— Primo —
I nie myśl już więcej o ranach
których ból codziennością
okaleczył nas jeszcze w łonach
Pamiętasz głos pani znad wrzeciona
i kroplę krwi pod ukłutym paznokciem?
Nie myśl o wygnaniu — kto nie doświadczył
w powrocie skrzypów i mchu
pomiędzy deskami podłogi
o którą w młodości ścierał kolana
kto się nie zgodził — ten nadal zgubiony
choć mówią że się szczęśliwie odnalazł
„Musisz opiewać świat okaleczony świat”
ktoś krzyknął z ambony...
A kto powiedział że muszę — ja chodzę
od świtu do nocy od nocy do świtu
pomiędzy wyżłobieniami śmiertelnych naruszeń
i ciągnę za włosy wpółżywą ciszę
i nicość zapraszam na niekończący się bal
rozognionych uchodźców co nucąc
spadają jak liście w słony przestwór fal
łezka za łezką białe dzwonnice
o masie tysiąca słońc — Ja chodzę ubrany
w cudzą duszę jak w bandaż
co skrywa wąwozy szram
i nad wrzaskiem rozwijam sztandar
bolesnym okiem żandarma
odmierzam życie za życie — czas za czas
— Secundo —
A do tej krainy wiodą stopnie tonów
z których się rodzą niespokojne krzyki
mgławicą dźwięków z kolebki gromów
dając nam przedsmak nieludzkiej muzyki
Bo w noc jarzmową się rozlegnie
stukot obcasów gdy but uderzy o bruk
lub ktoś po trotuarze
w osłonie drzew przebiegnie
wzbijając oniryczny dławiący kurz
— Możesz uwierzyć w duchów wołanie
gdy u komina wiatr się zwiesi i zagwiżdże
a jasny płomień wystrzeli w gwiazdy
i snopem iskier zabłyśnie
na granatowej nieba tafli — Ty ledwo zaśniesz
a już nad głową staną nieproszeni goście
i już zbierają z powiek światło i mniej radośnie
w dębowym łożu ścieląc ciemność
wiekiem kryształowego mrozu
jak śmierć nad pustym tronem
zaciągną wartę niby kat pętlę powrozu
Umarli z żywymi zagrają w dłonie
ojcowie ukołyszą głowy swych żon w ramionach
na miast ruinie jakby w piasku
dzieci wyszczerbią łopatki i drozd na gałęzi skona
i wrzos się zbudzi na spopielonych czaszkach
Śniegiem zawiało pienistą falą
wyją sekundy w białej równinie mórz
Poczuj — jak się wody palą
morze upada w czerniawy kurz
Nim nowy bałwan księżyc powali
uklęknij i czoło do czoła złóż
nucąc temu kogo schowali
pod baldachimem nieważkich słów
— Tertio —
Nie raz skrywałem niepewność
pod kikutami zgorzałych drzew
i kroplą deszczu nie raz dosięgnął
mnie gniew z oddali pytając — Czy chcesz
opłakać tą samą ciemność
która zaparła ci dech?
Powietrze było wilgotne — krew błyszcząca
o woni ledwie dojrzałego nieszczęścia
Świat nieznośnie lekki pod urokiem miesiąca
wspinał się na palce i z grzbietu szaleńca
wypuszczał w przestrzeń czerwone latawce
I krążą nad nami ich ciężar brzydota i męstwo
bo zawsze ostatnie na ustach galaktyk
i pierwsze w rozpaczy zwycięstwa
dlaczego miałyby obrócić się w kłamstwo?
Przecież istnieją wyłącznie w wyobraźni
jak ulubiony tom wierszy — a kto nie bał się złamać
szyku żałobnych pieśni i z entuzjazmem
wykrzyczeć że wie wszystko o śmierci?
Powiem prawdę — niekiedy wierzę
w tamten świat skulony pod brzuchem naszego świata
Tak przyjacielu — Wiara to wampir
który przypadkiem ocknął się w naszych czasach
Może jestem przesądny ale jak każdy poeta
noszę w kieszeni czosnek osikę i srebrny krzyżyk
dźwigam na własnych plecach
— Quatro —
Zaledwie wczoraj bez wstydu
nazwałem siebie Idiotą
język jak sporysz w ustach mi zdębiał
i jęczmień na oku potarty kruszywem przemienił się w złoto
Co dzisiaj widzę? Dziecię niewiastę i męża
zakutych w dyby — wdeptanych w błoto
Zło ma tą właściwość że zawsze zwycięża
i zwłaszcza uczciwych...
Próżno szukałem antidotum
— Ja trup pośród żywych
w glinianym kociołku warzę popiół
spalonych nadziei sprawiedliwych
Pies zazdrośnie stróżujący przy kości
prędzej się podda surowej Opatrzności
aniżeli poeta stojący nad własnym grobem
Jeszcze naprzeciw nicości
wymawiam się wierszem — skarżę słowem
tak człowiek niegodny godzi się
z nagle objawionym Bogiem
tak język nie prosty zawisa sękatym mostem
nad meandrami życia najdroższych
A tajemnica?
— Jak zwykle ukryła się w kropce
po drugiej stronie księżyca
Dublin
01/02/2013




Komentarze
Pokaż komentarze