Nie pracuję już dla FB. Co prawda „pracuję” jest niezbyt dobrym określeniem. Nie miałem z nim żadnej umowy o pracę, nawet śmieciowej. Zaakceptowałem jedynie regulamin. Ale pracowałem dla FB. Mało tego, nie pracowałem dla niego nawet w szarej strefie. Nie dostawałem za tę swoją pracę złamanego centa. Na dodatek, wykorzystywałem do tego swój własny komputer i płaciłem za zużywany godzinami pracy prąd. I w zamian nic poza udziałem w targowisku emocji. Żadnego rachunku ekonomicznego. Żadnego udziału w przychodach firmy. Jakich słów mam użyć na samego siebie w tym układzie? Brak cenzuralnych słów.
Na czym polegała moja praca? Miałem po prostu przyciągać swoich znajomych, dzielić się z nimi swoimi emocjami, poglądami, zdjęciami, muzyką. Miałem też spierać się (lub zgadzać) w sprawach światopoglądowych i politycznych ze znajomymi i znajomymi moich znajomych i znajomymi moich znajomych moich znajomych itd. Sporej części z nich nigdy nie widziałem na oczy. Część z nich to były upierdliwe internetowe trolle, którym obca jest jakakolwiek forma wymiany myśli. Część moich współpracowników polowała tylko i wyłącznie na bycie znajomym i chwaleniem się swoicm stanem posiadania.
I tak im więcej emocji i znajomych (oraz gapiów) tym lepiej. Tym większy ruch i tym większy biznes i tym więcej reklam i przychodu dla firmy. A ja jak ten kretyn kładłem się spać i myślałem jako odpowiem swemu adwersarzowi. Wstawałem i myślałem jak on mi odpowie. W pewnym momencie zauważyłem, że ten pracodawca (a właściwie chyba w tym kontekście bardziej by pasowało słowo pracobiorca) zaczyna się zachowywać wobec mnie dosyć dziwnie. Nagle ni z gruszki ni z pietruszki po przyciśnięciu klawisza Enter do wysłania jakieś wiadomości dostawałem ostrzeżenie: „czy aby piszę na temat i czy aby na pewno chcę ten tekst opublikować”. Opublikowałem następny wpis ale i znowu przy następnym było to samo pytanie. Ki diabeł? Jak on mógł to stwierdzić? Przecież nie czytał tego jakiś inny jego pracownik ale zapewne jakiś program komputerowy (albo ani jedno ani drugie). Ale wiem, że dziedzina sztucznej inteligencji w informatyce dawno temu zatrzymała się w rozwoju nie sądzą aby jakikolwiek program analizujący treści w języku polskim byłby w stanie wyłapać wszystkie konteksty i niuanse języka, I to w ułamku sekundy. Nie mówiąc o humorystycznych dodatkach. Po prostu niemożliwe. Poczułem się jakbym był na celowniku.
No i ten poprawny politycznie dostępny warsztat. Mogłem tylko lubić pracę innych pracowników. Nie mogłem ich nie lubić. Nie mogłem bez pisania obszernych tekstów dać znać aby „skoczył sobie na drzewo” ze swoją pracą. Albo: „wynocha bo psami poszczuję” gdy wchodził jak nieproszony cham na mój teren.
I pewnego dnia dowiedziałem się, że firma mego pracobiorcy jest warta miliard dolarów. I zapytałem siebie: za co ta wartość? Co ona takiego tworzy, że jest tyle warta? Co sprzedaje? Jaki jest mój udział w tym przedsiębiorstwie? Co ja tutaj robię? Ano wystawiam dla zgromadzonej gawiedzi na widok publiczny moje emocje i te dobre i te złe. Ja jako budowniczy tego imperium poczułem się gorzej od budowniczych piramid czy Chińskiego Muru. Po nich przynajmniej coś zostało. A i z konieczności musieli przynajmniej dostawać miskę soczewicy lub ryżu. Co zostanie po firmie mego pracobiorcy gdy nadejdzie kataklizm podobny do tych, który zmiótł egipskich faraonów lub władców dynastii Ming? Kupa złomu metalowo-krzemowego.
I wtedy podjąłem decyzję: adios amigos! W google odnalazłem sposób jak zakończyć pracę dla mojego pracobiorcy. Bo on sam nie wiedzieć czemu nie podawał go bezpośrednio. I kiedy już zapadła decyzja nacisnąłem klawisz Submit aby tego dokonać okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Okazało się, że mój pracobiorca niechętnie by się mnie pozbył. Powiedział, że nie kasuje zupełnie efektów mojej pracy ale daje mi dwa tygodnie na zastanowienie. No, proszę. A ja myślałem, że nie mam dla niego żadnego znaczenia. Ale klamka zapadła. Nie przyjdę do tej pracy przez ten czas. Nie przyjdę wcale i nigdy więcej. Czy okaże się, że mój pracobiorca jednak nie będzie chciał się mnie pozbyć?
I tak sobie teraz myślę, zupełnie na chłodno. Czy to moje miejsce pracy na FB było konieczne aby się skontaktował ze znajomymi, z przyjaciółmi? Absolutnie nie. Przecież poczta elektroniczna jest wystarczającym narzędziem. Jest telefon. I co najważniejsze. Jest rozmowa „twarzą w twarz” a nie jakiś tam…



Komentarze
Pokaż komentarze (1)