110 obserwujących
372 notki
1437k odsłon
  4317   0

GDZIE SIĘ PODZIAŁ REJESTRATOR K3-63 I INNE ZAGADKI

 

 

Jak większość osób zaangażowanych w sprawę wyjaśnienia tragedii 10 kwietnia, korzystając z dobrodziejstw urlopu, rozpoczęłam dzień poranną kawką i wysłuchaniem tego, co miała do powiedzenia komisja Jerzego Millera w sprawie śmierci polskiej delegacji w dniu 10 kwietnia 2010 roku.  Panowie zgromadzeni przed kamerami, chwilami nieco przestraszeni, usiłowali przekonać Polaków po drugiej stronie ekranu, że kluczowym błędem, który przesądził o tragicznym finale lotu TU 154 M, było zejście przez pilotów poniżej wysokości minimum i brzemienne w skutki spotkanie  z brzózkami, topolami, tudzież krzakami (tak stoi w raporcie). Oczywiście w głowie każdego przeciętnie rozgarniętego obywatela zrodziło się pytanie, które wyartykułował jeden z dziennikarzy: no dobrze, ale dlaczego zeszli tak nisko, skoro planowali jedynie zejść do wysokości decyzji (100 metrów) i odejść na drugi krąg.  

I tutaj z odpowiedzią pośpieszył jeden z członków komisji: bo wszyscy, jak jeden mąż, wpatrywali się w wysokościomierz radiowy, uprzednio błędnie nastawiony przez kapitana statku. Pozostałe wysokościomierze wskazywały właściwe położenie samolotu, ale pech chciał, że załoga wpatrywała się w ten jeden, jedyny wysokościomierz, ignorując pozostałe wskazania. Nie oponowali także, gdy widzieli, że dowódca statku schodzi według złych wskazań, co według komisji jest dowodem na złe zgranie załogi. Tak więc sądzili, że są wyżej, a w rzeczywistości byli niżej. Ot i cała zagadka. Niektórych ta odpowiedź zapewne zadowoliła, kwestia gustu i smaku, ale nie mnie.  W samolocie TU 154 M jest kilka wysokościomierzy, a każdy z członków załogi dysponuje wysokościomierzami, które są przeznaczone tylko dla niego, są na jego pulpicie. Kto chce precyzyjnego zobrazowania tego, o czym mówię, odsyłam do stron 42-46 raportu Millera, gdzie są zamieszczone ilustracje wraz z opisem.

Zatem jak to się mogło stać, że zarówno dowódca statku, drugi pilot, nawigator i technik pokładowy, nie wiedzieli na jakiej są wysokości, a skoro  wiedzieli, dlaczego nie alarmowali pozostałych? Bajki złym zgraniu załogi w tej sytuacji można między bajki włożyć, a tym, którzy chcą w to wierzyć, należy tylko współczuć. Swoją drogą zastanawiam się, skąd szanowna komisja wiedziała, kto i gdzie patrzył w czasie feralnego lotu. Czyżby jakaś ukryta kamera? A zapomniałam, przecież jeden z panów wyjaśnił, że ich wiedza opiera się na odsłuchanych rozmowach z kokpitu, w których drugi pilot odczytywał wysokość i stąd wiedza komisji, na który wysokościomierz patrzyła załoga. Ciekawe tylko dlaczego pilot odczytywał wskazania wysokościomierza tylko do wysokości 20 metrów, by przerwać dalszy odczyt krzykiem?

Równie tajemnicze jest pochodzenie informacji członków komisji Millera, na temat obecności generała Błasika w kokpicie. Oni wiedzą, że był, choć jego obecność była bierna, jak to określono. Nie badali kokpitu, nie mają dokumentów fotograficznych z miejsca odnajdywania zwłok, ale wiedzą, ze był w kokpicie, który zniknął z miejsca katastrofy. To się nazywa: zdolności paranormalne, albo zerkanie do raportu MAK.

Po wysłuchaniu konferencji komisji Millera zapoznałam się także z raportem, zamieszczonym na stronach internetowych. Lektura jest porażająca, gdyż pokazuje, jak skąpy był materiał dowodowy, którym dysponowali członkowie komisji. Materiał fotograficzny, którym się posiłkowano, pochodzi od uchodzącego za pierwszego i jedynego jak dotąd  świadka -dokumentalisty wydarzeń 10 kwietnia, Sławomira Wiśniewskiego. Na podstawie filmowego materiału  autorstwa montażysty, komisja ustaliła czas wylotu oraz czas poszczególnych wydarzeń 10 kwietnia , jak choćby przelot Iła, czy pojawienia się mgły. Na tym jednak nie koniec. Materiał filmowy pana Wiśniewskiego posłużył ekspertom Millera do szacowania rozmiarów pożaru i akcji ratunkowej, gdyż oprócz raportu MAK, polscy eksperci nie dysponowali innymi dowodami, czym mowa w raporcie na stronach 70-72:

„Jedynym dokumentem opisującym przebieg akcji gaśniczej, do którego Komisja miała

dostęp, jest Raport MAK. Materiały, którymi dysponowała Komisja, nie pozwoliły:

•szczegółowo ocenić przebiegu działań ratowniczych (w świetle zasad działania

podczas wypadku lotniczego);

• ustalić zakresu przedsięwzięć podnoszących skuteczność akcji ratowniczo-gaśniczej;

• ustalić stopnia wykorzystania sprzętu ratowniczego użytego podczas akcji

ratowniczo-gaśniczej;

• ocenić organizacji akcji ratowniczo-gaśniczej”.

Podobnie rzecz się miała z dokumentacją przebiegu akcji ratunkowej – raport MAK jako główne źródło informacji. Nie wiadomo kogo i gdzie znaleziono, nie wiadomo kto i jakich obrażeń doznał, wreszcie nie przeprowadzono niezbędnych badań sekcyjnych. Jak widać te braki nie stanowiły przeszkody dla komisji Millera, by wydać ostateczną opinię. Jak nie było skąd zaczerpnąć informacji o danym zdarzeniu, sięgano po raport Anodiny, względnie po film montażysty Wiśniewskiego i wszystko stawało się jasne.

Oprócz tych „kwiatuszków” Millera, pojawiła się również informacja, która mnie zdumiała.

Otóż na stronie 62 raportu Millera można przeczytać taką oto informację:

 „ rejestrator K3-63 jest rejestratorem eksploatacyjnym przeznaczonym do rejestracji

następujących parametrów:

• czasu;

• wysokości barometrycznej;

• prędkości przyrządowej; 

• przeciążenia normalnego (pionowego).

Zapisane dane wykorzystywane są do wykonania szybkiej analizy parametrów lotu,

kiedy nie ma dostępu do urządzeń umożliwiających analizę parametrów z systemu MSRP

lub rejestratora ATM-QAR. Rejestrator K3-63 nie został odnaleziony”.

 

Zamieszczono również zdjęcie owego urządzenia, które wyparowało na ruskiej ziemi, niczym kamfora, a był to sprzęt całkiem pokaźnych rozmiarów, większy od czarnych skrzynek oraz skrzynki ATM.

Co ciekawe, akurat to urządzenie rejestrowało czas, wysokość, prędkość i przeciążenie.

Dlaczego rejestrator K3-63 zniknął? Widocznie mógł popsuć kremlowską narrację o katastrofie smoleńskiej, a w konsekwencji stosunki moskiewsko-warszawskie.

Zastanawiam się, co doprowadza ludzi do sytuacji, w której są w stanie, ryzykując swój autorytet, dotychczasową drogę zawodową, żyrować takie bajki, by nie użyć mocniejszych słów? Tak po ludzku: nie wstyd wam panowie?

 

 

 

Lubię to! Skomentuj51 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale