Moore Street - Dublin
(z archiwum autora)
Moore Street - Dublin (z archiwum autora)
Marcin Małek Marcin Małek
638
BLOG

TRYPTYK O TĘSKNOCIE

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 3

 

 Poemat zgłoszony na
Th'Republic of Poets - I Festiwal Poezji i
 Form Sieciujących 2013. Blogosfera Polska

 

Credo
 
     Mowa poety nigdy nie była prosta,
     każdy kto z ust upuścił ważące słowo
     wie skąd swój początek wzięły legendy,
     od jakich rzek wyboistą pręgą 
     do krain śmiertelnych zbłądziły klątwy

     i są te dźwięki odbiciem duchów poległych,
     co z wirydarzy i ciemnych galerii 
     wyszły pod światło spisanych wierszy,
     niebezpiecznych jak przeszłość 
     ubrana w koszulę teraźniejszości.

     Poeta zadaje pytania nie oczekując odpowiedzi,
     jedyne, czego się naprawdę obawia
     to zbrodnia nadinterpretacji — 
    wstyd zrozumienia w obliczu jawnej nieprawdy,

     ten wstyd jest mu jarzmem
     gorszącej natury poezji — niejasnych zamiarów,
     odsuwanych myśli, błazeństwa wersów,
     jednocześnie dręczącym oczekiwaniem 
     w drodze na sąd ostateczny, 

     po ścieżkach przeżytej głupoty,
     która się umie podobać 
     tylko po pierwszym wołaniu —
     pierwszy okrzyk jest zawsze swobodą

     dotychczas niewyznanego żalu,
     skrytego głęboko, najgłębiej,
     w jeszcze niewypowiedzianych słowach,
     — one niekiedy ważą więcej od trwogi.
 
I. Miasto brodu
 
1.
 
W tym mieście nie ma trzcinowych płotów,
skarlałe domki drwią sobie z błądzących poetów.
Wielkanoc częściej kojarzy się tu z tragedią,
zaś każdy Irlandczyk jest bohaterem na swój sposób.
 
Fiakry na Pim Street pod starą bramą Guinnessa 
tłoczą się jak bezdomni przy Bow na tyłach świątyni, 
gdzie Kapucyni pomiędzy lekkie słowa modlitwy
wkładają ciężkie jabłka, czosnek, kiełbasę z wieprzowiny,
nać selera oraz cebulę w znacznej ilości.
 
Konie a także dorożki zawsze były — 
wdzięcznym tematem do wierszy i do rozmów,
o bezdomnych i głodnych mówi się tutaj nader rzadko
i nader rzadko dobrze.
 
Z Pim jest niedaleko do „Odeona” —
dorożką niecałe dziesięć euro.
Drobny pan Grzegorz z Wolbromia grywa tu dla diaspory,
co niedziela zjawiają się całe rodziny —
Kazimierczaków, Skawińskich, pan Januszewski z żoną,
po mszy wszyscy idą na lody, 
odwiedzają się często z byle powodu,
mieszkają jeden nad drugim — czasem obok,
widać bliskość ma dla nich znaczenie.
 
Poeta umieszcza ich w swoim dzienniku,
dumny z tego, że potrafił się zdobyć na litość.
Niektóre dzienniki bywają gwarancją nieśmiertelność,
ale za to się płaci — kogo ubrały słowa,
ten po wieki jest ich dłużnikiem.
 
Bo czym się odróżnia człowiek, który na zawsze
przeminął bez imienia, od tego, kogo przydomek 
umościł się w biegu cudzych liter?
 
Poeta wie czego dokonał i trudno tu mówić o dumie,
przecież nikt z jego ofiar
nie prosił się na pierwsze stronice.
 
Czy tak trudno zrozumieć, że jego temat
to losy bliskich, a bliskość jest jego codzienną strawą
— rozmyśla o związku zbliżenia z uczciwością świadectw,
świadczonych na rzecz wymagającej Kalliope.
 
Drodzy przyjaciele z Dublina, wybaczcie mi śmiałość,
że o was piszę, ale tu, gdzie widzicie koniec,
ja odnalazłem początek nas wszystkich. Bo właśnie tutaj,
w każdym z osobna zaczyna się człowiek i jego historia
złapana w sieci mojego dziennika. 
 
Każdy wasz krok po tej obcej ziemi,
jest dla mnie kolejną niezapisaną jeszcze kartą.
Nie trzeba się bronić — żyjcie na ile pozwala przeciętność,
przyjmujcie i uznawajcie za własny wszelki nowy obyczaj,
wszelką uległość — pieśni przy kuflu piwa,
opowieści ocalone z codzienności, marzenia pana Grzesia,
Filipa, Bartłomieja, nowe sukienki żon, plany na wakacje,
nadzieje pokładane w dzieciach, pomnażane bogactwo.
 
Jak co dnia będę oglądał was w portach
na Howth, The Point, w Dún laoghaire,
jak co dnia przywitam nowe okręty 
ciepłym słowem i rymowaną strofą 
w na białym marginesie kroniki.
 
2.
 
Na Moor Street jest targ owocowo warzywny,
obok francuska piekarnia i „polskie podziemia”,
gdzie można się tanio nakarmić 
i jeszcze taniej poczytać w języku Reja,
niewielu rodaków zagląda do księgarni, 
za to bufet co rusz kusi „czymś smacznym.”
 
Płowy Finbar zsuwa kalafiory, 
w paczkach po piętnaście, Clara je odbiera
i wykłada na stojaczek.
Bułan, który ciągnie dla nich taczkę
pije wodę z wiadra i podgląda,
jak chłopaczek w starym płaszczu 
wodzi wskazującym palcem 
po zniszczonym planie miasta.
 
Pierwszy raz oglądał Talbot,
wiadukt oraz wieżę Stacji — 
a po drugiej stronie Główna Poczta,
nadal ma w pamięci rok powstania — 1916.
 
I jak cię nie kochać Irlandio!
 
Pewien Irlandczyk imieniem Brandon
powiedział kiedyś, że Świat to wielka „Wyspa”
i nie ma miejsca na ziemi, gdzie nie byłoby Irlandczyka,
a teraz jego ukochany Dublin jak niegdyś „Nowa Ziemia”
stał się tyglem tysiąca plemion.
 
Przywieźli ze sobą obco brzmiące języki,
„pachnące”jedzenie, niezrozumiałą tradycje...
Ale on ich rozumie, tak samo było w Ameryce
kiedy tysiące McKennów, McLellanów, O'brienów
wtopiło się w ulice miasta wielkich nadziei,
jedyne zaś co ze sobą mieli, to stare walizki
pełne promiennego wyobrażenia darmo ofiarowanej 
szczęśliwości.
 
A tutaj jak zwykle, kosze nabrzmiałe od krabów,
czarne paciorki oliwek i małże brunatne jak węgiel,
pachnie rybą, frytkami, winnym octem,
bruk zlany piwem i rudą whiskey — 
pomiędzy grzbietami kamieni błyszczą zgubione grosze.
 
Mało komu chce się pamiętać, że tam niedaleko
Anglicy spalili kilka domów w odwecie za śmierć konfidenta,
lub niżej w kierunku do centrum, na Croke Park
ludzie wchodzili do nieba prosto z ławeczek stadionu.
 
Tego rodzaju miejsca — szczególnej pamięci,
powinny być pod ochroną — mówi Brandon,
lecz zaraz dodaje, że sam często nie pamięta.
To bardzo wstydliwa sprawa — wyznaje
i dziwi się: jak wy, którzy zawędrowaliście tak daleko
pamiętacie o tych wszystkich ważnych nieszczęściach?
Może właśnie ze względu na odległość,
nosicie je w sobie jak zawór bezpieczeństwa,
bo trudno się bawić i żyć pełnią szczęścia, 
kiedy zaledwie przed siedemdziesięciu laty,
na waszych ulicach działy się takie straszne rzeczy.
Wybacz, ale dla mnie, ten kto wyjechał jest przeniewiercą,
bo odwrócił się od życia.
Być może nie powinienem się mieszać, 
ale powiedz poeto — dlaczego tu jesteś?
 
Czytałem o getcie, jak płonęło, a potem o waszym powstaniu
i jeszcze o Solidarności. Odnoszę dziwne wrażenie,
— umiecie jedynie walczyć, a nam tutaj takich nie trzeba.
Sami nie otrząsnęliśmy się jeszcze z traumy,
u nas nadal się mówi i pisze o Claudy, a Belfast —
wciąż nazywamy oblężoną twierdzą...
— W gruncie rzeczy jesteśmy  podobni
i dla tego trzymamy się od siebie z daleka.
 
3.
 
Irlandczyk nie wybacza i czasem, kiedy się pamięć w nas rozogni,
idziemy do domu sąsiadów by płakać
albo się modlić, za tych, o kim zapomniał nasz dzień powszedni.
 
Ów młody chłopak z księgarni, który wcześniej oglądał miasto
błądząc wzdłuż Talbot jest dla mnie ikoną samotności. 
Wyobcowany człowiek z walizką nie musi nic mówić,
bo choć ściska w ręku plan miasta, każdy miejscowy
rozpozna w nim tego, który się zgubił.
Ale miasto ma więcej cierpliwości od ludzi,
miasto poczeka, podpowie, da małe wskazówki,
miasto dla wszystkich ma dawno wybrane miejsca,
jak biblioteka liści palmowych — po prostu wie, 
kiedy z daleka nadciągną zmęczeni podróżni.
 
W moim mieście na przekór słowom  
nie ma trzcinowych płotów i nie da się przejść w bród rzeki,
mojemu miastu trzeba wierzyć na słowo,
że przyjmie wszystkich skrzywdzonych w świecie.
Bo moje miasto to serce wysypane białym wapnem nadziei,
otwarte pole jęczmienia, w którym buszują płomienie
i watr — przenikający wiatr, co wszystko i wszystkich odmienia.
W moim mieście grają pianole, rybacy śpią w portach 
na gołej ziemi, zwierzęta boją się pustych ulic po zmroku,
ludzie nierzadko szaleni, niby dachowe koty 
wydeptują zawiłe ścieżki drugiej, trzeciej i czwartej przestrzeni.
 
Mówisz, że Dublin jest miastem urojeń — nic bardziej złudnego.
Tutejszy lud handluje, bawi się, kocha, odwiedza groby 
— palą na stosach samotność, puszczają na wietrze 
czarne latawce spopielin tego, co kiedyś przywieźli jako obcy.
Tutejszy człowiek wie „o rzeczy ludzkich mijaniu”,
o zapomnieniu i trwodze więcej niż ktokolwiek, 
kto miał czelność nazwać się Hiobem — tu żyją tysiące,
których nieszczęście przygnało nad morze, którzy osiedli
w sierpie zatoki dopełniających się złudzeń.
 
Więc powiedz poeto — czy jesteś u siebie?
A może wciąż błądzisz w poszukiwaniu trzcinowych płotów
i bezpiecznego brodu? Kiedy człowiek przestaje być obcy?
— Czy wtedy, kiedy zmęczony gościną w rodzinnych stronach,
przyznaje w duchu: wszędzie dobrze ale najlepiej w domu,
hen tam, pod wzgórzami Dublina?
Moim zdaniem możesz śmiało o sobie powiedzieć:
— ja były emigrant zapuściłem w tej ziemi korzenie,
zaś reszta, jak stara blizna, 
jest tylko smutnym wspomnieniem
młodzieńczych marzeń i nieskończonych wypraw.
 
II. Miasto popiołów
 
1.
 
Odkąd pamiętam miasto było nieszczęśliwe,
zawsze w pogoni za widmem szczęścia,
o krok, o muśnięcie i wiecznie z tym samym wołaniem
na zagryzionych z boleści zębach: Żegnaj —
utracony losie, co sam siebie piszesz rosą moich dzieciątek,
żegnaj siewco smutku i bohaterstwa!
 
Chodziłem ulicami, których nazw nie powtórzę,
mijałem ludzi, głaskałem zwierzęta, obserwowałem ptaki
na gzymsach i wieżach kościołów, do których —
już nigdy więcej nie wrócę. Poddawałem się czarodziejstwu słów,
niemej przemocy pomników, co jak zgubione okręty —
przepływały wzburzone stulecia ślepo wierząc, 
że kiedyś odnajdą ukryte lądy i zakotwiczą 
pośród zieleni na jakimś cichym, spokojnym klombie.
 
Oto dolina płytkiej pamięci i most powierzony w mlecznej mgle.
po drugiej stronie metropolia pęknięta, niby pęknięte serce poety — wie,
że życie, jak chwasty wyrosło na grobach bezimiennych 
i żywi się śmiercią walecznych, którzy odeszli we śnie
— śniąc własne zwycięstwo.
 
Bo czym jest wiersz, który nie ofiaruje wybawienia
swoim bohaterom, albo przynajmniej temu,
kto dzięki wspólnictwu poety śledził ich dzieje.
Bo czym jest słowo bez mocy ocalenia — jeśli nie klątwą
rzuconą w ciemność, piosenką ofiar spopielonych i włóczonych
po nocnym niebie niby stada gawronów — Bóg jeden wie
komu zwiastujących nadzieję a komu zwątpienie. 
 
To, że ośmieliłem się pisać w tym mieście
i sądzić o nim, nie rozumiejąc — nie chcąc zrozumieć, 
nie umiejąc czytać i wróżyć z jego popiołów,
że późno pojąłem czym tutaj było i jest wybawienie, 
to dopiero pół grzechu na moim sumieniu — 
całą resztą (wybaczcie szczerość) jest naiwna wiara
w możliwość szczęśliwego zakończenia.
 
Ptaki zdziobują z kurhanów proso i ziarnka maków. 
Starzeńki mówią — widzisz: umarli się żywią?
Gdyby nie ziarno pamięci nie byłoby ptaków, 
gdyby nie ptaki nie byłoby ludzi — napisz coś o nich poeto
i ofiaruj swe dźwięki dawnym na zachętę,
aby nas częściej odwiedzali — nie tylko przy święcie. 
 
Bo przy święcie jest więcej okazji 
aby pogodzić się z tym, co i tak 
istnieje niezależnie od nas — 
czego sami nie mogliśmy nazywać,
tym bardziej skazać na życie lub śmierć,
dobrą czy nie — nie nam osądzać. Nie nam,
żyjącym w urojonych miastach, 
których cieni próżno by szukać na migoczących mapach 3D.
 
Miasto może być snem, Warszawa widziana z daleka, 
podsłuchiwana z daleka może być snem...
Ale jej popiół, który wciąż noszę we włosach,
jest bardziej prawdziwy od tego, co działo się dzisiaj,
od tego, co zrodzi jutrzejsza rosa — Warszawa,
kiedy już raz jej pozwolisz z butami wejdzie ci w duszę.
To miasto dotyczy i dotyka wszystkiego —
od czego człowiek chciał się uwolnić, wpada jak piasek do oka
i zaczyna się tam, gdzie powinna się skończyć.
 
2.
 
A więc jesteśmy tutaj po coś...
 
Czuli poeci i ich zwierzęta nie mniej czułe,
wierniejsze od żon, wyrozumialsze od matek,
cierpliwsze od ojców — milcząc, ze spokojem
przyjmują  każdy dźwięk, drżenie strun,
każdy dzwon i dzwoneczek — traktując sztukę,
jak na to zasługuje (z pewną dozą męczeństwa)
mrużą lekko oliwki swych ciemnych oczu 
i mruczą na znak uszanowania twórczej inwencji poety.
 
Posągi ubrane w liście i plastikowe torby
bieleją z zazdrości. Chciałyby, tak jak pupile,
przy nodze ale i w sercu (to drugie w przenośni)
chłonąć żywe miasto, ubabrać się w jego miąższu,
poczuć i wziąć każdą, najkrótszą nawet ulicę
na język — wyssać — a potem wypluć,
i z każdą następną podobnie — jak szczenię cycek!
 
Jesteśmy niby naoliwione pochodnie —
rośniemy światłem. Nasz zimny blask prześwieca
ze spojrzeń ptaków za oknem, 
w chłodnym, białym uśmiechu czarnego kota, 
który zagonił w ciemny róg piwnicy 
maleńką szarą myszkę...
 
Dym wspiął się na Golgotę 
i drzewa w okolicy — jakby urosły im skrzydła,
kładą swe cienie lotne 
na przemarzniętą do szpiku pryzmę.
 
Płomieniu! 
O płomieniu żywy, co nie żyjesz własnym życiem,
— twój taniec mąci fale! Z rękami związanymi, 
na dziobach czółen,  pod bystrym wichrem, 
na fletniach szkolnych fletów suną poeci, 
koło za kołem, rozdziawiając swe paszcze mrozem skute,
cedzą z nich mądrość stuleci— posokę trocin
z rozprutego na wiosnę brzucha!
 
Słowo pisane jest ruchem, a wieczny ruch mąci gaje
ceglanych kominów, oszklonych fabryk, 
spokój rodzinnej manufaktury, trwającej wbrew wianiu
burzliwych sztormów historii nad skrajem przepaści.
 
Przedmieścia zawsze były przepaścią,
oddzielającą miasto od barbarzyńskiej reszty.
Tam z dala, gdzie domy ze wstydem (jak oczy) odwracają dachy,
zaczynają się rżyska; ludzi wołanie, marcowe piosenki kotów,
sejm ptaków nad zapomnianym kurhanem i garb
znienawidzonej Golgoty... Śmiało chamy, który bez grzechu?! 
 
W lunatyczne ogrody podmiejskich noclegowni,
przez wrzaskliwe mocarstwa bezsenności,
z wyjętym sercem na srebrnym haku, 
w ramach autopromocji — przyjmijcie dobrym tego, 
który do was przychodzi z cokołów napowietrznej aglomeracji,
ze świata, gdzie młodość i piękno równe są trwaniu
dogasających iskier w oceanie popiołów —
przyjmijcie na krótki opad powieki, 
obowiązkowy odzew nożyc po uderzeniu w krawędź stołu,
na obieg słońca wokół bławatkowego globu — dopuście!
A potem... Niech się wynosi.
 
Niech wraca w siny labirynt alej, 
kleszcze stalowych płotów,
połysk wyszlifowanych trotuarów,
w nieznośną duchotę zamglonych ogrodów,
do zwierząt domowych o złych i kąśliwych oczach,
zatrutych strzał na prędze cięciwy opętanego amora
i żwiru pod stopą, która się lęka fałszywej ciszy
ale i wrzasku dokuczliwego nad wyraz, bo krążącego 
od wieków po orbicie przeludnionej planety. 
 
3.
 
Boję się miasta młodości i jego duchów,
tętniących w każdym napotkanym kamieniu.
Boję się żywych i tych, co odeszli po kryjomu.
Bo oni, jak ognia unikają wieczności —
gnieżdżą się w opuszczonych domach,
obserwują przechodniów z rusztowań biurowców,
z zapchlonych piwnic albo spod  mostów, 
gdzie bobry, kości poległych wplatają w żeremia.
 
Boję się tego, który kłania się nocy i więcej nikomu,
przeklętych poszukiwaczy filozoficznych kamieni,
zamurowanych pomiędzy wielkimi płytami szarych osiedli.
Tu żyli i żyją nasi poeci od siedmiu boleści —
a miasto wygląda jak rana po wykłutym oku, 
ramię w temblaku, albo żałosna kałuża 
po niegdyś wielkim lodowcu.
 
A idźcie wszyscy do piachu!
Czy wiecie, co czuję patrząc na miejsce,
w którym się urodziłem?
 
— Osobliwy bieg czasu, rzeczywistości, istnienia?
— Dumę, pogardę, niesmak, upokorzenie?
 
Krótki błysk i to samo natrętne zdziwienie,
jak wtedy, kiedy dotknąłem podeszwą Dublina.
Krótki syk serca, podobny do tego, jaki wydaje 
rozżarzona patelnia wrzucona do pełnego mydlin zlewu.
Serce poety nie bije na własnej ziemi, we własnym ogrodzie,
serce poety umiera, zwłaszcza w rodzinnym domu, 
kiedy chora matka prosto w oczy wyrzuca, że tęskni 
i że powoli się kończy — samotność pamięta każde jej słowo
i nawet zabita, odradza się w  spóźnionej pokorze,
spisując codzienne czyny i długie nocne monologi.
 
Jedyną ucieczką poety jest blado-czerwony świt,
(bezduszna zima w nieprzebłaganej postaci) — sprężysta brzoza,
sznur, gałąź, pętla, zdolne utrzymać ciężar miłości
do ojców, matek, sióstr, braci — ciężar win i zasług
całej rodziny, pokoleń, generacji...
 
Bo tak się działo! Gruzy były i klęski
i skowyt nieczłowieczy spod ziemi dalekiej
zamknijcie jej kamienne na czole powieki,
umiera pokonana, umiera zwycięska.*
 
 
III. Miasto błota
 
1.
 
Lutecja — 
 
Na kupie błota ktoś umyślił podnieść katedrę.
Poeta dotarł na wyspę i patrzy, jak na wieczorny sejm
zlatują z nieba popielate gołębie — okruszek chleba 
po wspólnej modlitwie ofiarowany na znak miłosierdzia
staje im kością w gardłach — jakoś nie politycznie
wykuwać braciom ślepia, kiedy w sąsiedztwie 
Nasza Pani sprawuje pieczę nad świętym przybytkiem. 
 
Z miliona serc i serduszek, 
tylko jedno serdeczne kipi pod piersią dziwnej staruszki.
W skrzydlatej chmurze — zieloną ławeczkę,
na której siedzi, omijają złe duchy i dobrzy ludzie,
a ona nic sobie nie robi z powagi treści 
scen wyżłobionych w murze. 
 
Wie, że to, co artysta w nich zmieścił
jest jedynie litanią pobożnych życzeń,
niekoniecznie pobożnych ludzi.
 
Poeta nie zna litości,
 
zbliżając się do staruszki myśli o rymie, 
mokry piasek i błoto czepiają się butów
— a mogłeś obuć sandały pielgrzymie,
uczułbyś ciężar gleby pod stopą, 
jej chłód, gramaturę, jak drży i faluje,
jak istnieje pod cieniem gołębich obłoków,
pod zębem podniebnych ostrołuków,
w źrenicach wielkich i małych rozet,
w sylwetkach przyczajonych gargulców,
ja się rzuca kamiennym piorunem
drąc niezgłębiony lazur Pańskiego sklepienia,
jak umie usidlić człowieka w złudzeniach,
piękna, przeklęta katedra — przeorana jak ziemia
pługami tysięcy straszliwych wyznań,
strofami upadłych wieszczów 
o czasie, który nie przetrwał, 
a który nie zginie, bo żyć musi wbrew sercu
— i płynąć w ruinie.
 
2.
 
Poznajemy dobre i złe przez tak zwany obieg wewnętrzny,
przez łzy szczęścia, łzy nieszczęsne, przez krew
zarówno tą pierwszą jak i ostatnią,
przez płacz ledwie narodzonego dziecka i śmierć —
na wszystko obojętną czarną wieszczkę.
 
Poznajemy dobre i złe przez brzydotę i piękno.
— Ach... Jaka piękna katedra... Starszej pani
jest jakoś dziwnie wszystko i jedno.
Starsza pani ma swoje gołębie, martwi się jedynie poetą,
który wygląda nieskromnie i patrzy lubieżnie!
 
Dobro czasem umie zwyciężać.
Szczególnie upodobało sobie żywych,
choć nie powiem; bywało, że się sprzysięgło ze śmiercią
i chodząc z kostuchą pod rękę, głowy zbierało jak grzyby.
 
Zło z rzadka, ale wie kiedy się musi wycofać.
Jeszcze nigdy nie zaznało smaku surowej klęski,
obraca się w wiecznym kole powrotów, 
a jego pawężą jest lekki, ulotny wietrzyk niebytu.
 
I dobro jest jasność, zło ciemność...**
 
Gołębie ani są jasne ani ciemne —
występują we wszystkich odcieniach szarości.
Poeta tego nie widzi, poeta zazdrości staruszce,
że mimo wieku, umiała sobie zjednać 
przychylność publiczności — spowiła ją jasność
tysiąca fleszów. Mały Japończyk się cieszy,
— patrzcie dzieci, oto królowa paryskich gawroszy!
 
Królowa poprawia okulary i widzi,
jak poeta omija błotne wysepki —
brzydzi się błota, bo błoto jest kwintesencją brzydoty,
ta zaś nie mogłaby istnieć bez piękna
i na odwrót — parszywa zależność!
 
Ptaki wyraźnie głodne skubią niedopałki,
karmazynowe pręgi zachodu tęczują w witrażu,
staruszka się mieni jak cekin, wypuszcza swój cień
na spacer po ścianie pisakowej wieży. I tak od stuleci —
gołębi dym na placu, wygięty w łuk horyzont
układa się jak kot na dachu u styku spiżowej ziemi
— i pąsowych niebios.
 
Poeta wzywa swych bogów — chce poznać tajemnicę,
jeszcze chwila, jeszcze minuta i któryś nagle odsłoni,
co widnokrąg ukrywał od wieków. I już się rozchyla
kielich wnętrza płonących kwiatów i już go dotyka 
koniuszkiem drżącej dłoni, gdy nagle gołąb siada 
na wyciągniętym palcu i wszystko znika...
 
To przykre, ale poezja jest zakładniczką ptaków.
Poeta, to ktoś w rodzaju niespełnionego ptasznika,
(pokręcone stworzenie bez skrzydeł)
— do lotu używa dziobatego języka i rzuca na wiatr
lekkie jak puch słowa: piękne, prawdziwe, od nowa,
od nowa, od nowa...
 
3.
 
Żebym wreszcie mógł wykrzyknąć: 
urodzę się jeszcze raz,
w każdym wymarzonym mieście!
 
Ale tych miast już we mnie nie ma, 
były zbyt kruche, jak na obuchy słów,
z których ułożyłem tęskny poemat.
 
Nie bójcie się...
Opisywałem wyobrażenia — miłość, zdradę,
rozkład i gnicie, pobojowiska ludzi i zwierząt,
każda literka, najdrobniejszy znaczek, były tylko
myleniem śladów, ochronną strategią 
— upadłego pisarza.
 
Przywoływałem na pomoc wszystkie złe duchy,
zdradliwe rzeki, mętne jeziora, 
podstępne kładki, brzytwy sitowia
i klesze bezdennych dolin —
echa pieśni innych poetów, 
którym wieczorne światło 
wypaliło duszę i oczy — reszta była tylko
ćwiczeniem stylu, zręcznie skonstruowaną makietą
i  tym, o czym nie mówią zazwyczaj 
ludzie z porządnych domów.
 
W Paryżu najmniej się czułem jak obcy.
Chociaż spędziłem zaledwie kilka tygodni
przyzwyczaiłem się nawet do gołębi —
patrząc im w oczka, mogłem zapomnieć
o śmiertelnych chorobach, starzeniu się, nędzy.
Mogłem chwalić życie, za to, że płynie
tędy i owędy w nieuregulowanym korycie
samoistnie piszących się wierszy.
Mogłem odpocząć od tego kim jestem,
kim byłem, kim będę.
 
Podobnie jak jeszcze niewypowiedziane —
słowa ubrane w dźwięki ważą więcej od trwogi,
ale ja tego nie chcę, więc nadal będę próbował
stworzyć receptę na lekkość starczych serc i
pozaziemskich lotów gołębi. 
 
Tylko najpierw ukręcę sobie głowę, 
odrąbie dłonie, połamie nogi i pożrę własną wątrobę,
na znak protestu i ku przestrodze —
nie bójmy się poezji, tylko poetów,
którym z przeciętnym Panem, Panią
nie zawsze jest po drodze przez łany tęsknych wersetów.
 

 
*
Kazimierz Wierzyński „A więc stało się”
 
**
Czesław Miłosz „Poznanie dobra i zła”

Zobacz galerię zdjęć:

Warszawa pokonana - Warszawa zwycięska
(z archiwum autora)
Warszawa pokonana - Warszawa zwycięska
(z archiwum autora) Królowa gołębi spod Notre Dane - Paryż
(z archiwum autora)

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura