13 obserwujących
92 notki
48k odsłon
2052 odsłony

Płyty na Polską Jesień - Ozzy dawniej i dziś

materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
Wykop Skomentuj22

W mijających tygodniach ukazały się dwa single zapowiadające nową płytę giganta Ozziego: "Straight To Hell" i "Under The Graveyard". Ozzy to marny wokalista, cherlawy, zjedzony przez używki i ekstensywny touring dziadziuś. Ale Ozzy to gigant. Był gigantem, kiedy z Iommy'im wymyślił metal, był gigantem, kiedy nagrywał solowe płyty z Randy Rhoadsem, czy Zakkiem Wyldem. Oba wspomniane single wskazują, że pozostaje gigantem. Istnieje jedno najprostsze wyjaśnienie tego fenomenu: Ozzy dysponuje nieprzebranymi pokładami geniuszu w wymyślaniu świetnych piosenek. Dysponował nimi w Black Sabbath, gdzie evergreen gonił evergreena, dysponował nimi, gdy wydawał trylogię "Bark At The Moon" - "Diaries Of A Madman" - "Blizzard Of Ozz". Oczywiście, był i jest, kapitalnym, nieprawdopodobnie charyzmatycznym frontmanem - ale to piosenki sprawiły, że jest dziś tak pomnikową postacią.

Piosenki.

Takie trochę zapomniane, trącące myszką słowo. Zapomnijcie na chwilę o metalu i anticsach, a posłuchajcie piosenek Ozziego. Są genialne. Mają wszystko - wstępy, wprowadzające w klimat zwrotki, megachwytliwe refreny, kreatywne bridge, a czasem świetne klamry tagów.

I Ozzy wciąż to ma. Oba, wydane w kończącym się powoli listopadzie 2019, single to potwierdzają. Oba są świetnymi piosenkami. Co mnie bardzo cieszy, stary mistrz rozstał się z produkującym poprzednie dwie jego płyty Kevinem Churko. Umówmy się, "Black Rain" to było wielkie rozczarowanie, które próbuje trochę ratować Zakk, ale była to płyta znośna przy pierwszym przesłuchaniu, do której jednak człowiek nie miał ochoty wrócić ani razu, a wydanego po niej "Scream" nie mogła uratować ani obecność Gus'a G, ani Adama Wakefielda. Piosenki były na nich obu, ale całość była tak potwornie przeprodukowana, tak naćpana kompresorami z najróżniejszych półek, które stały na torach wejściowych, były zainstalowane w stołach mikserskich i czyhały na wyjściu w postprodukcji. Całość tworzyła odstraszający efekt - i to nie w tradycyjnym dla Ozziego stylu grozy, ale po prostu w koszmarnym brzmieniu i przerażającym efekcie końcowym nadprodukcji muzycznego materiału. 

Producentem najnowszej płyty jest Andrew Watt - bohater historii na film. Zaczynał jako goniec Rootsów, by wyczekawszy okazji zaprezentować im swój talent muzyczny - jest gitarzystą, basistą, programistą muzycznym, songwriterem i ma ucho do ciekawych brzmień. Dzięki możliwościom jakie daje ta "fabryka", jaką przez lata trwania w showbiznesie wschodniego wybrzeża USA stało się The Roots, wypłynął Watt na szerokie wody i dziś ma na koncie współpracę, zarówno jako muzyk sesyjny, ale też jako kompozytor, realizator nagrań i producent, z tak zróżnicowanymi twórcami, jak gwiazdy i gwiazdeczki popowe od Seleny Gomez, przez Justina Bibera, Avicii, Lanę Del Rey, Bebe Rexhę, Charli XCX, Ritę Orę... produkował utwory Future, Cody Simpson... a i nie wiem, czy kojarzycie taki kawałek "Havana" Camilli Cabello? Tak? No to jednym z jego autorów jest również Andrew Watt. Ciekawe, prawda? 

Obie nowe piosenki Ozziego są bardzo dobre, bez porównania oszczędniejsze w produkcji od wszystkich na poprzednich dwóch albumach - być może na tym polega producencki talent Andrew Watta, że pozwala on być piosenkom Ozziego po prostu piosenkami - nie obsadza ich na około nieprzebranymi chaszczami superduperkurnaprzesterów Gusa, czy Zakka - don't get me wrong, I love Zakk, ale jeśli chcesz, to liczba przesterów Zakka może rosnąć w postępie geometrycznym i dobry producent powinien utrzymywać to wszystko w ryzach, a nie mnożyć i nakładać setki warstw. Brzmienie obu nowych numerów jest o wiele surowsze - niestety wciąż jest na nich sporawo kompresji, ale cóż - takie czasy - i tak, moim zdaniem powoli, zamiast wielokrotnego bezrefleksyjnego mnożenia, następuje ostrożne redukowanie liczby sprzętu zakrzywiającego na niezliczonych płaszczyznach częstotliwości oryginalne brzmienia instrumentów i wokali. Ta szajba mijającej dekady, dekady kompresji, mam nadzieję, się kończy. Tak, czy inaczej, oba single sprawiają, że na nową płytę starego gignata czekam z zaciekawieniem. Na "Straight To Hell" gra Slash, ale to "Under The Graveyard" wydaje się lepszą kompozycją. 

Rozpisałem się trochę o niczym - przepraszam. Ale tak to jest z gigantami. Nie da się tak po prostu. Jest wokół nich tyle, jakby to powiedział Miles polszczyzną Tłuczkiewicza, chłamu, że trzeba też o tym chłamie trochę słów napisać.

Teraz za to będzie już zupełnie od czapy. Gotowi? Uwaga... Jesień to nie tylko czas melancholii, refleksji, gapienia się w okno, ciepłych kapci i pysznej herbaty. Jesień to też wspaniały i niezwykły czas, któremu na imię: ♪♪♪♪♪ Kaszaaankaaaa! Tak, moim mili. Jesień to królestwo Ligi Mistrzów. To prawda, najpiękniejsze mecze to ćwierćfinały, największe emocje, to półfinały - to fakt. Ale umówmy się, Faza Grupowa to crème de la crème "pucharu Europy"! Wiosną jest już inny świat - inna rzeczywistość i na mecze LM musisz "znajdować czas" - musisz planować ich oglądanie, szukać sposobności, wciskać w kalendarz. A jesienna Faza Grupowa znajduje Ciebie! Długie wieczory, beznadzieja listopadowej aury, częste pustki w portfelu, i nagle okazuje się, że jest! Akurat dziś w tv leci nieprawdopodobny mecz Slavii Praga z Barceloną! Albo Olympiakosu z Tottenhamem. A dawniej potyczki drużyn tureckich z niemieckimi, czy klasyki w stylu Deportivo La Coruna - Manchester United! Magia. Chodzi o to, że Faza Grupowa zapewnia rozrywkę nieprzewidzianą, całkowicie niespodziewaną tam, gdzie nikt by nie pomyślał, że może ona mieć miejsce. I sekret tkwi w tym, że nieważne jaki mecz trafisz, to i tak może być pięknie. Co to wszystko ma wspólnego z Ozzym? Ano wbrew pozorom, w mojej opowieści ma. 

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura