Czy każda honorowa śmierć zasługuje na stawianie ją za wzór? A może jest gdzieś granica gdzie wierność zasadom przestaje być cnotą a zaczyna być szaleństwem? I przede wszystkim: czy warto promować heroicznych bohaterów?
Kiedy już udało mi się kilkoma kontrowersyjnymi pytaniami Twoją uwagę pozwolę sobie przedstawić powody, które skłoniły mnie do napisania tego tekstu (możesz spokojnie kontynuować, obiecuję, że nie będzie wcale mniej ciekawie). Kilka dni temu pozwoliłem sobie zwrócić uwagę w dyskusji o filmie o „Ince”, który ostatnio można było zobaczyć w publicznej telewizji na scenę w której po ogłoszeniu wyroku jej adwokat błaga by podpisała prośbę o łaskę. Dla przypomnienia: sanitariuszka z brygady Łupaszki po schwytaniu nie złamała się i nie zdradziła swojego dowódcy. Za to w sfingowanym procesie została oskarżona o dowodzenie zbrojną bandą i na podstawie fałszywych zeznań skazana na śmierć przez rozstrzelanie.
Film ma bardzo patetyczny ton, ale ciężko wymagać czegoś innego od świadectwa rzeczywistej martyrologii (chociaż dowodem na to, że o podobnych tematach można mówić w bardziej przystępny, a jednocześnie nie ujmujący powagi historii sposób jest np. film La Vita Bella - „Życie jest piękne”), ale chciałem skupić się na scenie o której wcześniej pisałem. Czy rzeczywiście „Inka” rezygnując z walki o łaskę dowodzi swojego bohaterstwa? Czy ironiczna reakcja bohaterki na tekst listu, w którym Pierwszy Sekretarz słyszy to co chce usłyszeć jest jej ostatecznym zwycięstwem?
Zastanówmy się co spowodowałoby podpisanie kilku słów o „błędach młodości” i „nieświadomości” w sytuacji w której UB już dawno zwątpiło w to że cokolwiek jest w stanie z niej wyciągnąć. Dziewczyna ma już wyrok śmierci, więc niczym nie ryzykuje, a zachowując milczenie ochroniła swoich towarzyszy broni. Przez to pismo nie straciłaby ani honoru, ani wdzięczności ludzi, którym została wierna. Zyskałaby tylko możliwość… życia. Dlaczego bowiem komuniści kończąc rozprawę z „Żołnierzami Wyklętymi” i szykujący się do odbudowy państwa po wojnie mieliby dodatkowo psuć morale ludności egzekucją 18-letniej dziewczyny? Abstrahując od tego że ostatecznie historia właśnie tak się skończyła uważam, że przedstawianie pozytywnie sytuacji w której ktoś odrzuca możliwość walki o swoje życie kiedy nie dzieje się to kosztem innych za niekoniecznie wartościowe.
Daleki jestem od tego żeby tą decyzję skatowanej dziewczyny uznawać za poddanie się. Interpretuję to sytuację w taki sposób, że kłamstwa, które usłyszała były dla niej tak bardzo przerażające, że wolała umrzeć niż się z nimi zgodzić. Oddawanie życia za innych zawsze było uznawane za szlachetne. Mobilizacja w wojnie obronnej zazwyczaj nie jest problematyczna, bo mężczyźni idą się bić za swoje kobiety i dzieci, a jeśli tego nie robią to czeka ich ostracyzm społeczny. W tej konkretnej sytuacji mamy jednak do czynienia jednak ze stawianiem idei wyżej niż swojego życia, a ocena takiego postępowania nie jest już moim zdaniem taka oczywista.
Spotykamy się ze sformułowaniem, że znieważanie symboli państwowych np. flagi jest wręcz świętokradztwem, bo „wiele ludzi oddało za nie życie”. Co to tak naprawdę znaczy? Dosłowne rozumienie podobnych stwierdzeń prowadzi do kuriozalnego przekonania, że ci ludzie byli fanatycznymi wyznawcami idei „Państwo”, jednak uważam że to „Państwo” to były ich rodziny, przyjaciele, poczucie bycia „u siebie”, dobytek na który pracowali całe życie. Dlatego uważam, że heroizm dopóki oznacza wierność ludziom jest godny uznawania za wzór, ale jeśli sprowadza się do męczeństwa dla idei promowanie go staje się przynajmniej wątpliwe.
Wierność idei musi kojarzyć się z religią, a wynoszenie jej ponad wszystkie inne argumenty z fanatyzmem. Oddawanie życia za wiarę jest stare jak sama religia. Przypomina mi się tu jedno z pierwszych świadectw męczeństwa za wiarę z księgi Daniela. Podczas niewoli babilońskiej trzech towarzyszy autora tej części Pisma sprzeciwiło się królowi Nabuchodonozorowi kiedy ten wezwał wszystkich swoich poddanych do oddaniu czci złotemu posągowi, który zapewne był obrazem jednego z lokalnych bogów. Postępując zgodnie ze swoją religią sprowadzili na siebie gniew władcy, który kazał wrzucić ich do rozpalonego pieca. Liczba przypadków składania ofiary z własnego życia wyłącznie z powodów religijnych urosła do przerażających rozmiarów, ale to zupełnie inny temat.
Uważam, że gloryfikowanie martyrologii może być szkodliwe społecznie, bo stwarza wrażenie, że większą wartość od rozwoju i budowania ma patriotyzm rozumiany jako składanie ofiary z własnego życia. To że celebrując największe hekatomby w naszej historii takie jak np. powstanie warszawskie po prostu obniża się nastrój ludzi jest mniej znaczącym efektem takiej polityki historycznej. Prawdziwy problem widzę w tym, że przez to ciągle polski naród w większości jest opętany przez romantyczne szaleństwo, które docenia heroiczną walkę bez cienia szans na wygraną nie starając się racjonalnie, uprawiając realną politykę w ogóle do tej walki nie doprowadzić.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)