WIERSZ Z TOMU "MY WSZYSCY Z WIERSZY"
Rozum skulony w kłębek
jak embrion w zażywnym łonie
przeciskam przez sidła uliczek
w skwery, rabatki i klomby
– drozd na gałęzi, jakby niepewny
nuci: dokąd to idziesz? –
Czy jeszcze wrócisz?
A ja mam straszną potrzebę
tak się błąkać, tak brodzić
po pas, po nos, po uszy
w szumie motorów, w trzasku podków
ciężkich i długich jak noc butów
odczuć przymus ognia i płomień
wpuścić do duszy.
I śmiać się złowieszczo
podczas gdy „enta” wiosna
grzmiącą nawałą obala i wskrzesza ludy
ciągnie przez pola, niby burzanów kolumny
– czerepy, przybrane odświętnie
jak wielkanocna misa w laury idei
i tego wszystkiego co spłonie na stosach.
A ja mam łaknienie, głód okropny
wyjść z siebie i zostać
jak ów drozd – wolnym, swobodnym
żyć pod szerokim niebem
i śpiewać w cieniu sosny
lub zaczepiać przygodnych idiotów:
– dokąd leziesz?
W huk blasków
w płomienie
w krwi rdzawą rzekę
w rozprute domy
w strącone wieże
w okna jak trumny
w zamieć barykad i wrzask dzwonów?
– Dokąd leziesz dumny?!




Komentarze
Pokaż komentarze