Skończyły się wybory, skończyło się granie poparciem Napieralskiego, skończyły się umizgi dwóch największych partii. Kandydat SLD nikogo nie poparł w drugiej turze, nie planuje też udziału w koalicji w tej kadencji parlamentu. I ma rację, bo lepiej poczekać, aż jabłko dojrzeje, niż zrywać na wpół zielone.
Sukces Napieralskiego wynikał przede wszystkim z tego, że udało mu się walczące PO i PiS przedstawić jako wspólnego wroga. Alternatywa dla prawicy sprzedawana przez młodego i aktywnego polityka w opakowaniu odejścia od tego, co stare sprawdziła się. Zwłaszcza wśród 20-30 latków, znudzonych kolejnymi latami przepychanek POPiS-u. Dla SLD ważne jest to, że ludzie ci zazwyczaj nie kojarzą już lewicy z dawnym PZPR-owskim betonem. Partia, która głośno mówi o wolności światopoglądowej (której w Polsce rzekomo nie ma), dofinansowaniu in-vitro, zmniejszeniu roli Kościoła to łakomy kąsek dla wielu młodych, wykształconych, z dużych miast, którzy często politykę znają głównie z newsów na najpopularniejszych portalach.
Gdyby SLD zdecydował się teraz na jakąkolwiek koalicję, utraciłby swój największy atut - brak jawnej współpracy z Platformą i PiS-em. Zwłaszcza, że żadna koalicja nie daje szans na spełnienie obietnic wyborczych (zakładając, że SLD planuje to robić). Spółka z PiS-em i tak nie daje większości. PO woli mały PSL, którego poparcie zdecydowanie mniej kosztuje.
W przyszłorocznych wyborach parlamentarnych SLD może ugryźć zdecydowanie większy kawałek tortu i zyskać rolę znaczącego gracza. Nawet, jeśli Platforma utrzyma swój PR jednocześnie niewiele robiąc i wygra wybory, to może się okazać, że Lewica stanie się siłą decydującą o tym, kto w sejmie utworzy koalicję większościową.


Komentarze
Pokaż komentarze