27 obserwujących
1202 notki
678k odsłon
  847   0

Igrzyska po dniu 12-tym. Rośniemy!

W ciągu dwóch dni nasi sportowcy wyrobili, w stosunku do całego poprzedniego okresu igrzysk, 400% normy. Idą od wczoraj niczym Pstrowski. Dobrze, że ta cała Olimpiada się w niedzielę kończy, bo aż się boję pomyśleć, co by to było jakby nie. Jankesów i Chińczyków byśmy postawili koło przyszłego czwartku do kąta.
Dobra. Teraz ciut poważniej.
Zaczęło się dzisiaj tak sobie, a może nawet gorzej, bo blamażem faworyta do medalu naszych dziennikarzy Marcina Krukowskiego w oszczepie. Rzucił wszystkiego 15 m gorzej od życiówki i przepadł z kretesem. Cyprian Mrzygłód skończył eliminacje wynikiem ponad 3 m lepszym, ale do awansu do finału oczywiście też to nie mogło wystarczyć. Dodatkowo humory popsuł polskim nocnym Markom Damian Czykier, który w swoim półfinałowym biegu na wysokich płotkach był dopiero szósty.
W skateboardingu (taka z tego korzyść, że już wiem, co to jest), w konkurencji parku, wystawiliśmy, jako kraj, Amelię Brodkę. Wyglądało, że wystawiliśmy ją na pośmiewisko, bo co rusz się przewracała i ukończyła zawody, określmy to maksymalnie łagodnie, „w tylnej części peletonu”. Raz była ostatnia, dwa razy czwarta od końca. Zakładam że, jak duża część naszych olimpijczyków, przyjechała do Japonii, jak to mówią, „po naukę”. I dlatego nic nie mówię. W końcu niektórzy uczą się od niej na olimpiadach parę lat dłużej. Rekordziści nawet paręnaście. To dlaczego jej akurat, być może jednorazowo, mamy kosztów nauki nie pokryć?
Swoją pierwszą walkę w zapasach w kat. 57kg przegrała Jowita Wrzesień. Była to jednocześnie na igrzyskach jej walka ostatnia.
Troje na czworo dziś startujących naszych kolarzy torowych, mianowicie Mateusz Rudyk, Marlena Karwacka i Urszula Łoś, przegrało rywalizację zaraz nad ranem. Jedną rundę repasażów dłużej męczył się Patryk Rajkowski, ale też nie dał rady. Jednym słowem bryndza. Aha. Panie startowały w keirinie, panowie w sprincie.
Znacznie sympatyczniej dla nas było nad ranem na torze kajakowym. Wszystkie trzy nasze reprezentantki w wyścigach na 500m, Dorota Borowska, Justyna Iskrzycka i Marta Walczykiewicz, zajęły w swoich biegach, odpowiednio, pierwsze, drugie i trzecie miejsce i awansowały bezpośrednio do jutrzejszych półfinałów. Tam już może być nieco gorzej.
No i zdecydowanie najradośniejsze info dotyczące poranka. Nasze żeglarki w klasie 470, Agnieszka Skrzypulec i Jolanta Ogar, nie dość że wybroniły się w finale przed atakiem na ich, wywalczoną w poprzednich 10-ciu poprzednich wyścigach, trzecią lokatę, to jeszcze tuż przed metą niezwykle śmiałym manewrem wyprzedziły Brytyjki, co pozwoliło im przesunąć się na czwarte miejsce w wyścigu, a w generalce dogonić punktowo Francuzki i, przy równej z nimi ilości punktów, zdobyć srebrny medal. Nie znam za bardzo żeglarskich regulaminów, ale wydaje mi się, tak na zdrowy rozum, że nasze są wyżej, bo wygrały więcej wyścigów. Tak czy inaczej: BRAWO, BRAWO, BRAWO. To już trzeci medal naszych szeroko rozumianych wodniaków, a są przecież jeszcze szanse na więcej.
Nasza reprezentatntka w sportowej wspinaczce (tak się ten trójbój nazywa) Aleksandra Mirosław awansowała do finałowej ósemki, która powalczy o medale w sobotę. Zupełnie nie znam reguł tej dyscypliny. W każdym razie Polka wygrała (na igrzyskach mogło startować 20 najlepszych na świecie zawodniczek) tzw. speed, była ostatnia w tzw. boulderingu i przedostatnia w tzw. leadzie. Mimo tak słabych wyników w dwóch z trzech konkurencji jest w finale. Jak rozgryzę te eliminacje, w co serdecznie wątpię, to dam znać. Na razie cieszę się, że nasza reprezentantka jeszcze wystąpi. Jak dają osobne medale za „speed”, to w sobotę mamy pewne złoto. Jak nie, to pewne psińco. A chyba nie dają.
Dzisiejsza popołudniowa sesja lekkoatletyczna przyniosła nam jeszcze więcej niż wczorajsza. Ale zanim o tym to, żeby nie uciekło, o dwóch innych występach. W półfinałowym biegu na 1500m Martyna Galant była dopiero 10-ta i oczywiście odpadła. Uzyskała za to drugi najlepszy rezultat w karierze (ten najlepszy wybiegała dwa czy trzy dni wcześniej na tej samej bieżni). Kilka dni temu byłbym zachwycony i piał pod niebiosa. Tak zresztą zrobiłem w wypadku eliminacyjnego biegu Galant. Teraz już się tak nie podniecam, bo skoro potrafi się tu bić rekordy świata o ponad pół sekundy, to dlaczego miałoby się nie dać bić rekordów życiowych? Na półfinale zakończyła swoje indywidualne występy w Tokio nasza mistrzyni olimpijska Natalia Kaczmarek. W swoim biegu przybiegła czwarta, w czasie kilka setnych sekundy tylko gorszym od życiówki. Szkoda, że jej nie będzie w finale, ale z drugiej strony będzie miała więcej sił na sztafetę. Przy czym w eliminacjach bym jej nie wystawiał. Po co? Dadzą se dziewczyny radę bez niej. I bez Świętej Justyny też. Niech obie odpoczywają do finału. Baumgart, Hołub, Lesiewicz i Kiełbasińska. Żeby dostać się do finału wystarczy.
No i teraz gwóźdź programu. W zasadzie dwa gwoździe. A praktycznie trzy. Zaczynamy od bomby zegarowej. Patryk Dobek, facet który bieganiem na 800m para się od, nomen omen, paru miesięcy, sięgnął dzisiaj po brązowy olimpijski medal. Wyprzedziło go tylko dwóch Kenijczyków. Pewnie dobrze, że bieg nie był rozgrywany na tempo, bo mogło by być gorzej (choć przy Dobku niczego być pewnym nie można). Polak, podobnie jak w półfinale, biegł jak stary wyga. Tyle, że tym razem na finiszu byli szybsi. Przykład Dobka to jest, dla mnie przynajmniej, jakieś ultra kuriosum. Uważam, że bardziej wytłumaczalne od jego medalu byłoby nawet to, gdyby mistrzem świata w szachach został gość, który całe życie dobrze grał w warcaby. Patryk Dobek, jak ktoś nie wie, do kilku miesięcy wstecz dobrze biegał na 400mppł. I w pewnym momencie uznał, że Warholmem to raczej nie będzie. Za to przyszło mu do głowy, i słusznie, że zwolniło się miejsce po Rudishy. I zrobił pierwszy krok w tym kierunku. Coś jak Roglic parę lat temu. Tylko chyba ruszył ze znacznie wyższego pułapu. Strach się bać co będzie za rok na MŚ, a co dopiero za trzy lata w Paryżu.
No to o gwoździu numer dwa. Po kwalifikacjach, w których cudem uratował się przed trzecim z rzędu olimpijskim blamażem, Paweł Fajdek w pełni się zrehabilitował. Rzucił ponad 81,5m i zdobył olimpijski medal. Okazało się, że tak fantastyczny rezultat daje mu jednak dopiero trzecie miejsce. O 5 (słownie: pięć) centymetrów przerzucił go Norweg, którego dotychczasowy rekord życiowy był słabszy niż każda z prób, które poczynił był na rzutni w Tokio. O trzystu dwunastu dalszych od rekordu Norwega rzutach Fajdka (chyba trochę przesadziłem, co?) nawet nie wspominam. Trochę dziwne, ale nic się chyba nie zrobi. Dajmy temu spokój.
I w końcu najważniejsze dzisiaj. Gwóźdź numer jeden. Mamy trzecie olimpijskie złoto. Wojciech Nowicki, widząc męki Fajdka w kwalifikacjach, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Od pierwszego rzutu. Wszystkie jego sześć podejść to próby ponad osiemdziesięciometrowe. Najdłuższa (82,52m) to jego nowy rekord życiowy. To był jego konkurs. W zasadzie to był, tak jak dzień wcześniej zresztą, nasz, biało-czerwony, konkurs. Nasi nie tylko pokazali siłę i klasę, ale również niesamowity charakter i determinację. Przecież Nowicki, mimo że rozpoczął z wysokiego C, w każdym z dwóch kolejnych rzutów był jeszcze lepszy. A potem cały czas trzymał poziom co najmniej z pierwszej kolejki. Również w ostatniej próbie którą, nie wiedzieć czemu, zaliczono mu jako spaloną. Chyba tylko po to, żeby nie miał najlepszej serii w historii olimpijskich finałów rzutu młotem. Przecież Fajdek, który zaczął od szóstego miejsca i 77,5m, poprawiał się z każdą próbą o kilkadziesiąt centymetrów, ale wciąż był piąty. I wciąż się nie poddawał. I w końcu, w piątym rzucie, postawił na swoim.
Patrzę na tabelę medalową. Mamy 10 medali (3-3-4) i jesteśmy na miejscu 19-tym. Szału oczywiście nie ma. Ale jak się to porówna z sytuacją sprzed trzech dni, to niewątpliwie jest. Jak się porówna tegoroczne nasze wyniki z tymi sprzed 4-ch, 8-miu, 12-tu i 16-tu laty (bo z Sydney to już nie), to jest to bardzo porównywalne. W tej chwili, a przecież przed nami jeszcze pełne trzy, nawet 3,5 dnia igrzysk. I parę medalowych, wcale nie wynikających tylko z chciejstwa, szans. Może być lepiej niż żeśmy się spodziewali. Oczywiście nie myślę tu o telewizyjnych propogandystach, tylko tych, którzy starali się realnie oceniać nasze możliwości zdobycia olimpijskich medali.
Jutro kolejny dzień. Biegają i skaczą lekkoatleci (i to ci z szansami na dobry wynik), pojedzie kolarz torowy, popłynie kanadyjkarka.
Nie jestem przekonany, że jutro będzie można pisać o stercie kolejnych medali, ale parę informacji znów może być niezwykle miłych. Zatem do jutra.

PS
Dowiedziałem się właśnie dlaczego Polka dostała się do finału wspinaczkowego mimo, że w jednej z konkurencji była ostatnia, a w drugiej przedostatnia. Otóż miejsca zajęte w poszczególnych konkurencjach mnoży się przez siebie i to daje wynik trójboju. Osiem zawodniczek z najniższym wynikiem wchodzi do finału. 380 punktów dało 8 miejsce. I jeszcze jedno. Będzie chyba złoty medal w tym „speedzie”, bo przerasta w nim resztę o klasę. Ale dopiero za trzy lata w Paryżu będzie. W Tokio medale przyznaje się tylko za trójbój.

Lubię to! Skomentuj37 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport