Gdy prawie 10 lat temu pisałem na studiach esej o relacjach polsko-amerykańskich mój profesor, notabene jawny proatlantysta, miał problemy z jego zrozumieniem. Zawiłość mojego eseju polegała na tym, że jako jedyny ze studentów twierdziłem, że to w interesie Polski jest przekonać Amerykanów, że Polska jest dla nich ważna. Pozostali pisali o tym jak to Polska jest ważna dla USA, albo o tym, po co Polsce USA skoro mamy UE. Na przestrzeni tych lat niewiele się zmieniło, a teraz mam osobistą satysfakcję czytając „prof. Zbigniew Lewicki zwracał uwagę, że to my powinniśmy wyjść ku Ameryce z propozycją nowego otwarcia, ponieważ dotychczasowe motory, napędzające wzajemne stosunki, już nie działają” (cytat za „Wizyta bez pomysłu” Ł. Warzechy).
Dlaczego tak uważałem i nadal uważam. Otóż Amerykanie jako naród nad wyraz pragmatyczny zrobili już swoje, odfajkowali jako „job done” przyjęcie Polski do krajów NATO i uznali, że pora na kolejne zadanie. Tym kolejnym zadaniem jest dla nich Bliski Wschód i rejon od Izraela do Chin.
Niestety myślenie naszych elit jest zgoła odmienne. Oni myślą, że jak nas przyjęli do NATO to teraz będą się o nas troszczyć i nas dopieszczać różnego rodzaju kontraktami i wizami. Jak błędne to jest myślenie pokazały wojna w Iraku.
Obecna wizyta Obamy w Warszawie może rodzic pewne nadzieje na poprawę.
Na wstępie należy jednak podkreślić, że nie będzie to przełomowa wizyta z prostego powodu, stosunki między naszymi państwami są dobre i nie ma powodów żeby robić jakiś przełom. Ameryka nagle nie rozepnie bluzy i nie krzyknie, że będzie ginąc za Polske, na co pewnie Polacy po cichu liczą. Nie obiecają też nic, co wielu naszych polityków oczekuję, licząc na wojska lub zniesienie wiz. Amerykanie nie są narodem, który obiecuje cokolwiek. Oni mogą wynagrodzić swoich przyjaciół, ale żeby tak było należy z nim twardo rozmawiać i powiedzieć wprost, o co nam chodzi. Tymczasem polska polityka wobec USA polega na tym, że jako pierwsi wychodzimy przed szereg a potem oczekujemy zapłaty. W świecie jest to odbierane jako poddaństwo wobec USA, a i sami Amerykanie nie traktują nas poważnie skoro najpierw wysyłamy swoich żołnierzy, a potem wyciągamy rękę po konfitury. Skoro chcecie konfitury, mówią Amerykanie, to powiedzcie, jakie a wtedy my się zastanowią, że możemy dać te konfitury w zamian za to, co Polska chce zrobić. Umowa o cenę zawiera się przed pracą, a nie po wykonaniu pracy.
Ameryka jest supermocarstwem i taką politykę uprawia, a to oznacza, że jej głównym celem jest zachowanie świtowy status quo. Polska ani nie pretenduje do zachwiania światowymi potęgami, ani sama nie jest w stanie przechylić szali na korzyść jakiegoś bloki, dlatego jesteśmy trzeciorzędnym partnerem dla USA.
I właśnie dlatego należy przekonać Amerykanów, że pomimo tego, że gramy w trzeciej lidze jesteśmy dla nich wartościowi, bo już niedługo może powrócić sytuacja zimnowojenna, gdzie Rosja będzie nie tylko słownie ale i czynnie kwestionowała przywództwo USA w świecie. A na to USA nie mogą sobie pozwolić i naszym zadaniem jest przekonać, że taniej dla nich będzie wspieranie nas już teraz zanim problem urośnie, a nie zabranie się za „job” jak już będzie ten problem na tyle duży, że na poważnie zainteresuje się nim USA, bo wtedy będzie dużo drożej, a dla nas-Polski na pewno dużo boleśniej.
Dotychczasowe nasze doświadczenia w kontaktach i rozmowach z USA powinny być wykorzystane w sprawie gazu łupkowego. Nie do przyjęcia jest, żeby nas ktoś wykiwał w tej sprawie. Oczywiście nie kwestionuje, że Amerykanie powinni na tym zarobić. Przecież to oni dają technologię, know-how itp. Polacy badając w latach 60-tych złoża doszli do wniosku, że nie ma u nas za wiele gazu. Teraz się okazuje, że jednak jest i to dużo. Zatem bez pomocy Amerykanów nadal tkwilibyśmy w przeświadczeniu, że pod ziemią nic u nas nie ma. Za to należy im się słona prowizja. Ale jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach i o wysokości tej prowizja należy twardo rozmawiać.
Wizyta Obamy ma również inny wymiar. Otóż po wprowadzeniu restartu w relacjach z Rosją obawialiśmy się w naszej części Europy, że USA poświęcą nas na ołtarzu poprawnych relacji z Rosją. Myślę, że ta wizyta pokazuje, że tak nie będzie, choć pewnie mało konkretów podczas jej trwania padnie. Niemniej jednak skoro Obama przyjeżdża do Warszawy daje jasno do zrozumienia, że nie traktuje nas po macoszemu i co więcej, spotykając się z przywódcami państw środkowoeuropejskich daje nam mandat do przewodzenia tym krajom. Obama daje, bowiem znak, że Ameryka jest zbyt zajęta w świecie, żeby każdy małe państwo odwiedzić i interesują ich tylko bloki państw skupionych w interesujących ich rejonie. I oczekują, że te bloki będą mówiły jednym głosem, bo Ameryka nie będzie się angażować w mediację i negocjowanie z małymi państwami skoro maja ważniejsze sprawy na głowie. A rejon Środkowej Europy z punktu widzenia USA jest jeden i nie rozdrabniają się na państwa. To stwarza okazje dla Polski.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)