24 obserwujących
1146 notek
615k odsłon
  78   0

Skokowy sezon 2020/21 w pigułce (6). Austriacy

Byłem tego pewien ale, na wszelki wypadek, jeszcze raz sprawdziłem. Nie było jeszcze takiej pucharowej zimy, żeby najlepszy z Austriaków zajął w końcowej tabeli sezonu miejsce, uwaga, DWU-NAS-TE. Co więcej. Był dotąd tylko jeden taki sezon, że Austriaka nie było na koniec w 10-tce klasyfikacji generalnej. 37 lat temu Armin Kogler zajął w niej miejsce jedenaste. Poza tym zawsze, słownie: ZAWSZE, przynajmniej jeden reprezentant Austrii był w najlepszej ósemce sezonu. Raz zresztą tylko, w sezonie 1988/89, najlepszy z nich, Ernst Vettori, był „dopiero” ósmy. I oto nadejszła wiekopomna zima 2020/21. I stał się cud. Żadnego Austriaka nie stało nie tylko w ósemce, ale nawet w rzeczonej jedenastce. Jak do tego mogło dojść? Proste.
Rozbił ich COVID. Nie ma po temu żadnych podstaw by twierdzić, że gdyby nie wirus, Austriacy rządziliby w minionym sezonie tym cyrkiem. Natomiast do tego, by zwalać winę na wirusa w kontekście ich słabych wyników w poszczególnych konkursach, a już szczególnie w wyścigu o Kryształową Kulę, podstawy są. I to całkiem konkretne. Bo tak:
Cała kadra A nie mogła wystartować w Kuusamo. Do Tagiłu nie mogli wciąż pojechać Kraft, Hayboeck i Aschenwald, a w samej Rosji po pierwszym konkursie wszyscy z Austriaków, którzy tam byli, w tym m.in. Huber i niemal równie świetny w sobotnich zawodach Lackner, znów zostali wyautowani przez wirusa. I przez rosyjskie testy. Kraft, któremu na dodatek na treningu przed grudniowymi MŚwL przyplątała się kontuzja pleców, przez co w nich nie wziął udziału,  nie wystartował też w Engelbergu. Pozostali startowali, ale z miernym skutkiem. Zasadniczo więc dopiero od Turnieju 4 Skoczni można mówić o tym, że podopieczni Widhoelzla występowali w optymalnym składzie. Poniesione jednak wcześniej straty były na tyle duże, że praktycznie sezon, zarówno jak chodzi o walkę o Kryształową Kulę jak i o Puchar Narodów, miała Austria z głowy. Zawodnicy musieli się skupić na walce w poszczególnych konkursach i na imprezie mistrzowskiej, jaką były lutowe MŚ w Oberstdorfie. Zobaczmy jak im to, w rozbiciu na poszczególnych skoczków, wyszło. Również w tym odcinku obowiązywać będzie ta sama zasada. Zaczniemy od tych, którzy skończyli w klasyfikacji generalnej najwyżej i powolutku będziemy schodzić do tych najmniej „punktodajnych”. I do tych, którzy reprezentacji punktów nie przysporzyli, chociaż konkursowi „zerowicze”, nie mówiąc już o tych, którzy się do konkursów w ogóle nie dostali, nie są w oficjalnych statystykach PŚ w ogóle ujmowani. Ale ja ich w tych moich opracowaniach, nie tylko dziś, wszystkich ujmuję. Akurat każdy z Austriaków, którzy choć raz podchodzili w tym sezonie do Pucharu, przynajmniej w jednym konkursie udział brał, ale takich kilku Finów, że tylko ich wymienię, nie miało przyjemności. Dla moich rozważań znaczenia to nie ma. Ktokolwiek się w tym sezonie w PŚ pojawił, wszystko jedno na jakim szczeblu i w którym momencie, było, albo będzie,  o nim wspomniane. W końcu tacy skoczkowie też stanowią o kolorycie Pucharu. No to przejdźmy już w końcu do tych Austriaków.
To Daniel Huber jest najwyżej sklasyfikowanym w tym roku w PŚ Austriakiem. Zdobył tych punktów w sumie 561. O około 150 więcej niż w dwóch poprzednich, niemal jednakowych pod tym względem i najlepszych dotąd dla niego, sezonach. Austriak miał rewelacyjny początek i bardzo dobry koniec sezonu. Ten początek, podejrzewam, byłby jeszcze znacznie lepszy, ale zapobiegła temu dwukrotna kwarantanna, jakiej poddano Hubera zaraz po Wiśle i potem po pierwszym konkursie w Rosji. A, przypomnę, w dwóch startach zaliczył dwa podia. Z tego samego powodu nie wystartował Huber w grudniowych mistrzostwach świata w Planicy. Po powrocie z covidowej zsyłki Austriak skakał już tylko dobrze, głównie lądując w konkursach w drugiej 10-tce stawki z tendencją na jej początek. Wyjątek stanowiły styczniowy konkurs w Zakopanem, gdzie był czwarty, i drugie zawody w Willingen, gdzie zajął miejsce siódme. I nagle nastąpiło załamanie formy. Dwa bardzo słabe konkursy w Klingenthal doprawione dyskwalifikacją w Zakopanem. Mimo 10-tej pozycji w trzecim zakopiańskim konkursie, decyzją trenera, Huber, tak jak i reszta kadry A, do Rasnova nie pojechał. Zwyżkę formy zasygnalizował na MŚ w Oberstdorfie. Po słabym początku na mniejszej skoczni (19-ty), skończył na ósmym miejscu na skoczni dużej (po pierwszym skoku był nawet trzeci), a wraz z  drużyną zdobył srebro. Podbudowany tym wszystkim przyjechał na finałowe konkursy, osiągając w Planicy, za każdym razem, lokatę w czołowej 10-tce. W dwóch przypadkach nawet w 6-tce. To wszystko dało mu w klasyfikacji generalnej wspomniane, oczywiście najwyższe w historii jego startów w PŚ, 12-te miejsce. Reasumując zimę. Najlepszy sezon w karierze, drugi i trzeci stopień podium,  5 razy w szóstce, 10-krotna obecność w czołowej 10-tce, 18-krotnie w 20-tce i, łącznie, 19 punktowań na 21 pucharowych startów. Oczywiście żadnych zawalonych kwalifikacji. Powody do zadowolenia niewątpliwie są. Ale niedosyt też. Głównie z powodu rzeczonego wirusa. Jego forma na początku sezonu była bowiem piorunująca. I nie wiadomo jak wyglądałyby konkursy w Kuusamo oraz na MŚwL, gdyby Huber tam był. A tak, po sezonie w którym stuknęło mu już 28 lat, Austriak dalej jest bez pucharowego zwycięstwa i bez medalu indywidualnego na imprezie mistrzowskiej. Nie wiem czy w sezonie olimpijskim będzie w stanie to zmienić. Konkurencja będzie bowiem, jak sądzę, większa niż w tym, który właśnie minął.
Pierwszy raz od pięciu lat Stefan Kraft nie okazał się na koniec sezonu najlepszym austriackim pucharowym punkciarzem. W 19-tu pucharowych podejściach skoczek ze Schwarzach wywalczył w sumie 429 pucharowych punktów. Najmniej od sezonu 2012/13, która to zima była dla niego pierwszą zakończoną z dorobkiem punktowym. Od razu dużym zresztą, bo 202 ich wtedy zdobył. Wracając do zimy 2020/21. Tylko jedno, i to najniższe, pucharowe podium. Zdobyte, w dodatku w sposób dość szczęśliwy, bo ścisk tam był wokół niego niemały. Ledwie 9 razy w 10-tce. Bez punktów niby tylko raz, ale aż 4-krotnie w trzeciej 10-tce, w tym dwa razy niemal pod sam jej koniec. Na dodatek słabiutkie zakończenie sezonu w Planicy. Pierwszy raz od ośmiu lat poza czołową 10-tką klasyfikacji generalnej wyścigu o Kryształową Kulę. I to nie tuż za tą 10-tką, a w jej drugiej połowie. Sezon uratowało mu mistrzostwo świata na dużej skoczni w Oberstdorfie, ale ja mam na temat tego konkursu swoją opinię, z którą się zresztą zgadzam. Nie mam na to oczywiście niepodważalnych dowodów, więc się z nią, tak do końca, nie z wszystkimi dzielę. W każdym razie myślę, że w tym konkursie ustępujący ze stanowiska pan Gratzer zrobił swojemu rodakowi (ale nie tylko jemu, bo przecież większość kolegów Krafta też wypadła w tym dniu znacznie lepiej niż w poprzednich i następnych zawodach) pożegnalny prezent. I stąd ten zupełnie niespodziewany, w kontekście tego, co się przez całą zimę działo, sukces. Przyszły sezon? Kraft minionej zimy odpoczywał znacznie więcej niż konkurenci. Może być bardzo groźny. Przy czym nie ma już jego największych atutów z kilku ubiegłych sezonów. Hofera i Gratzera. I ich wszechwładnego na wszystko wpływu też już nie bedzie, mam nadzieję. I to może być powodem, że Kraft i s-ka będą musieli walczyć o swoje wreszcie tylko i wyłącznie na skoczni. Co może się z kolei przełożyć na mniejsze sukcesy niż w latach poprzednich.
Zaledwie o jedną lokatę niżej niż Kraft, na miejscu 18-tym, wylądował na koniec sezonu w generalce, Michael Hayboeck. O jedną lokatę tylko, ale punktów to już o ponad 80. A to jest jednak, wziąwszy pod uwagę, że jego tegoroczny urobek to 347 oczek, strata niemała. Tym bardziej, że 30-latek z Linzu startował w trzech konkursach więcej niż dwa lata młodszy kolega. Za to punkty zdobył też w 16-tu. Tylko 6-krotnie kończył zawody w 10-tce. Najwyżej, bo na 4-tym miejscu, znalazł się w jednym z kończących sezon konkursów w Planicy. Najjaśniejszym punktem sezonu w jego wydaniu był grudniowy występ na MŚwL, gdzie indywidualnie ostatecznie był czwarty, ale po pierwszym dniu wyglądało, że może mieć nawet medal (tracił do niego niecałe 3 punkty). W drużynie też spisał się tam bardzo dobrze i był tym, który ten wózek ciągnął, ale akurat partnerzy zupełnie nie dopisali. Na MŚ w Oberstdorfie bardzo dobry występ zaliczył na mniejszym obiekcie. Skończył siódmy. Najlepszy z Austriaków. Po czym już się w Oberstdorfie na skoczni nie pojawił. Ani indywidualnie, ani drużynowo. Miksta i medalu w nim nie liczę, bo to nie przedmiot naszych rozważań. Jak będzie w sezonie olimpijskim? Czwarty sezon z rzędu Hayboeck skakał tej zimy w bezpiecznej, nazwijmy to, odległości od czołówki. Dlaczego w przyszłym roku miałoby być lepiej? Nie wiem. Może dlatego, że w tym roku miejsce było jednak o parę pozycji wyższe niż w trzech poprzednich? Z drugiej strony miejsce tak, ale punktów już mniej niż rok wcześniej. Niby tylko o trzy, ale mniej. Cóż. Myślę, że jego czas, jako tego, który na dłuższy dystans nawiązuje walkę z najlepszymi, definitywnie minął. I dokładnie tak będzie też następnej zimy.
Niespecjalny,  w porównaniu do poprzedniego przynajmniej, sezon zanotował Philipp Aschenwald. To znaczy tak. To dla niego, punktowo, druga najlepsza zima w karierze (wywalczył 265 oczek, o 18 więcej niż dwa lata wcześniej), ale regres w stosunku do tej sprzed roku jest bardzo widoczny i niepodważalny. I znów. Na pewno dużą rolę odegrał w tym COVID i związane z nim na początku sezonu ogromne zamieszanie i kłopoty. Ale fakty są takie, że Aschenwald nie zajął w sezonie w żadnym z konkursów pozycji wyższej niż szósta, tylko 3 razy 9 (i to w pierwszej części sezonu) zajął miejsce w 10-tce, trzykrotnie nie wszedł do konkursowych finałów, a z 17-tu punktowań aż sześciokrotnie były to miejsca w trzeciej 10-tce, w tym 27-me, 29-te i 30-te. Stąd nie może dziwić bolesny, w stosunku do poprzedniego sezonu,  spadek w klasyfikacji generalnej z miejsca 10-go na 21-sze. Dla wielu innych ta 21-sza pozycja byłaby pewnie powodem do chwały. Dla Austriaka jest to, zdecydowany, krok w tył. Może nawet dwa. Ale co do przyszłej zimy w jego wydaniu nie trzeba być, uważam, pesymistą. Dla mnie Aschenwald to duży talent. Ponadto wchodzi w optymalny dla skoczka wiek. Więc, w przeciwieństwie do Hayboecka na przykład,  widzę go w sezonie olimpijskim wśród tych, którzy mogą nadawać ton grze. Nie wiem w jak dużym stopniu, ale mogą. Przy czym umieściłbym bym go w kategorii „mogą, a nie muszą”. Potencjał w każdym razie jest. Wykazał to w ewidentny sposób sezon 2019/20. Czy Austriak ten potencjał w przyszłym sezonie wykorzysta? Się dowiemy. Trzeba czekać.
Piątym najlepszym punktującym Austriakiem został minionej zimy, co nie było przed sezonem raczej takie, że się tak wyrażę, oczywiste, Thomas Lackner. Został nim zresztą nie tyle przez przypadek, co przez COVID-a. Bo nagle się okazało, że jest w ekipie lecącej do Rosji, a chwilę później zdobył tam czwarte miejsce, co stanowiło, jak wyszło na koniec sezonu, ponad 50% wszystkich punktów zdobytych przezeń minionej zimy. Co w niczym nie umniejsza jego całosezonowych dokonań. A były, w porównaniu z całą dotychczasową karierą, wręcz gigantyczne, choć oczywiście kibiców śledzących poczynania najlepszych, czy nawet średniaków, w osłupienie nie wprawiają. Oprócz rzeczonego czwartego miejsca, 28-letni Tyrolczyk punktował jeszcze 8 razy, z tego 7-krotnie zajmował miejsce w 10-tce trzeciej. Z reguły w jej tylnych partiach, ale zajmował. Pięciokrotnie wcisnąć do finałowej 30-tki mu się nie udało. Żeby zobrazować, bo nie wszyscy pewnie muszą mieć tego świadomość, skalę dokonań Austriaka, to dodam jedno zdanie. Do tego sezonu Lackner wystartował w PŚ tylko raz, trzy lata temu, w konkursie w Innsbrucku. I zajął 43-cią lokatę. Nie wydaje mi się, aby był faworytem trenera do pierwszego składu na przyszłą zimę. Chyba zresztą nie ma, de facto, takiego potencjału. Ale i on, i ci, o których będzie niżej, unaocznili nam swoimi wynikami jeszcze raz jedno. Ogromną siłę austriackiego zaplecza. Z czego wynika? Z niewiarygodnie rewelacyjnej pracy trenerów na poziomie podstawowym. Ja się nie dziwię, że Horngacher nie pracuje w swojej ojczyźnie. Tam się uprawia filozofię dokładnie przeciwną jego filozofii. Jak najszerszy dostęp wszystkich skoczków do wszystkiego, czym dysponuje związek. A nie wiedza i nowinki dostępne tylko dla ścisłej i bardzo wąskiej grupy wybrańców. Dlatego (i nie tylko, co prawda) ich punktowało w tym sezonie 15-tu, a Polaków rok temu (z tego pewnie ze trzech ku niezadowoleniu coacha) i Niemców (z tego punkty jednego, Freitaga, na pewno Horngacherowi nie pasowały) w tym sezonie po ośmiu. A Lacknerowi, że do niego na sekundę wrócę, za ten sezon na pewno należy się chapeau bas.
Szósty w kolejce po cenzurkę stoi Jan Hoerl. Stoi, ale z racji osiągniętych rezultatów powinien raczej klęczeć. Najlepiej w worku pokutnym. Narobił Austriakom rok wcześniej apetytu, wyskakał ponad 200 punktów, był nawet na podium. I co? Rok starszy i rok bardziej doświadczony Hoerl zajmuje, przez cały sezon, dwa jedenaste miejsca, a pięć innych konkursów kończy w trzeciej 10-tce. I to wszystko. W generalce ledwo łapie się do 40-tki, przekraczając, o dwa punkty, granicę 80-ciu oczek. Trochę słabo, jak na kandydata do sukcesji po Krafcie czy nawet, niech będzie, po Hayboecku. Tym bardziej, że tych startów w PŚ trochę było. Oprócz tego, że dwukrotnie, mimo anonsowania go w składzie, nie przystąpił do zawodów, aż 6 razy nie wszedł do rundy finałowej konkursu, a raz odpadł w kwalifikacjach. No i nie zawsze grał fair, bo z tych siedmiu nieudanych prób aż dwie były spowodowane dyskwalifikacją. Pochodzący z Bischofshofen Hoerl ma dopiero 23 lata, więc ma też sporo czasu na to, by wskoczyć na dużo wyższe obroty. Miniony sezon nie dał jednak do takiego myślenia specjalnych powodów. Regres na miarę Aschenwalda. Tak bym to określił. Procentowo. Bo pułap, na którym się to odbywa, dużo niższy oczywiście. A jak zaprezentuje się w przyszłym sezonie? Dla mnie jedna wielka zgaduj-zgadula.
Sześć punktów mniej od Hoerla wywalczył przez całą zimę Markus Schiffner. Sześć punktów mniej, to prawda, ale w 11-tu startach. U niego bilans punktowanych i niepunktowanych pucharowych podejść, w zasadzie konkursów, bo zawsze eliminacje przechodził, jest dodatni. 6:5. Do pobicia rekordu życiowego sprzed 5-ciu lat (81 oczek wtedy wyskakał) mu też ciut zabrakło, ale to z racji stosunkowo niewielkiej liczby startów właśnie. 5 lat temu podchodził do PŚ aż 23 razy. W tym sezonie nie mógł, bo służył Austriakom bardziej jako tester ich nowinek w Pucharze Kontynentalnym. Wypadał tam bardzo dobrze. Może nie aż tak rewelacyjnie jak Wohlgenannt, ale na tyle dobrze, żeby można było rzucić mu, raz na czas, jakiś ochłap w postaci możliwości I-ligowego startu. Skorzystał na tym głównie na początku sezonu, gdzie najpierw wyrównał (Kuusamo) swój najlepszy dotąd wynik w karierze, a potem go pobił (Tagił), po raz pierwszy w życiu plasując się w czołowej 10-tce pucharowego konkursu. Co do jego przyszłorocznych I-ligowych startów Schiffner nie powinien mieć złudzeń. Będzie tam występował co najwyżej w tegorocznej roli. No chyba, że Austria będzie non-stop wystawiać siedmiu zawodników, a Schlierenzauer w końcu da se spokój ze skokami i nie będzie nikomu blokował miejsca. Wtedy, być może, dla Schiffnera i jemu podobnych, Słońce będzie świecić ciut jaśniej. Przy czym, z chwilą pojawienia się w przyszłym roku w austriackich skokach jakichkolwiek większych talentów bądź jakiegoś spektakularnego powrotu z zaświatów, Markus Schiffner, jako rzekłem, naprawdę nie powinien mieć złudzeń. Trafi tam, gdzie tak naprawdę jego miejsce z racji posiadanego talentu. Do Pucharu Kontynentalnego.
Dopiero 49-ty w klasyfikacji generalnej na koniec sezonu był po minionym sezonie weteran austriackiego zespołu, 36-letni już, Manuel Fettner. Zdobył tej zimy równe 50 pucharowych oczek. Dorobek skromny, choć na przykład o równe 50 punktów większy niż sezon wcześniej. Tyrolczyk, podobnie jak duża część kolegów, występował w tym roku w PŚ na zasadzie zapchajdziury. Ale w paru startach pokazał się z dobrej strony. Szczególnie w Rasnovie, gdzie po raz pierwszy od ponad dwóch lat, zajął miejsce w najlepszej 10-tce konkursu. Pozwoliło mu to wskoczyć do składu na lutowe MŚ. Tyle, że był tam tylko rezerwowym. Facet już w tym roku był poza składami wszelkich kadr, więc trudno żeby w następnym sezonie, jak chodzi o niego, być w tym obszarze jakimś specjalnym optymistą. Jeśli w ogóle będzie w I lidze startował, bo nie wiem czy nie skończy kariery (ale powiedzmy, że z uwagi na igrzyska i swój wrodzony niesamowity optymizm nie), to sporadycznie. Być może tylko w austriackiej części T4S. I tam będzie próbował trenerom przed igrzyskami coś udowodnić. Czy mu się to uda, to inny temat. Na szczęście dla niego Widhoelzl nie jest tak twardogłowy jak, na przykład, Horngacher.
Tylko na dwa starty w Pucharze świata pozwolili Danielowi Tschofenigowi kadrowi trenerzy. W obu punktował, z tym, że w pierwszym starcie w Bischofschofen zajął miejsce 30-te, a w tym drugim, w trochę słabszej obsadzie w Rasnovie, ukończył zawody na miejscu 9-tym. Aż się boję myśleć, co by się stało, gdyby Widhoelzl zdecydował się wystawić tego chłopaka po raz trzeci:). No i może dobrze, że nie skakał na MŚ w Oberstdorfie. Wygrałby z Kraftem i co? :). Oczywiście najprawdopodobniej wyniki Austriaka w PŚ są na razie zdecydowanie lepsze niż on sam i trenerzy wiedzą, co robią. Natomiast, na przyszłość, rośnie im, zdaje się, nietuzinkowy skoczek. I to taki, który im większa ranga zawodów, tym lepszy. 30 pucharowych punków w debiutanckim sezonie. Widziałem lepsze debiuty, ale widziałem też setki, a może więcej, gorszych. Przy czym, jakbym chciał czytelnikowi zamieszać w głowie, to z tych lepszych wymieniłbym, na przykład, Mathiasa Hafele. Z tych dużo gorszych, żeby się trzymać współczesnych i też na przykład, Daniela Hubera.
Punktowy rekord życiowy pobił w tym sezonie Clemens Leitner. Pobił zdecydowanie, bo w całej dotychczasowej karierze miał na pucharowym koncie oczek w sumie 8, a minionej zimy zainkasował ich 27. Czyli grubo ponad 300% więcej. Tych startów nie było za dużo, bo tylko cztery. W trzech z nich punktował, dwa razy łapiąc się nawet do czołowej 20-tki. W czwartym starcie do finału też aż tak dużo nie brakowało. Tym niemniej po T4S już go w PŚ nie ujrzeliśmy. Leitner nie będzie nigdy jokerem, którego można wyciągnąć i wystawić w PŚ niczym asa z rękawa. Takim gościem, jak swego czasu okazał się, na przykład, Jacobsen. Ale jako drugi czy trzeci garnitur strażaka się sprawdził. Podejrzewam, ze w przyszłym sezonie też tylko w tej roli będzie mógł zaistnieć. Co mu źle wróży, bo przecież kolejnej zimy będziemy już wolni od COVID-u. Podobno.
Połowicznie sprawdza się w PŚ wielka gwiazda tegorocznych Pucharów Kontynentalnych, Ulrich Wohlgenannt. Tam wygrywa 4 konkursy w ciągu 24 godzin, a tu, na 5 konkursów, w dwóch punktów nie zdobywa w ogóle, a w trzech innych zbiera jakieś punktowe ogony. Zrozumiałbym to, gdyby miał lat 18. Ale ma prawie 27. Więc to zupełnie coś innego  niż trema albo młodzieńcza labilność. Wohlgenannt to był w ubiegłym sezonie taki drugi Schiffner. Tester. Tyle, że lepszy w PK, a gorszy w PŚ. To znaczy, to już moja interpretacja, że próbował w PK rzeczy bardziej niezgodne z przepisami. W PŚ Austriak „natrzaskał” całe 17 I-ligowych punktów. Myślę, że w sezonie olimpijskim nie będzie go w pierwszej austriackiej kadrze. Ale w PŚ może się pojawić. Na tych samych zasadach, co w sezonie ubiegłym.
Początek ubiegłosezonowych kontaktów Maximiliana Steinera z PŚ był dość obiecujący. 8 punktów w konkursie w Rosji, potem 7 w Innsbrucku. I chłop przystopował. Na cacy. 7 kolejnych pucharowych podejść i żadnego punktu. Nie ma się co dziwić, że go w końcu odstawiono. Przy czym te 15 punktów, które zdobył to jego jedyne  punkty w I-ligowej karierze, a jego 8 tegorocznych konkursów, w których wziął udział to jego jedyne I-ligowe zawody główne, w których kiedykolwiek w karierze uczestniczył. W dwóch poprzednich sezonach zaliczył bowiem zaliczył tylko 2 kwalifikacyjne wpadki. Po jednej każdej zimy. Tegoroczna, styczniowa, w Zakopanem była trzecią do kolekcji. Austriak ma 25 lat. Najmłodszy nie jest. Nie wydaje mi się, że skoro do tej pory w żaden sposób jakoś głębiej nie wypłynął, to nagle jego głęboko ukryty dotąd, jeśli faktycznie go ma, talent wybuchnie niczym fajerwerki. Myślę, że jego obecność w PŚ ograniczy się w przyszłym sezonie, tak jak to miało miejsce w sezonach 2018/19 i 2019/20, do występu na którejś z rodzimych skoczni. Ewentualnie na obu.
Zupełnie nieudany, podwójny, start w Kuusamo (do tego stopnia, że nawet nie wystawiono go potem w domowych konkursach T4S) i potem bardzo dobry występ w Rasnovie. To jest tegoroczny pucharowy bilans wielkiego, jak mówią, talentu jakim jest wg znawców 18-letni, aktualnie już 19-letni, David Haagen. Wynik z Rumunii może mu dać bardzo dużo mentalnie. A na razie trzeba wierzyć fachowcom i czekać jak się będzie rozwijał. Jeśli znajdzie się już w, ogłoszonej za chwilę, tegorocznej kadrze A, to znaczy, że są widoki na to, że ten rozwój już w tym sezonie bardzo przyspieszy.
Pucharowy, 9-ciopunktowy nawet, epizod zaliczył przy spotkaniu z Pucharem w Kuusamo, Timon Pascal Kahofer. Wydawało się, że cos z tego się może urodzić. Pojechał na MŚwL i traf sprawił, że mimo słabiutkiego występu indywidualnego (przepadł w I serii, a naprawdę nie było o to łatwo), wystawiono go w drużynie. I tam wszystko Austriakom zawalił. Indywidualnie był z wszystkich startujących w tych zawodach ostatni, a Austria zajęła szóste miejsce tracąc do piątej Japonii 60 punktów. Kahofer, żeby nie było, dostał jeszcze szansę na koniec grudnia w Oberstdorfie, ale wypadł tam niemal jak w Planicy i jego przygoda z tegorocznym PŚ definitywnie dobiegła końca. Szczerze, acz delikatnie, pisząc: nie wydaje mi się, żeby w dobie, kiedy w Austrii talent goni talent, jego szanse na zrobienie w nadchodzącym sezonie oszałamiającej kariery w kadrze Austrii były duże.
Tym sposobem dobrnęliśmy w końcu do Gregora Schlierenzauera. Proszę policzyć. Analizujemy go jako dopiero 15-go w kolejności austriackiego punkciarza. Kiedyś, gdyby był 15-ty na świecie w ogóle, zapadłby się ze wstydu. Tak zżerała go ambicja. Dziś po genialnej dyspozycji i po tej, chorej czy zdrowej, ale ambicji, ślad nie pozostał. Rok temu wydawało się, że być może coś się zmieni i jeden z największych skoczków w historii wróci na stałe, jeśli nie na piedestał, to przynajmniej do, wcale nie tak szeroko rozumianej, czołówki. Miniony sezon brutalnie te nadzieje zweryfikował. 6 startów w pierwszej części sezonu. Tylko dwa punktowania na łączną kwotę ośmiu oczek. I to najgorsze: po fatalnym występie w austriackiej części T4S (na niemiecką powołania nie dostał) definitywna odstawka do końca sezonu. Schlierenzauer to pomnik, to historia, to genialne osiągnięcia. Dlaczego to wszystko próbuje zamazać i, z uporem lepszej sprawy, brnie dalej w gorzej niż przeciętność? A to odbywa się kosztem całej kadry, bo jak on wymusza swoje starty, to dla kogoś innego miejsca w zawodach nie ma. Myślę jednak, że w sezonie olimpijskim Widhoelzl nie pozwoli sobie na żadne eksperymenty. Schlierenzauer Schlierenzauerem, ale coacha będą rozliczać z wyników. Dlatego uważam, że tylko bardzo wysoka dyspozycja jest w stanie otworzyć w nadchodzącym sezonie drzwi do kadry. Ponieważ tej dyspozycji, na 95 albo nawet na 99% nie będzie, to wielkiego skoczka w najbliższej edycji PŚ, nie mówiąc już o imprezie mistrzowskiej, nie zobaczymy. Chyba, że przy okazji T4S będzie chciał zakończyć karierę. Wtedy owszem. Na domowej Bergisel, jak sądzę.
Tak. Więcej Austriaków minionej zimy w PŚ nie punktowało. Natomiast startowało ich w nim, wszyscy w przynajmniej jednym konkursie, jeszcze czterech. Oto oni i ich dokonania, wg najwyższej zajętej lokaty.
Trzy podejścia do Pucharu zaliczył tej zimy 19-letni Niklas Bachlinger, o którym, tak jak o Haagenie, mówi się w Austrii  jako o wielkim talencie. W Lahti miał falstart, ale w Willingen, a przede wszystkim w Rasnovie, był w konkursach. W Rumunii nawet bardzo blisko punktów, bo skończył 32-gi.
Zdecydowanie gorzej niż rok wcześniej zaprezentował się w tegorocznej edycji PŚ Marco Woergoetter. W Kuusamo dwukrotnie spalił się w kwalifikacjach. W Rasnovie wykorzystał słabszą obsadę i zajął w konkursie miejsce 38-me.
Możliwość zaprezentowania się pucharowej publiczności w austriackiej części Turnieju 4 Skoczni otrzymał, podobnie jak sezon wcześniej, Stefan Rainer. Wykorzystał to nieco lepiej, bo w Bischofschofen nie odpadł w kwalifikacjach, a w samym konkursie zajął miejsce 42-gie.
Nie wykorzystał natomiast danej mu w Rasnovie szansy Elias Medved, który parę tygodni wcześniej wygrał zawody FIS-Cup w Zakopanem. Startując w Rumunii został zdyskwalifikowany.
Tak to, mniej więcej, wyglądało u Austriaków. A u Słoweńców?
c.d.n.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport