją,
jest miejsce, gdzie wszystko nam wolno, a skoro tak;
czy istnieje tam Bóg? Nawet, jeśli go nie ma, wyobrażamy sobie,
że czasem przychodzi po zmroku i siada koło głowy,
w starym pluszowym fotelu – bo przecież wszystko mu wolno,
i po co ten bunt – stateczny, wygłaskany, odprasowany, ale...
niech was rozum nie zwiedzie; śmiertelnie groźny,
poeta zbuntowany jest jak wściekły pies, który sobie ubzdurał,
że nie nadaje się do życia gdzie indziej niż w dziedzinie psich bogów,
poeta często wolałby zamienić się z psem na uczucia i rozum.
Pies najwyraźniej wie z czyjej woli i do czego został przeznaczony.
Poeci uczą się świata przez oczy i dotyk matki, przez oddech kochanki,
czułość żony i kiedy opuszczają ich po kolei: matka, kochanka, na końcu żona
poeci płaczą, lecz nie z tęsknoty a z przerażenia – właśnie dociera do nich, że
samotność jest najgorszym rodzajem kalectwa. Nikt oprócz ich samych
albo rymowanych postaci nie chce przyjąć odpowiedzialności za podrzucone złudzenia.
Ukrywają się między wierszami, w miejscu odosobnienia dla ludzi małej wiary,
nie wierzą w nic z tego świata, jednym uchem zbierają instrukcje z nieba,
drugim w zachęcie kiwają na piekło, gdy trzeba liczą się tylko z własnymi myślami
i tylko dla siebie w świątyni zapalą świeczkę – wybaczcie szczerość
i to, co wam jeszcze powiem: Poeci to bydło! Wiem bo sam jestem łaciatą krową!
Jak reszta, zamiast przeskoczyć liżę poprzeczkę, a za plecami rzeźnia spływa czerwonym morzem.
Marcin Małek
Dublin 24.10.2012
1Łacina - jęczący i płaczący w tej łez dolinie




Komentarze
Pokaż komentarze (1)