10 obserwujących
88 notek
44k odsłony
874 odsłony

Płyty na Polską Jesień - "Ballads" John Coltrane

materiały prom. serwisu muz. Tidal
materiały prom. serwisu muz. Tidal
Wykop Skomentuj8

Tak. John Coltrane. Będę "recenzował" płytę Johna Coltrane'a. Taki jestem zuch. Choć, jeśli śledzicie cykl "Płyty na Polską Jesień", to zdążyliście zauważyć, że to nie do końca są recenzje. To jest bardziej przewodnik. I nie zamierzam, bynajmniej, recenzować sensu stricto, płyty Johna Coltrane'a - planuję jedynie ją Wam, po prostu, gorąco polecić.

Jest to płyta wyjątkowa w całej dyskografii tego Giganta.

John Coltrane... Samo imię i nazwisko brzmi groźnie.

Jest taka didrama Cormaca McCarthy'ego, "Sunset Limited", którą na ekran w bardzo udany sposób przeniósł Tommy Lee Jones, grając rolę Białego, ateisty i profesora nauk humanistycznych, a w roli nawróconego na ewangeliczne chrześcijaństwo byłego skazańca - Czarnego (to nie rasizm z mojej strony - takimi nazwami operuje autor dramatu pozostawiając bohaterów bezimiennymi) obsadzając Samuela L. Jacksona. Czarny ratuje Białego przed samobójstwem na torach metra i zabiera do siebie, gdzie wywiązuje się między nimi ... romans... nie, żartuję oczywiście:) Wywiązuje się między nimi przebogata dyskusja o rzeczach najważniejszych - o wierze, o życiu, o prawdzie, ale przede wszystkim o śmierci.

Dzieło napisane jest oczywiście doskonale, ale też i ekranizacja zagrana jest brawurowo, acz nie przeszarżowana. Biały próbuje uzasadnić swój relatywizm, przechodzący z wolna (może nawet nie tak "z wolna", skoro udał się na tory...) w nihilizm, a Czarny dzieli się swoim rozumieniem życia z Bogiem. Czarny jest pewny wszystkiego co mówi, choć nie jest doktrynerem - po prostu dla niego wiara jest jak słońce, i nic nie przekona go, że rzeczywistość może wyglądać inaczej, niż on tego doświadczył. Nie daje się zbić z tropu. Nie wątpi. Dla niego, spotkanie Zmartwychwstałego Jezusa w jego życiu, było tak realne i prawdziwe, że ma zupełnie odmienne od swojego gościa spojrzenie na to, czym jest śmierć i życie. Przez cały czas jego przekonania są absolutnie, skrajnie, niezachwiane. Biały w pewnym momencie szuka odpowiedniej alegorii, by móc zobrazować swój punkt widzenia i zadaje swojemu gospodarzowi pytanie: "Lubisz z pewnością muzykę... Kto był, Twoim zdaniem, najwybitniejszym kompozytorem w historii?". Czarny, grany, przypominam, przez Samuela L. Jacksona, robi minę, jakby zadano mu pytanie o to, ile dni ma tydzień, ale po chwili na jego obliczu pojawia się wyraz twarzy, przy którym wszystkie wcześniejsze niezachwiane sądy o wierze wydają się jednak czczymi dywagacjami i dopiero teraz widzimy prawdziwego misjonarza. Aktor wspina się na wyżyny swojego warsztatu i udziela odpowiedzi tonem, którego nie jest w stanie posiąść nikt inny na świecie, tonem Samuela L. Jacksona: "Jooohn-Col-trane".

Tak, moi mili, można rozmawiać o życiu i śmierci. Można spierać się o naturę rzeczy. Można przenicować temat prawdy, od Świętego Jana, po neobolszewickich postmarksistów XXI w. Ale jest na tym świecie grupa ludzi, dla których sylaby "John-Col-trane" są oddzielone od reszty zagadnień tego świata. Oddzielone, czyli święte. Święty oktogram JHNCLTRN. Coltrane jest jak Jabbar, Russel, Magic i MJ w jednym. Jak Beckenbauer, Cruijff i Maradona. Brzmi groźnie, c'nie? Ano brzmi groźnie. I jest cała masa muzyki nagranej przez tego człowieka, która faktycznie jest groźna, jak złożona z grupowej improwizacji kilkunastu muzyków "Ascension", są płyty w których zafascynowany afrykańskim mistycyzmem zdaje się być muzycznym szamanem, jak wspaniałe "Kulu Se Mama", ale są też ściany dźwięku, gdzie wypluwa z siebie improwizacje, nie wokół funkcji tematu, a strzelając nieprawdopodobne serie dźwięków wokół poszczególnych składowych każdej z kolejnych funkcji, przesuwając jednocześnie skale, jak w jakimś tajemniczym harmonicznym chronometrze. Są płyty kompletne, w których balans między szalonym mistycyzmem, a przechłodną kalkulacją muzyczną jest ułożony arcydzielnie, jak ma to miejsce w "A Love Supreme". Jeśli jednak nie należycie do ludzi przyzwyczajonych do słuchania "z lekka pogiętego" jazzu, to nie polecam Wam żadnego z powyższych dzieł na początek. Mogą się spodobać, ale mogą też zniechęcić niewprawione ucho. "Ballady" tego nie zrobią. 

Muzyczne dokonania Coltrane'a budzą spory. Istnieje grupa fanów, która kocha jedynie wczesny okres jego twórczości, upatrując w "Giant Steps" największego arcydzieła w historii jazzu. Inna frakcja twierdzi, że etap jego poszukiwań muzycznych pod koniec życia, to najwybitniejsza muzyka jaka kiedykolwiek powstała. Są i tacy, jak jeden z jego muzyków, który dołączył do jego zespołu pod koniec życia i był jego uczniem, w znaczeniu: naśladowcą, followersem, Archie Shepp. Archie Shepp twierdzi, że wraz ze śmiercią Johna Coltrane'a muzyka przestała się rozwijać... że nie da się muzycznych poszukiwań posunąć dalej, niż zrobił to jego zmarły mistrz. I Archie Shepp przestał szukać. Najpierw na długi czas wycofał się z grania, a jak już do niego wrócił, to ogranicza się do nagrywania prawie wyłącznie wolnych, pięknych dla ucha, śmierdzących zadymionymi barami lat 50tych i 60tych, cudownie stonowanych... ballad.

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura