Marcin Małek Marcin Małek
211
BLOG

PIERWSZE STO LAT

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 0

 

Najgorsze jest pierwsze sto lat

Podaj mi rękę – prosi łodyga – najtrudniejszy jest pierwszy krok

Potem jakoś to będzie, jakoś będzie szumią woda i wiatr

Ale ja wiem, przeczuwam – nie ma kresu, nie będzie

Tym czasom z pierwszych stu lat

 

Matka śmiała się mówiąc: czas to stary złodziej

Okrada ciała żyjących

Jeszcze czuje jak z niej ubywa wspomnień

Jak rośnie w moc mgielny sarkofag, a w jego cieniu

Bliskich chorągwie – stada gawronów gotowe na żer

 

Weronika w zgrzebnej chuście obmywa im stopy

Zwilża usta, choć już po sądzie, płynie pod nimi świat

Jakby skarżył ich wszystkich, że są jeszcze

Oni zaś, ich twarze mleczne i włosów gałęzie

Żywią się tylko mgłą, mgłą tylko rosną w nadziei, że ktoś ich dotknie

Że wskaże na wpół uchylone okno gdzie majaczy brzeg

 

Zamknięte okna zwiastują samotność

Śpiący rybak, oparty o osadzone wiosło

Zaplątał się w sieć – morski konik pociągnie go w otchłań

I gdzieś na dnie z czułością, ostatnim pocałunkiem

Przezroczysta meduza zaprze mu dech

 

On jeszcze przez chwilę jakby stał w wyproście

Bada przez wody krople jej miękki kształt

I dźwięk ostatni z piersi dobywa – nie zatrzaskuj okien

Wpuść więcej powietrza, inaczej nie będę spał

Wyciągnę się w łóżku jak kostur, co pod ścianą oparty czeka

Na tkliwą dłoń ślepca

 

I tylko plusk żałosny zamyka się nad nim głucho

I tylko wierna Weronika głaszcze jego powieki

Mówiąc do ucha – śpij, spij człowieku

Bo cisza się stała ogromna nad upływem pierwszych stu lat

Są jeszcze wiosła, by pchać, popchnąć zastały czas

I pęknie nam w oczach chmurny sarkofag

I wszyscy wejdziemy w otwarty pod światłem jak kielich kwiat

Nie pierwszych i nie ostatnich długich stu lat

 

Podaj mi rękę – szepcze łodyga – prosi o jeszcze jeden krok

I ciszy całun muzyką wzywa jak gościa z dalekich stron

Podaj mi rękę – płacze łodyga – czyś ty zmalował smugi niebiańskich wrót

Czyś chodził posłusznie za pługiem – przaśny chłop – drąc w ziemi koryto długie

Niby nadgwiezdny strop – podaj mi rękę – słyszę urwany głos

I widzę jak wschodzą liście w kadłubie okaleczonych wierzb

Te wierzby wiedzą, jaki je spotka los

Najgorsze jest pierwsze sto lat, a potem wrócimy na brzeg

pod zgrzebny koc...

 

Z tomu "Nazwijcie mnie idiotą"

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura