Każdy kij ma dwa końce. Tyle, że koniec końcowi nierówny. I tak też było wczoraj z decyzjami Jana Urbana dotyczącymi składu w Solnej.
Oczywiście. Mądry Polak po szkodzie. Teraz łatwo trenera wypunktować. I to jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że będąc na tym stanowisku, a już szczególnie w Polsce, nie można być zaskoczonym pretensjami do swojej osoby, jeśli się w dwóch meczach zdobywa jeden punkt z zespołami, ujmujmy to na razie ultrakoncyliacyjnie, nie najwyższej klasy europejskiej i jeśli wystawia się w ważnych meczach zawodników, którzy się do tego zwyczajnie nie nadają.
Zacznijmy od tych decyzji personalnych, które się obroniły. To, po pierwsze, wystawienie od pierwszej minuty, Wiktora Nowaka. Uzasadniać, jak ktoś mecz oglądał, chyba nie trzeba. Ale, na wszelki wypadek i dla porządku: był, obok Zielińskiego, tym dzięki któremu między 15. a 45. minutą robiliśmy ze Szwedami, cośmy chcieli. Po drugie, przy czym nie wiem na ile była to samodzielna decyzja selekcjonera, występ w pierwszej jedenastce Mateusza Żukowskiego. No w końcu, po raz pierwszy chyba od dobrego roku, coś się dobrego, stricte dzięki środkowemu napastnikowi, z przodu działo.
Te dwie decyzje były, jak na mój kibicowski gust, bardzo trafne. Dużo gorzej, że Urban podjął dwie inne. Jak się okazuje tragiczne w skutkach i niweczące wysiłek reszty zespołu. Przy czym od razu dodajmy nie całej reszty, bo taki Cash czy Szymański, nie pisząc o stoperach z Porto (o nich zresztą za chwilę), też, łagodnie pisząc, nie zachwycili. Decyzje Urbana są tym bardziej niezrozumiałe, że w meczu z Bośnią na prawym stoperze bardzo przyzwoicie wypadł Kacper Potulski, a na lewej obronie świetnie zaprezentował się wprowadzony w drugiej połowie, nieoglądany dawno w kadrze, Przemysław Frankowski. Tymczasem selekcjoner zaordynował nam w miejsce Potulskiego niepozbieranego Wiśniewskiego, a Frankowski został zastąpiony Puchaczem. Puchaczem, którego każde zagranie w defensywie stawiało na baczność włosy nawet łysym. Największą zasługą Puchacza w tym meczu było to, że dzięki niemu Lech Poznań będzie mógł już niedługo bardzo dobrze sprzedać Wolemarka. Szwed wręcz ośmieszał naszego obrońcę i był, moim zdaniem, najgroźniejszym i, w sumie, najlepszym graczem naszych rywali.
Jan Urban nie dość, że popełnił grzech wystawienia Puchacza, to jeszcze zaliczył grzech zaniechania. Widząc co się na tym skrzydle wyprawia i że Wolemark przy każdym kontakcie z piłką robi z naszego lewego obrońcy durnia, trzymał Puchacza na placu dopóki ten nie stał się bezpośrednim powodem utraty drugiego gola. Jednym słowem: Puchacz grał dopóty, dopóki skutecznie nie pomógł Szwedom ponownie wyjść na prowadzenie. Jego kardynalny błąd przy wyprowadzaniu kontrataku spowodował, że rywale znów przejęli piłkę, po czym wywalczyli rzut rożny. A po akcji z tego rożnego strzelili bramkę.
Wiśniewski, którego głównym zadaniem było, zdaje się, krycie Gyokeresa, odpuścił go w pewnym momencie zupełnie, dzięki czemu Szwedzi wbili trzeci gwóźdź do naszej trumny i było po herbacie. Powierzenie krycia napastnika Arsenalu Wiśniewskiemu było o tyle zastanawiające, że pół roku temu, w decydującym barażu o udział w mistrzostwach świata, to właśnie Wiśniewski pozwolił Szwedowi na zdobycie, na tym samym stadionie zresztą, zwycięskiego gola. W wyniku czego Szwedzi pojechali na finały do Ameryki, a my zostaliśmy z ręką w nocniku. Nic dwa razy się nie zdarza? A nieprawda. Spytajcie Urbana i Wiśniewskiego.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)