Artykuł 104 Konstytucji RP stanowi, że posłowie są przedstawicielami Narodu i nie wiążą ich instrukcje wyborców. A więc nasza Konstytucja zakłada koncepcję mandatu wolnego i każdy poseł i senator nie musi podczas sprawowania mandatu kierować się opinią swoich wyborców.
Na marginesie można zapytać: jeśli poseł i senator nie jest zobligowany do głosowania w ten czy inny sposób przez swoich wyborców, to dlaczego jest zobligowany do głosowania w ten czy inny sposób przez dyscyplinę partyjną? Ale to tak na marginesie, bo zamierzam skupić się na czymś innym.
Poseł i senator są reprezentantami całego podmiotu, którym jest Naród w znaczeniu politycznym, a nie reprezentantem poszczególnych okręgów wyborczych, choć oczywiście w tych okręgach są wybierani.
Wątpliwości, jaki mi się nasuwają są następujące:
Poseł i senator nie są zobligowani i związani z wyborcami, a wiec po wyborach są całkowicie niezależni ode mnie i swoich wyborców. Wiele było takich przypadków, że poseł czy senator głosował wbrew ludziom ze swojego okręgu, czy to w sprawach „sumienia”, czy w sprawach inwestycji w regionie, gdzie był zobligowany do takiego głosowania na wskutek dyscypliny partyjnej.
W takim bądź razie, jeśli po wyborach poseł i senator roszczą sobie prawo do niezależności ode mnie, to ja roszczę sobie prawo do informacji na temat kandydatów. I to wbrew obowiązującym powszechnie i przyjętym standardom do swojej prywatności.
Oczekuję, że kandydaci powiedzą mi:
- jakiej są wiary i czy jakiejś są,
- jakie są ich korzenie 5 pokoleń wstecz, z kim, ile i gdzie mają dzieci,
- ile mają majątku, jakie mają inne obywatelstwa, itp
Te pytania są bardzo drażniące dla polityków, i bronią się przed odpowiedzią na nie, zasłaniając się swoim prawem do prywatności.
Prawo do prywatności przysługuje mi i każdemu innemu wyborcy, czyli osobie pozostającej w cieniu. Jeśli ktoś chce sprawować mandat w imieniu Narodu, to ja chce wiedzieć więcej na temat tego człowieka. Tym bardziej, że nie mam możliwości reklamowania wadliwego produktu (posła i senatora) i postulowanie o odebranie mu mandatu w trakcie sprawowania funkcji.
Brak takich informacji skutkuje tym, że Wałęsa tłumaczy się, że wydarł ze swojej SB-eckiej teczki informacje na temat nieślubnego dziecka, bo to są jego prywatne sprawy. Choć to były dokumenty państwowe. Skutkiem braku takich informacji jest również szerząca się podejrzliwość, że ten czy tamten polityk jest Żydem lub masonem. A „Gazeta Polska” publikuje informacje, że żona prezydenta Komorowskiego pochodzi ze znanej UB-eckiej rodziny.
Skutek tego jest taki, że ci co wierzą „GP”, to przyjmują tą wiedzę za prawdziwą, ale większość do wszystkiego co oni piszą, choćby było najprawdziwszą prawdą, podchodzi z rezerwą. Mamy zatem wieczne podejrzenia i insynuacje.
Choć musze przyznać, że ostatnio uczestniczyłem w jednym ze spotkań wyborczych ze znanym politykiem, który powiedział dość zaskakujące dla mnie słowa. Otóż według niego i tu się zgodzę, w większości obecni politycy poznali się w latach 60-tych, a najpóźniej na początku lat 70-tych i znają do dziś. Ale dodał również, że ich pradziadkowie również się znali i poznali podczas walk o niepodległość pod koniec XIX wieku. Jak nie wtedy, to w 1905 roku, a najpóźniej w 1914 r. Czy zatem obracamy się w zamkniętym kręgu ludzi z dziada pradziada dziedziczących wpływy w polityce? A każdego spoza rodziny, jak np. Leppera, oskarża się o powiązania z obcymi służbami specjalnymi?


Komentarze
Pokaż komentarze