Marcin Małek Marcin Małek
429
BLOG

EPITAFIUM DLA KARŁA

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 4

 

 

Nad jeszcze tlącymi się ruinami zachodzi słońce,
myszy cudem ocalałe z pożogi nieśmiało strzygą uszami,
człowiek zagubiony w morzu kamieni przypomina gołębia 
szybującego nad obszarem niekończącej się wody, 
z oliwną gałązką w dziobie — znak nadziei, łaski i szczęścia  
— dostarczyć jedynie do rak wybawcy...
Więc teraz, kiedy już nie ma nic, co by nas mogło obejść
możemy wreszcie sobie powiedzieć — jesteśmy dziećmi,
daleko nam jeszcze do tych spiżowych mężczyzn,
o których uczyły nas stare rajfurki historia z poezją,
możemy wreszcie się nazwać, nazwawszy zaś — wybaczyć.
Powiedz więc Karle — czy mi wybaczasz?
Czy potrafisz, leżąc na białych kafelkach 
z twarzą tuż przy ściekowej kratce? A kto was kurwa nauczył 
miłosierdzia w pozycji horyzontalnej!?
 
Oni jak ty, chcieli znać tylko prawdę, a teraz?
Teraz myszy się nimi nakarmią 
i mrówki będą mieszkać w ich czaszkach,
słońce w soczewkach ich okularów załamie promienie,
pierścienie opadną z palców obranych z paznokci —
Karzełku! Taki właśnie jest koniec 
wszystkich znanych początków.
 
Nie będzie żadnych pogrzebów — nie trzeba nam wspomnień,
wspomnienia były dobre... Zresztą nic się nie przejmuj 
i tak nie zjawiłby się nawet pies z kulawą nogą 
— u nas nikt nie lubi Karzełków, tym bardziej honorowych.
Wiem, to nic dobrego pewna świadomość,
że miasto was nie chce  i nawet po śmierci 
obcasem trzyma płytę grobową.
 
Tak czy owak; oni odeszli, a ty kolego, choć nie do życia,
też nie do śmierci — jak kryształ 
będziemy hodować ciebie i tobie podobnych
pomiędzy glinianą powierzchnią a jądrem ciemności.
Potrzeba nam wrogów na słowo, na zew wolności.
 
Wszyscy robimy co do nas należy, 
Karzeł przede wszystkim musi być użyteczny 
— rozumiesz!? Reszta jest mniej istotna, 
jak chcesz nazwij ją milczeniem, ale pamiętaj — 
niekiedy cisza bywa bardziej upiorna
niż stukrotny pogłos wrzasku rzuconych do piekła,
bo czym jest śmierć Karzełku — czym jest
naprzeciw wiecznej ciemności ukrytej w blasku
nieodegranej jeszcze tragedii. 
Żegnaj! Mam pracę do wykonania, 
dziś w nocy w innym mieście, w te same sieci co ciebie
muszę złowić giganta, a później przekonać o wyższej potrzebie
sceptyczną resztę. Cóż więcej mogą słowa 
jeśli nie wzruszać góry i drążyć kamienie 
raz w raz i od nowa — ciężka, mozolna budowa
i brzemię, straszliwe brzemię Hioba.
 
 
          07.02.2013
 

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura