(Bardzo subiektywny tekst o twórczości znajomego poety).
Uczciwe pisanie o kimś, kogo się szczerze podziwia nastręcza szereg trudności — bo też w podziwie trudno o obiektywną ocenę, niemniej nie o ocenę tu idzie a o akt czystej admiracji, pokłon i hołd jaki jeden poeta jest winien drugiemu. Brzmi górnolotnie, ale niech was moi drodzy nie zwiedzie moja zdawałoby się spiżowa szlachetność. Muszę się przyznać, kiedy czytam wiersze „tego drugiego” najpierw, jeszcze przed zachwytem dopada mnie coś na kształt zawiści — jak on mógł? Napisać coś takiego, wyżłobić piórem w papierze akurat taki (genialny) a nie inny związek frazeologiczny!? Jak mogłeś drogi poeto, kto dał ci moc i siłę stwórcy, budowniczego tętniących życiem światów — jak mogłeś!?
Właśnie, owo ostatnie pytanie prowadzi mnie zawsze tą samą utartą ścieżką — od zawiści do zachwytu. Chyba nie można inaczej, musimy zazdrościć tym, których podziwiamy, musimy — choć trudno się do tego wprost przyznać — przeklinać ich w duchu za talent, którego nam zbywa, za słowa, którymi nie umiemy się tak wprawnie posłużyć jak oni. Potrzeba nam tej negatywnej energii aby przed samym sobą przyznać, że oto zrodził się nowy tytan, a my jesteśmy tylko ziarenkiem piasku w jego wszystkowidzącej źrenicy. Kiedy wreszcie to do nas dociera zawiść odpływa, serce zaczyna znowu miarowo uderzać, rzekłbyś w rytm pieśni ukrytej pomiędzy strofami jego wierszy i świat i drugi człowiek stają się bardziej znośni i znowu chce się tworzyć. Zupełnie jak w wierszu „W nieskończoności”:
One nadfruwają
Czarne motyle
Szare anioły
Nie mogę się opędzić
W powietrzu latają ich zwiędłe pióra
Bitwa na płatki
Czas wolno zastyga
Ja tworzę
Moim poetą od „zachwytu i zawiści” jest Jerzy Maria Siwecki dobry duch melancholii, demiurg w czystej postaci, śmiało dający odpór nadciągającej katastrofie, somnambulik opierający się żywiołom nigdy niezasypiającego miasta. Ktoś, kto bez żalu potrafi porzucić jedną tożsamość, tylko po to aby zaraz odnaleźć zupełnie inną.
Tak... Owa wielowymiarowość, czy też wieloosobowość poety nadaje jego twórczości jakby rys laboratoryjny, pozwala niejako na własnej skórze odczuć czytelnikowi wpływ słowa na otoczenie — zagłębić się w nowoczesnej poezji, zarazem stać się jej podmiotem, a niekiedy także — i nie ma w tym nic strasznego — przedmiotem.
Siwecki snując swoją opowieść, słowem, jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki, prostuje nam wszystkie pogmatwane ścieżki. Skraca dystans pomiędzy nami a rzeczywistością, która w codziennym życiu wydaje się niebywale rozległa. Wciska nam w usta pytanie: dlaczego przejmowaliśmy się rzeczami, które obecnie wydają się nie mieć żadnego znaczenia?
W wierszu „Koniec świata wystygł” rzeczywistość, o której jest mowa powyżej, nie tyle staje się nam bliższa, ale bezpardonowo wdziera się do głów przez czytające oczy i bezlitośnie pyta: „Czy Ktoś się w ogóle łudził?”
Lodowy lukier ozdobił wagony.
Odstawione na boczny tor,
wzdychają za aktywnością na Wschodniej.
Taki zły dzień, którego świat się nie kończy.
Kruki brodzą w śniegu,
Wysypka rdzy na semaforach.
Piasek, sól i błoto z łez.
To wściekła rozpacz butów pasażerów, wolniutko sobie odtaja.
Spóźniony pociąg marzy:
“Odstawcie mnie, na bok, błagam”.
Maszynista się śmieje,
zalewa smutek letnią herbatą z termosu.
Koniec świata nie nadszedł.
Czy Ktoś się w ogóle łudził?
Moim zdaniem tego rodzaju wiersze — w tym niebywała zasługa autora — pełnią bardzo ważną rolę, mianowicie przemawiają do nas w zastępstwie sumienia, (nie to, żeby go nam brakowało, tylko czasem w zgiełku codzienności jego głos nagle przycicha) to znaczy oddalają globalne oskarżenie pod adresem ludzkich pobudek, „złośliwej” historii a przede wszystkim i tak wątłej ze swej natury tkanki życia, niwelując skutki gniewu i odrazy — mają więc funkcję ocalającą. Są tym bardziej potrzebne im bardziej rzeczywistość dzisiejszej doby wymyka się codziennej mowie.
„Koniec świata wystygł” dotyka wielkiego tematu, ale sam wielki temat nie czyni jeszcze wielkiej poezji, przeciwnie często bywa przysłowiowym gwoździem do trumny poety i w tym znaczeniu Jerzy Maria Siwecki broni się mocą własnych słów. Poprzez uproszczenie języka, wypracowanie własnej wersyfikacji, wreszcie surowość formy (jednakże bez zbędnej przesady) autor wprowadza swoisty chłód a nawet odrętwienie — wszakże znać w tym celowość i dystans artystycznego przetworzenia, znać wprawną rękę poety.
Do charakterystycznych cech poezji Siweckiego należy badanie kruchej równowagi w czasach chaosu i wycofywania się wiary. Nasze doraźne sprawy zdają się być niepewne i mało powiedzieć bolesne, tylko przedmioty gwarantują jakąś stabilność, pozostają tym czym je widzimy i jest w nich coś z absolutnej lojalności ponieważ są wolne od cech ludzkich a jednocześnie w wyniku sprytnych zabiegów poety od „zachwytu i zawiści” wydają się bardziej ludzkie od samych ludzi — „[...]wściekła rozpacz butów pasażerów[...]”. Cóż może być bardziej ludzkiego od rozpaczy — od „wściekłej rozpaczy”?
Może ktoś uzna mój pogląd za nieuprawniony, tym niemniej wyrażę go z pełną odpowiedzialnością — Jerzy Maria Siwecki jest dla mnie tym poetą, którego wizja, niespodziewane zwroty, wieloznaczność przerzutni są jak najbardziej trafioną odpowiedzią na wyzwania współczesnej sztuki, współczesnej poezji, współczesnej kultury języka. Będąc artystą niepokornym, niepoddającym się modnym trendom równocześnie wprowadza nową jakość, tworzy trendy ale trzyma się własnej ustalonej hierarchii zwłaszcza w ocenie nowych zjawisk — co w pewnym sensie czyni zeń twardo stąpającego po ziemi realistę. Nazwałbym go poetą odizolowanym, właśnie za sprawą niecodziennego łączenia realizmu z poezją — poetą odizolowanym, a więc jedynym w swoim rodzaju. Akt poetycki przybiera określoną formę w zależności od tego z jaką rzeczywistością (w rozumieniu tła) obcuje świadomość poety. Tym tłem w pracach Siweckiego moim zdaniem jest podatność na rozkład tego, co nazywamy postępem cywilizacji czy umasowieniem kultury. Bo nie prawdą jest, że wszystko, co odeszło zasłużyło na swój los, a co pozostało — z jakiegoś powodu — było godne ocalenia. Równie dobrze wszystko mogliby wziąć diabli a Siwecki układałby wiersze z popiołów naszych kości — ten typ tak już ma, niech wali się świat, niech runą nieba a on będzie pisał i nie dla tego, że tak trzeba, nie dla pochwały czy z chęci zysku a ze szczerej potrzeby wiecznie poszukującego ducha.
Zatem kończąc, niech ten krótki esej będzie trybutem jednego poety dla drugiego, czymś co jeden twórca jest winien drugiemu — oddaniem sprawiedliwości i otuchą na długie, długie lata owocnej pracy. Bo kto jeśli nie my, wesprze poetę w jego przeciągłej i znojnej wędrówce przez życie. Kto jeśli nie wierny i oddany czytelnik, chłonący każde słowo jak kwiat światło, karmiący się każdą sylabą jak trawa poranną rosą. Kto jeśli nie adresat jego wierszy — szary, zwyczajny do szpiku kości człowiek, obciążony bagażem niedostatków i ułomności, pełen zawiści ale i nieudawanego zachwytu.
Dublin
20.02.2013
Komentarze
Pokaż komentarze (2)