Patrz pan. A jeszcze w piątek wydawało się, że wygraną w tej edycji tego najważniejszego touru na świecie, nasza kolarka ma jak w banku. No bo jak inaczej, skoro na królewskim etapie odstawiła Holenderkę na 1 ¼ minuty, a dotychczasowej liderce dołożyła dwie. Co spowodowało, że przed wczorajszym etapem założyła żółtą koszulkę.
Niestety, Jak się okazało, tylko na jeden dzień. Wczoraj od razu Vollering wyprowadziła kontrę, a dziś dobiła Polkę uciekając jej na ponad minutę. Niewątpliwie szkoda, choć drugie miejsce w TdF to przecież sukces ogromny. W dodatku po wspaniałej walce do ostatniego wzniesienia. Brawo, brawo, brawo!
Tak czy inaczej nasze kolarstwo żeńskie stoi, jak się wydaje, świetnie. Mamy jedną z zawodniczek ścisłego światowego topu, rośnie nam druga podobna (Włodarczyk), kolejna (Mul) potrafiła dziś uciec najlepszym i wygrać sprint na premii, na którą szykowała się najlepsza sprinterka na świecie, a w zawodowym peletonie jest jeszcze kilka innych Polek, które też nie robią w nim za ogony.
I porównajmy to teraz do sytuacji naszych panów. Właśnie zakończył się nasz narodowy wyścig. Na 150 zawodników wystartowało 10 Polaków. W tym, z urzędu, reprezentacja narodowa. O ile nie wstyd się do tak słabej przyznawać. Cały nasz dorobek to jedna, w sumie naprawdę mało prestiżowa, koszulka. Koszulka chyba specjalnie wymyślona dla naszych, żeby nie wyszli z niczym. No bo jak jest klasyfikacja punktowa, to po co klasyfikacja aktywnych? A każdym razie Polacy wygrali tę koszulkę i … to wszystko. Żadnych sukcesów w generalce, żadnych sukcesów na etapach.
Jednym słowem. Doczekaliśmy się kolejnej dyscypliny sportowej, w której niegdyś byliśmy potęgą, a której siła opiera się obecnie, tylko i wyłącznie, na kobietach.
Szurkowski z Szozdą przewracają się w grobie. O Królaku nie wspomnę.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)