Mówiłaś czekaj czekaj
w dłoniach ukryłaś skronie
i głowę jak kamień ściągnęłaś do brzucha
Krzyczałaś słuchaj słuchaj
jak przez niebo tłuką się czarne konie
z dzieciństwa w nicość
w ogień gdzie się topią podkowy
i ślady bucików giną pod bałwanami
niedogaszonej krwi tych
którzy w agonii widzieli nadzieję
jak lotki złamanych skrzydeł albo
szczenięta wyrwane z mateczników
gdy piszczą bezbronne
i boją się burzy lecz brną w nawałnicę
Wyłaś kocham kocham
i łez dzwonnice chciałaś przetrącić
zastygłym w powietrzu kikutem uczucia
Nie ma czasu na miłość
i łzy wydają się jakby mniej stanowcze
pytasz czy nam zostało choć pół z tego
cośmy mieli ocalić z małości
A czyż było tego aż nadto
I już mówią o nas dorośli
na tyle by zginąć lecz za młodzi by pojąć dlaczego
nie mogłaś spać w nocy i dniem wychodziłaś blada
drżąca jak brzoza wśród bagien
ociężała niby sowa po ukąszeniu słońca
zaglądałaś nam w oczy i nie umiałaś dosięgnąć końca
I już milczałaś milczałaś
jak wody spokojna tafla przed egzekucją
zanim ją wiatr rozpryśnie
Jak nas spod twoich skrzydeł mamo
rozrzuca życie – kochamy cię bardziej niż siebie samych
ale jest jeszcze ojczyzna którą uczyłaś kochać
mocniej nad wszystko
Nie wołaj i nie milcz tylko błogosław kochana
błogosław i pogładź na pożegnanie
bo zanim świt ostygnie pomkniemy jak te konie
przez nieba szarą pryzmę w gęste dymu palce
i w ogień co wije się jak wąż przez luf źrenice
i w ciszę śmierci co trzyma świat w ramionach
po ciężkiej walce i kołysze kołysze jak morze wrakiem
nadzianym na rafę
* * *
Chodźcie z nami chodźcie Piosenka otworzy nam drogę
przez klinkierowe rzeki przez marmurowe morza
przez iskry deszczu – chodźcie kierunek wskazują krzyże
oparte o groby wydłubane w okowach rozbitych podwórek
chodźcie kto może kto czuje jak się tłuką powoli po bruku
naszych uliczek koła nie naszych historii
Ciemność gaśnie pod dniem nie bójcie się ciemności
usłyszcie usłyszcie drga pomruk w powietrzu i ryczą paszcze
plujących śmiercią dział i srebrnych ptaków mgławice
zrzucają tony jaj z których się ból wykluje
w których się lek rozgościł
I widać kobiety pochylone nad dymiącymi wózkami
mężów skręconych jak cienie wydarte nocy
psy patrzące na żywych wygłodniałym wzrokiem
gołębie bez skrzydeł nabite na ruszty
I widać głębokie jamy ust niewiast znad wózków
i mężczyzn z wycelowaną bronią
I nagłą czerwoną tonią oświta błysk lecz się nie zrywa krzyk
ani grzmi charkot śliny ściśniętej w gardle
Wszystko tonie i dzień i noc i wieczność ciągną za ogniem
płyną jak statki uparcie poszukujące Robinsonów
w oceanie biało czerwonej krwi
Chodźcie z nami chodźcie tu na koniec
gdzie wydarto nas z objęć matki
uprowadzono nam sny i wzrok jeszcze nie wykształcony
abyśmy mogli widzieć pejzaże przyszłości zaćmiono
Chodźcie i złóżcie nam głowy do poduszki
uszytej z worka po mące i dajcie odpocząć
jeden przy drugim w trumnach ze skrzynek po amunicji
a potem wracajcie na barykady
i wbrew temu co wam pisane nie dajcie się zbić
a potem… Nie pozwólcie nikomu o nas zapomnieć
Chodźcie tu do nas chodźcie!
Komentarze
Pokaż komentarze