Przeglądając wczoraj wieczorem telewizyjne programy informacyjne natknąłem się na Bloomgerg Europe. Tam na podzielonym na dwie części ekranie występowało dwóch komentatorów, którzy omawiali polsko-litewski spór o pisownie nazwisk Polaków mieszkających na Litwie.
Ogólnie sprawa jest stara i ciągnie się długo, zatem nie będę jej przybliżał, bo większość w mniejszym lub większym stopniu się orientuje, o co chodzi.
Ale chciałbym się bardziej skupić na tym, co usłyszałem od tych dwóch panów. Otóż jeden zreferował problem, że Litwa nie uznaje pisowni polskich nazwisk z literą „W”, ponieważ takowa nie istnieje w języku litewskim, bo istnieje „V”. Jak to zwykle bywa w amerykańskich stylu hihihi hahaha drugi mu odpowiedział, że w czym problem, skoro Polacy mogą przyjąć litewskie nazwiskapisane przez „V”, albo wyprowadzić się z powrotem do Polski (głowy nie daje sobie uciąć, ale padło słowo „back to Poland”) przecież te kraje leża tak blisko.
Tak właśnie nas widza, Polacy wyjechali do Londynu, do Wilna i nie chcą uczyć się języka kraju, w którym przebywają.
Nie wiedzą, że Polacy w Wilnie mieszkają od pokoleń, że wcześniej tam była Polska i to nie oni zmienili kraj, ale kraj ich zmienił.
Jak długo, będziemy musieli tłumaczyć całemu światu naszą historię, żeby nas zrozumieli?
Że Powstanie Warszawskie to nie to samo co powstanie w Getcie. Że nie istniały „polskie obozy koncentracyjne”, tylko obozy na terenie dzisiejszej Polski. Że Polacy nie pomagali mordować Żydów, a jak pomagali to, dlatego, że mieli karabin przystawiony do głowy. A najwięcej odznaczonych wśród medali za ratowanie Żydów to właśnie Polacy.
Niestety wydaje mi się, że prostowanie tych wszystkich spraw to syzyfowa praca.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)