WSTĘP Z TOMU "SPOMIĘDZY RZECZY"
(Bez zobowiązań o poezji)
Co jest istotną cechą twórczości? Czy przedstawianie ludzi, zdarzeń, zachowań w coraz to nowym świetle? Tak aby wszystko, co nas otacza i przenika widzieć, słyszeć, a więc i rozumieć każdorazowo inaczej? Ofiarując tym samym patrzącemu, słuchającemu – jak to ujął Jan Błoński w eseju „O pieskach” – „coraz to nowe wyglądy, znajome, owszem, ale jednak inne.”
Rzeczywistość bywa o wiele trudniejsza – złożona, niż nasze wyobrażenia o jej kształcie. A jednak wciąż znajdują się tacy, którzy próbują ją oswoić. Niektórym nawet udaje się wydobyć część tego niewyczerpalnego bogactwa, tkwiącego w świecie wyobrażonym, a przez to na wpół realnym, półżywym, pół istniejącym. W świecie, którego można dotknąć ale niepodobna zatrzymać tylko dla siebie. Siła tworzenia ma swoje źródło gdzieś pomiędzy, objawia się w odwzorowaniu krajobrazu, zdarzeń, zachowań, charakterów, a przede wszystkim jest ikoną losów człowieka... Nie, nie dosłownie, odbywa się to raczej poprzez wydobycie pierwiastka realności z sumy twórczej esencji, gdzie tym, co nie daje spokoju i każe odkrywać świat na nowo jest zmiana – życie w jego odwiecznym biegu. Łowimy więc spomiędzy rzeczy błahych i wzniosłych, wysokich i niskich, bo życie, choćby i w zmyśleniu niesie ze sobą obietnicę nie odkrytych tajemnic: nowości, piękna i grozy – niewyczerpany ich zasób. I czego mógłby chcieć więcej poeta?
Sztuka czym by nie była, nie przestaje wchłaniać ludzkiej osobliwości, rozmaitości, swobodnie wspina się z nizin na szczyty i spada ze szczytów w niziny. A jednak, mimo jej zdolności adaptacyjnych (nazwijmy to elastycznością) najważniejszy element tworzenia pozostaje ukryty. Czesław Miłosz uchyla rąbka tajemnicy, mówiąc, że tym czymś jest „pisanie prowizoryczne”, ale czy tak po prawdzie pisanie może nie być prowizorycznym? Skoro my twórcy ulegamy wpływom czasu, także i nasze pisanie musi mu wreszcie ulec. A więc jesteśmy tu tymczasowo i nasze słowa, choć bardziej trwałe od nas samych, też naznaczone są jego piętnem. Widać to najlepiej w portretach ludzi, albo w twarzach przyjaciół, w zmianie zachowań i w porach roku. Teraźniejszość jest mniej przychylna niż byśmy tego oczekiwali, przeciwstawia się sztuce, zmuszając jej podmioty do morderczego biegu, z rzadka pozwala zwolnić, poukładać zwichrzone myśli w jedną hierarchię i oddać hołd temu, co „trwa i odnawia się w każdym pokoleniu”. Zresztą artysta nie umie odmówić własnej miłości, nie pamięta o zobowiązaniach, o ślubach i przysięgach, które obiecał nie tylko sobie ale i bliskim i odległym; wszystkim z kim zderzyło go życie. Jest jak dziecko i jedno, co może, to wyznać własne przewiny z rozbrajającą szczerością – czyli znowu, od „reszty” powrócić do „siebie”. Jedyne, co ma, to moc słowa i tą brzemienną świadomość… Pociesza się wiec echem własnej mowy i od nowa idzie tam, gdzie musi sprostać jedynie własnym wymogom. W takich okolicznościach bardzo trudno o uczciwy rachunek sumienia, dzieło zaś, samo przez się nie usprawiedliwia wszystkich grzechów i zaniechań.
Tworzenie jest czasem nieuniknionych zmian, odważnych decyzji, nieuchronnych i bolesnych wyborów – sen śniony wewnątrz snu dobiega końca, bo nikt, tylko my jesteśmy odpowiedzialni za nasze złudzenia. Nie można po trochu wierzyć, a trochę nie wierzyć. Trzeba czuć, chłonąć całym sobą, wykształcić w twórczym procesie zdolność empatii – nikt nam jej nie dał w prezencie – trzeba było ją wyhodować, a później podlewać zimnym potem przerażenia, gdy odzyskawszy świadomość pojęliśmy wreszcie – do czego nas przeznaczono.
Nie, to nie wściekłość i nie bunt – raczej irytacja zmieszana z rozczarowaniem, gdzie bezpośredniość i rzeczywistość przyjmują formę symbolu a może przypowieści. Coś chowa się za słowem i za tym, co ono reprezentuje. Niespokojny bohater? Poszukiwacz światła w bezustannej grze pozorów – oczekujący przemiany? Na czym właściwie miałaby ona polegać? Na znalezieniu odpowiednich słów? A może to język tworzy sytuację – organizuje ruch? Otwiera nowy wymiar – może to etap, ułamek czasu wyrwany z niekształtnej całości, a może samo jego źródło.
Otaczający nas świat odznacza się jakąś gruntowną niestabilnością, to śliska przestrzeń, gdzieś pomiędzy stopą a ziemią, gdzie trzeba ubrudzić ręce aby ożywić materię. Ale czy warto rozkładać ją jak stare pudełko, na czynniki pierwsze, tylko po to, aby na chwilę wejść? Czy warto?
Chyba jednak tak – wszak odbudowa aksjologicznych fundamentów świata jest jednym z naczelnych zadań twórcy, nadaje poezji funkcję „ocalającą” - utrwala związek pomiędzy tym, co zmysłowe i tym, co namacalne, konkretne. Spina język (mowę) ze sferą ponadczasowych idei, gdzie słowa odnajdują należne im miejsce. Kto pisze poezję? Czy ten, kto zadanie swe upatruje głównie w odkupieniu powagi i dostojeństwa słów, kto wierzy w sakralizację rzeczywistości i we wszelką doniosłość? A może ten, który postrzega rzeczywistość jako niestały, składający się i rozsypujący produkt dialogu podmiotu z przedmiotem, kto opuszczając powiekę raz zasłania, a raz ujawnia prawdę – bezwiednie naśladując ruch kół historii – mechanizm nie poddający się intencjom i marzeniom indywidualnym. Więc czy możliwe jest (w ich biegu) dokonanie oceny moralnej, nakreślenie perspektyw, uchwycenie charakteru zachodzących procesów? A co z wolnością, ze swobodą ducha – nie ma ich?
Bez obaw – istnieją, tyle, że bardziej jako próba, poszukiwanie takiego punktu widzenia, który pozwala ocalić wielkość minionych czasów i obiektywizm etycznej miary. Ale do tego potrzebny jest dystans (wysokość) – przestrzeń, gdzie człowiek będzie się umiał odnaleźć w obliczu „wczoraj”, naprzeciw „tu i teraz”, pod groźbą „jutra”. Potrzebne są skrzydła, które podniosą nas na poziom, skąd widzieć będziemy całą okazałość istnienia.
„Jeżeli [...] uznamy lot nad ziemią [...] za metaforę powołania poety, nietrudno zauważyć, że już w niej zawiera się sprzeczność, bo jak być ponad i równocześnie widzieć ziemię w każdym szczególe? A jednak, przy chwiejnej równowadze przeciwieństw, pewna harmonia może być osiągnięta dzięki dystansowi, jaki wprowadza sam upływ czasu. „Widzieć” znaczy nie tylko mieć przed oczami, także przechować w pamięci, „widzieć i opisywać” znaczy odtworzyć w wyobraźni. Dystans, jaki stwarza tajemnica czasu, nie musi zmieniać wydarzeń, krajobrazów, twarzy ludzkich, w gmatwaninę coraz bardziej blednących cieni. Przeciwnie, może je ukazywać w pełnym świetle, tak, że każdy fakt, każda data nabiera wyrazu i trwa na wieczne przypomnienie ludzkiego znieprawienia, ale i ludzkiej wielkości. Ci, którzy żyją, otrzymują mandat od tych wszystkich, którzy umilkli na zawsze. Wywiązać się ze swego obowiązku mogą tylko, starając się odtworzyć dokładnie to co było, wydzierając przeszłość zmyśleniom i legendom. Tak ziemia widziana z wysoka, w wiecznym teraz, i ziemia trwająca w odzyskanym czasie stają się na równi materiałem poezji.”1
Wiara w istnienie świata postrzeganego jest składnikiem elementarnego ludzkiego katechizmu, choć w dzisiejszym kontekście pełni funkcję „zaklęcia” wymierzonego w zwątpienie i brak perspektyw. Zaś język, którym się dziś posługujemy sprowadza się do roli czegoś, co nazwałbym –polifonicznym skutkiem ubocznym doznawanej rzeczywistości. To wielogłosowy szum, łatwo przyswajalny ale i nietrwały, podlegający błyskawicznym przemianom, ulęgający modom, w praktyce niepoddający się przeżywaniu. A przecież słowa rodzą się z wielkiej, wewnętrznej ciszy. Często bywają owocem samotności – to znaczy – rosną na peryferiach życia (nie twierdzę, że są oderwane) ale zawsze na uboczu, z dala od zgiełku codzienności – przedstawiają ją i opisują łącząc dwa światy. Poeta jest jakby bytem osobnym, zawieszonym gdzieś pomiędzy. Tym czymś, co dodaje mu siły (energii), co go uskrzydla, jest język i w nim jego prerogatywa, ale tylko i wyłącznie pod rygorem wiarygodności. Nie wystarczy więc wyrzec się profetycznej pozy, odegnać cudze echa, by mówić i pisać tylko sobą. Trzeba jeszcze upaść, tak –upaść, by z perspektywy kolan, raz jeszcze spojrzeć na to wszystko, na co patrzyliśmy z góry. Żeby wiersz brzmiał słowami reszty (aby reszta mogła go wchłonąć), pozostając wszakże nie w pełni dostępnym, owszem czymś znajomym, lecz bez wyraźnych konturów, jak obraz dzieciństwa rozmyty w obciążonej pamięci.
Nasze widzenie poezji wynika z odziedziczonych wzorów czytania – z mocy tonów podbudowujących wyolbrzymione duchowe ambicje. Współczesny, ale także i dawny czytelnik (w tym względzie nic się nie zmienia) postrzega poetę jako kogoś, kto myśli, czuje i mówi za niego, kogoś, kto za sprawą talentu budzi w nas świadomość pochodzenia, a więc żyje nie życiem własnym (nie dla siebie) ale „za” i dla milionów. Mieszka gdzieś tam, gdzie my, zwykli śmiertelnicy nie mamy wstępu – po drugiej stronie, pośród zaklęć, mitów i legend. Jest trochę jak ów nieszczęsny Ikar, którego lot i upadek stanowią szeroko rozpowszechniony symbol ludzkiego dążenia do realizacji zamyślonych celów wbrew naturalnym porządkom świata. Chcemy w nim widzieć tego, kto w pogoni za rzeczywistością, jest w pełni świadomy swojej straszliwej odpowiedzialności i zawsze wierny jakiejś idei, śmiało wkracza tam, gdzie żaden z pozoru normalny człowiek nie ośmieliłby się wejść, ponieważ przeszkadza mu w tym jego „Ja”. Poeta (żyjąc w nas) ma ich tysiące – trwa w wiecznym locie – upada aby się wznieść, wznosi się aby upaść. I tak bez końca, przechodzi z jednego wymiaru w drugi, stając się swoim zwielokrotnieniem, przy wtórze słów – własnych słów –, które niczego nie gwarantują a i tak czytamy je jak Ewangelię, stawia czoła kruchości wyobrażeń i mniemań, którym ulegamy, patrząc każdorazowo na siebie wzajem.
Przypisy:
1 C. Miłosz Wykład Nobla, s. 9-10., za Jerzy Jastrzębski „Być wieszczem” „TEKSTY” 1981, nr 4-5.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)