Marcin Małek Marcin Małek
334
BLOG

NIEZAMIERZONA SPOWIEDŹ CZARNEGO JĘZYKA

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 0

 

Primo —

 

I nie myśl już więcej o ranach

których ból codziennością

okaleczył nas jeszcze w łonach

Pamiętasz głos pani znad wrzeciona

i kroplę krwi pod ukłutym paznokciem?

Nie myśl o wygnaniu — kto nie doświadczył

w powrocie skrzypów i mchu

pomiędzy deskami podłogi

o którą w młodości ścierał kolana

kto się nie zgodził — ten nadal zgubiony

choć mówią że się szczęśliwie odnalazł

Musisz opiewać świat okaleczony świat”

ktoś krzyknął z ambony...

A kto powiedział że muszę — ja chodzę

od świtu do nocy od nocy do świtu

pomiędzy wyżłobieniami śmiertelnych naruszeń

i ciągnę za włosy wpółżywą ciszę

i nicość zapraszam na niekończący się bal

rozognionych uchodźców co nucąc

spadają jak liście w słony przestwór fal

łezka za łezką białe dzwonnice

o masie tysiąca słońc — Ja chodzę ubrany

w cudzą duszę jak w bandaż

co skrywa wąwozy szram

i nad wrzaskiem rozwijam sztandar

bolesnym okiem żandarma

odmierzam życie za życie — czas za czas

 

 

 

Secundo —

 

 

A do tej krainy wiodą stopnie tonów

z których się rodzą niespokojne krzyki

mgławicą dźwięków z kolebki gromów

dając nam przedsmak nieludzkiej muzyki

Bo w noc jarzmową się rozlegnie

stukot obcasów gdy but uderzy o bruk

lub ktoś po trotuarze

w osłonie drzew przebiegnie

wzbijając oniryczny dławiący kurz

Możesz uwierzyć w duchów wołanie

gdy u komina wiatr się zwiesi i zagwiżdże

a jasny płomień wystrzeli w gwiazdy

i snopem iskier zabłyśnie

na granatowej nieba tafli — Ty ledwo zaśniesz

a już nad głową staną nieproszeni goście

i już zbierają z powiek światło i mniej radośnie

w dębowym łożu ścieląc ciemność

wiekiem kryształowego mrozu

jak śmierć nad pustym tronem

zaciągną wartę niby kat pętlę powrozu

Umarli z żywymi zagrają w dłonie

ojcowie ukołyszą głowy swych żon w ramionach

na miast ruinie jakby w piasku

dzieci wyszczerbią łopatki i drozd na gałęzi skona

i wrzos się zbudzi na spopielonych czaszkach

Śniegiem zawiało pienistą falą

wyją sekundy w białej równinie mórz

Poczuj — jak się wody palą

morze upada w czerniawy kurz

Nim nowy bałwan księżyc powali

uklęknij i czoło do czoła złóż

nucąc temu kogo schowali

pod baldachimem nieważkich słów

 

 

Tertio —

 

 

Nie raz skrywałem niepewność

pod kikutami zgorzałych drzew

i kroplą deszczu nie raz dosięgnął

mnie gniew z oddali pytając — Czy chcesz

opłakać tą samą ciemność

która zaparła ci dech?

Powietrze było wilgotne — krew błyszcząca

o woni ledwie dojrzałego nieszczęścia

Świat nieznośnie lekki pod urokiem miesiąca

wspinał się na palce i z grzbietu szaleńca

wypuszczał w przestrzeń czerwone latawce

I krążą nad nami ich ciężar brzydota i męstwo

bo zawsze ostatnie na ustach galaktyk

i pierwsze w rozpaczy zwycięstwa

dlaczego miałyby obrócić się w kłamstwo?

Przecież istnieją wyłącznie w wyobraźni

jak ulubiony tom wierszy — a kto nie bał się złamać

szyku żałobnych pieśni i z entuzjazmem

wykrzyczeć że wie wszystko o śmierci?

Powiem prawdę — niekiedy wierzę

w tamten świat skulony pod brzuchem naszego świata

Tak przyjacielu — Wiara to wampir

który przypadkiem ocknął się w naszych czasach

Może jestem przesądny ale jak każdy poeta

noszę w kieszeni czosnek osikę i srebrny krzyżyk

dźwigam na własnych plecach

 

 

Quatro —

 

 

Zaledwie wczoraj bez wstydu

nazwałem siebie Idiotą

język jak sporysz w ustach mi zdębiał

i jęczmień na oku potarty kruszywem przemienił się w złoto

Co dzisiaj widzę? Dziecię niewiastę i męża

zakutych w dyby — wdeptanych w błoto

Zło ma tą właściwość że zawsze zwycięża

i zwłaszcza uczciwych...

Próżno szukałem antidotum

Ja trup pośród żywych

w glinianym kociołku warzę popiół

spalonych nadziei sprawiedliwych

Pies zazdrośnie stróżujący przy kości

prędzej się podda surowej Opatrzności

aniżeli poeta stojący nad własnym grobem

Jeszcze naprzeciw nicości

wymawiam się wierszem — skarżę słowem

tak człowiek niegodny godzi się

z nagle objawionym Bogiem

tak język nie prosty zawisa sękatym mostem

nad meandrami życia najdroższych

 

A tajemnica?

 

Jak zwykle ukryła się w kropce

po drugiej stronie księżyca

 

 

Dublin

01/02/2013

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura