27 obserwujących
1200 notek
676k odsłon
  540   0

Igrzyska po dniu dziewiątym. Medali dziś nie przybyło, ale emocji owszem

Szkoda, że większość tych emocji na najwyższym poziomie nie była związana z występami Polaków. Ale finały damskiego trójskoku, męskiej setki i skoku wzwyż czy półfinały męskich niskich płotków, mimo że nie było tam Polaków, musiały w każdym kibicowskim domu przysporzyć mnóstwa adrenaliny. Ale my też, stricte jako Polacy, na emocje w dniu dzisiejszym narzekać, myślę, nie możemy. A teraz szczegóły.

W niedzielę mieliśmy tylko jedną realną szansę na powiększenie dorobku medalowego. Niestety, nie udało się. Katarzyna kiedyś Wilk, teraz Wasick, przypłynęła w wyścigu na 50m kraulem na piątym miejscu. Tym samym polscy  pływacy zakończyli już swój udział w igrzyskach. Podobnie jak reprezentanci wielu innych dyscyplin, bez medalu. Ale, w przeciwieństwie do kilku z tych paru innych dyscyplin, wstydzić się za ich występy chyba nie musimy. Trzy piąte miejsca, dwa szóste. A nie wiem czy coś mi nie umknęło. Nie jest chyba najgorzej. Na przykład w porównaniu z tenisistami. Żeby nie było, że się czepiam, to „z tenisistami wszelkiej maści” niech będzie. Zawsze to pojęcie szersze, obejmujące nie tylko tenis ziemny. Żeby nie było. Wymieniłem tenisistów, ale tu wiele innych dyscyplin się dużo bardziej, jako przykład, nadaje. A tenisistom i tak wisi, co ja tu o nich, w kontekście igrzysk, napiszę. Nie mają czasu czytać. Już pewnie gdzieś grają, za grubą kasę, w Hameryce. I to wcale nie jest zarzut, tylko stwierdzenie faktu.
Mimo bardzo dobrej (w pierwszym) i jeszcze lepszej (w drugim) postawy w obu dzisiejszych wyścigach, Agnieszka Skrzypulec i Jolanta Ogar straciły prowadzenie w klasie 470 i po ośmiu (z 10-ciu) eliminacyjnych rywalizacjach są na drugim miejscu ze stratą sześciu, a tak naprawdę jednego, punktu do Brytyjek. Jutro dwa ostatnie wyścigi eliminacyjne, a w środę finał. Nie wiem co musiałoby się stać w tych trzech ostatnich wyścigach, żeby Polki nie zdobyły medalu. Nad czwartą w tej chwili Szwajcarią mamy 26 punktów przewagi. A w dotychczas rozegranych siedmiu (ósmy, jako najgorszy, odpada, więc go nie liczę) nazbieraliśmy 20 punktów karnych. Wiem natomiast czego im trzeba do olimpijskiego złota. Popłynąć na remis z Wlk Brytanią w jutrzejszych wyścigach i wyprzedzić ją, choćby o jedno miejsce w środę. Na przykład. No i jeszcze pilnować Francuzek, które na razie mają do nas teoretycznie dziewięć, a praktycznie też dziewięć, punktów straty.
Nasi siatkarze zwyciężyli bardzo pewnie Kanadyjczyków 3:0 i wygrali grupę. Ich rywalem we wtorkowym ćwierćfinale będzie na 100% Francja (bez względu na to jaki będzie wynik rozgrywanego wieczorem meczu Argentyna-USA), która o mało nie wygrała dzisiaj z Brazylią (2:3 i w ostatnim secie 16:18). Łatwo nie będzie, ale jak mamy być mistrzami olimpijskimi to i Ngapetha musimy umieć zablokować. Przy okazji zamykając mu tę niewyparzoną gębę.
Bardzo solidni w porannych eliminacjach byli dziś nasi lekkoatleci. Może nie wszyscy, ale połowa. Trzy na sześcioro, dokładnie. Rewelacyjny nie mógł być, siłą rzeczy, nasz wczorajszy mistrz olimpijski Karol Zalewski w biegu na 400m, bo się oszczędzał przed biegami sztafetowymi. W końcu albo rybki, albo akwarium. Było natomiast ewidentnie widać że, po naprawdę szybkim przebiegnięciu pierwszych stu metrów (chyba nawet prowadził) specjalnie odpuścił i przytruchtał do mety w tempie, że nawet ja, i to w moim obecnym wieku, mógłbym ze dwa, a nie jedno, kółka w tym czasie zrobić. I dobrze, bo finału i tak by nie było (z 15-tu Murzynów biega w Tokio szybciej niż jego najlepsze w tym sezonie 45,14s), a siły zaoszczędzone. I to w jakich ilościach! Dobry ruch zawodnika, dobry ruch trenerów. Trzeba mierzyć zamiary na siły. To igrzyska w Tokio, a nie Powstanie Styczniowe.
Nic wspólnego z rewelacją nie miał, niestety, tokijski występ sióstr Alicji i Anety Konieczek na 3000 m z przeszkodami. Przy czym jak chodzi o tę pierwszą, to skończyła swój bieg eliminacyjny na w miarę przyzwoitym, ósmym, miejscu i we w miarę przyzwoitym, gorszym niewiele od życiówki, czasie. Młodsza z sióstr chyba nie wytrzymała psychicznie i wypadła mniej więcej tak, jak wczoraj czy przedwczoraj nasze kulomiotki. Czyli jak przez okno. Była przedostatnia, 20 sekund za zawodniczką trzecią od końca, i w czasie 40 s słabszym od tego, z jakim niedawno zdobyła mistrzostwo Polski. Aż trudno uwierzyć, ze tam nie było jakiejś kontuzji albo zatrucia. Ale nic nie mówią, więc chyba nie było. Jedno się dziewczynie chwali. Walczyła ambitnie do końca. Nie tak jak mistrzyni Europy w kuli.
Wspomniana dwa akapity wstecz solidność tyczy się naszych młociarek. Głównie Anity Włodarczyk, która w najodpowiedniejszym momencie wydaje się wracać do wysokiej dyspozycji. Rozpykała dzisiaj wszystkie rywalki niczym na igrzyskach w Rio. Łącznie z tą Amerykanką, co to niby, gdzieś tam u siebie, rzuciła w tym roku 80m. Może i rzuciła. Nie twierdzę, że nie. Pytanie czy bez prochów, czy jednak z. Wyjdzie w praniu we wtorek. Plawgo coś mówił, że Amerykanka leciała do Tokio 35 godzin i dlatego taka słaba dzisiaj była. Nie podważam, ale czemu w takim razie pozostałe dwie Jankeski rzucały od niej lepiej? W każdym razie prawie 3m przewagi w kwalifikacjach nad drugą Chinką wrażenie robić musi. 77m bez centymetra już niekoniecznie, bo to pewnie dopiero 87-my albo może i 142-gi wynik w karierze Polki. Ale jakby tak policzyć ostatnie dwa lata, to… Malwina Kopron i Joanna Fiodorow zrobiły, po prostu, swoje. Czyli to, co miały dzisiaj zrobić. Awansowały do finału. Rzucając to swoje, na szczęście, w pierwszych próbach, bo potem to już się tych ich wypocin oglądać nie bardzo dało. Chodzą słuchy, że Fiodorow się odgraża, że podobno w końcu się technicznie poukładała i że jest w formie wyższej niż dwa lata temu, kiedy zostawała wicemistrzynią świata. Gdybyśmy mieli w tej chwili 15 medali na koncie, to bym jej nie wierzył. Szczególnie jak widziałem co wyprawia w dzisiejszej drugiej i trzeciej próbie. Ale tak? Co mi innego zostaje? Tonący brzytwy się chwyty. A ja łaknę medali jak kawka dżdżu. Więc deklaruję. Ja Pani wierzę, panno Joanno!
Z sesji popołudniowej na lekkoatletycznym stadionie też możemy być zadowoleni. Ale połowicznie. Najbardziej z tego, że Patryk Dobek wygrał w świetnym stylu półfinał na 800m i pobiegnie za dwa albo trzy dni w finale. Tam może być różnie, ale ja bym nie wykluczał niczego. Zupełnie nie wyszedł natomiast półfinałowy start Mateuszowi Borkowskiemu. Biegnący w półfinale nr 2 (Dobek startował w pierwszym) Polak trzymał się cały czas kilka metrów za resztą stawki. Do samej mety.  Przed półfinałami komentatorzy obawiali się o zakwaszenie Dobka, a wygląda na to, że to właśnie Borkowski był nie tyle zakwaszony, co chyba cały kwaśny. W półfinałach biegu na 100mppł odpadły obie nasze płotkarki, przy czym niespodziewanie lepsze wrażenie zrobiła chyba Klaudia Siciarz. Nikt jej nie dawał w półfinale dużych szans, a ona nie dość, ze przgrała tylko z czwórką rywalek, to jeszcze zabrakło jej tylko 0,02s do życiówki. Biorąc pod uwagę, że rok z olimpijskich przygotowań zabrały jej kontuzje, to jej start w Tokio na pewno można uznać za więcej niż przyzwoity.  Więcej oczekiwałem  od  i większe apetyty wiązałem z półfinałowym występem Pii Skrzyszowskiej. Niestety, nie wyszło. Były po temu, wszyscy co oglądali widzieli, obiektywne przyczyny, ale wszystkie zawodniczki z tego biegu cztery razy podchodziły do startu, a tylko na Polce się to tak mocno odbiło. Skończyła szósta i odpadła. Tym niemniej nasza zawodniczka wyjeżdża z Tokio z rekordem życiowym uzyskanym e eliminacjach i to jest niewątpliwie wartość dodana z jej pobytu w Japonii.
Nasz specjalny wysłannik na igrzyska (piszę „nasz”, choć nie bardzo wiem czyj to był wybór, w każdym razie mój na pewno nie) skończył już grać w golfa. Zajął w Tokio pono 51-sze miejsce. Ale głowy nie dam, bo tego, już po pierwszym dniu rywalizacji golfistów, dokładnie nie śledzę. Tak, o, podaję, żeby mi kto ni zarzucił, że gościa pomijam.
Widziałem fragment dzisiejszych zawodów w WKKW. Jechał akurat Polak, Jan Kamiński. Rezerwowy, który zastąpił podstawowego Pawła Spisaka, któremu rozchorował się koń. Albo klacz, nie doczytałem. I ten Jan Kamiński jest, po dwóch z trzech konkurencji, na 30-tym miejscu. Na ponad 60-ciu jeźdźców, którzy ostali się w rywalizacji. I to, moim zdaniem, jest ok, i nic do tego nie mam. Ale to, ze reszta naszych reprezentantów, a właściwie reprezentantek, jest o ponad 10 miejsc za Kamińskim, to już, też moim zdaniem, ok już nie jest. Może by i było, gdyby to on był podstawowym zawodnikiem, a któraś z dwóch pań rezerwową za Spisaka. Ale w tej sytuacji? Tym bardziej, że obie mają od niego ze dwa razy więcej punktów karnych. Ja się pytam. Kto te kadry ustala? I na jakich zasadach? Odnoszę wrażenie, że na odcinek konny przesunięto, po latach, Pawła Janasa. On w ten sposób kadrę dobierał przed MŚ 2006. Na zasadzie im lepszy, tym się mniej nadaje. No i nie pojechali wtedy na championat dotychczasowi gracze pierwszej 11-tki: Dudek, Frankowski i Kłos. Ja oczywiście mogę te panie krzywdzić, bo się na WKKW raz, że kompletnie nie znam i dwa, że tego w ogóle nie śledzę, a tam się mogło coś specyficznego w tej próbie terenowej zdarzyć. Ale, jak mówią, po owocach ich poznacie. No to ja po owocach staram się poznać i oceniam.
Z nowości to chyba tylko to, że nie jesteśmy już, tak jak wczoraj, na 30-tym miejscu w klasyfikacji medalowej. Spadliśmy na 38-cie. Porzucili nas Norwegowie, Szwedowie (powtarzam za Zagłobą, a autorytetów się nie poprawia) i Słowacy, a wyprzedziły jeszcze dwa inne kraje. Z wczorajszych „towarzyszy niedoli” została nam tylko Tunezja. Miejmy nadzieję, że to my ją w najbliższym czasie porzucimy, a nie ona nas. Szans na poprawienie pozycji w klasyfikacji i samopoczucia kibiców nadal sporo.

Lubię to! Skomentuj22 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport