Gorące tematy:

10 obserwujących
88 notek
44k odsłony
182 odsłony

Płyty na Polską Jesień - "Grace Under Pressure" Rush

materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
Wykop Skomentuj1

Pory roku, Chwała Bogu, nie są jednostajne. Każda ma swoje bardzo różne etapy, a i w ramach tych etapów miewa też bardzo różne oblicza. Jest muzyka, która w tajemniczy sposób ściśle współgra z określoną aurą - są płyty idealne do słuchania w deszczowe popołudnia, są i takie, które ocieplają nam przymrozkowe poranki. Z płyt gigantów kanadyjskiego progrocka, jakimi bez wątpienia są muzycy legendarnego zespołu Rush, najbardziej jesienną jest "Grace Under Pressure". Ale nie jest to płyta, do puszczenia sobie w "byle deszczyk" i wpatrywania się przy niej w okno - żeby docenić jej "jesienność", potrzeba, jak zresztą do docenienia całej ich twórczości, trochę wyobraźni.

Muzyka Rushu to trochę wrota do innych światów. Nierzadko niesie w sobie złożone fantastyczne historie, często traktuje o ważnych sprawach - podnosi tematy wolności, indywidualizmu, ekspresji jednostki w homogenicznym świecie - ale wszystko to oferuje słuchaczowi nie-wprost, najczęściej alegorycznie, czasem szukając typologii, a gdy się nie da, to uciekając się do metod symbolicznych.

"Grace Under Pressure" jest dziesiątym albumem power tria z Kanady, którego nagrania rozpoczęły się w 1983r. Zespół miał za sobą już hardrockowy, zeppelinowo-black sabatowy, etap kariery, a poprzednim albumem, "Signals", pożegnał się z wyjątkowo kreatywnym etapem czystego artrocka progresywnego wielkich form, złożonych suit, czasem niemal rockoper. "Signals" było radykalnym zerwaniem z taką wizją artystyczną, którą realizowali, do tamtej pory, głównie za sprawą kunsztu gitarowego Alexa Lifesona i Geddy'ego Lee, przy oczywistym wsparciu, wspomnianych powyżej, głębokich tekstów Neila Pearta i jego nieprawdopodobnego talentu w grze na sporych zestawach perkusyjnych. Na wydanym w 1982r. "Signals" pojawiają się jednak nagle syntezatory. Ba, "pojawiają się" to eufemizm - syntezatory stały się tej płyty instrumentem dominującym spychając gitary Lifesona na zdecydowanie dalszy plan. Ta dość radykalna zmiana pomysłu muzycznego sprawiła, że Rush musiał rozstać się z dotychczasowym producentem, Terrym Brownem, a prace nad nowym materiałem podjąć bez przewodniej opieki zza szyby i dopiero z czasem znaleźć osobę odpowiednią do wyprodukowania ich nowej muzyki. 

Muzycy bardzo szybko skomponowali materiał i nagrali wersje demo większości piosenek w niecałe 6 tygodni września i października 1983r. Z czasem, nie bez trudu, znaleźli producenta (który jednak koniec końców często pozostawał "niezdecydowany" co sprawiło, że jako producenci płyty widnieją również sami członkowie zespołu) i w listopadzie weszli do studia by nagrać "Grace Under Pressure". Nagrania nie poszły już tak szybko, jak praca koncepcyjna i muzycy spędzili między instrumentami, kablami, piecami i mikserami bite pięć miesięcy. Była to najdłuższa praca przy nagrywaniu płyty w całej ich historii. Często w biografiach zespołów długi okres spędzony w studiu owocuje konfliktami, zmęczeniem, przeładowaniem. Dla Rushu jednak był to, i czas, i efekt, niezwykle satysfakcjonujący. Cóż, Rush jest inny niż cała reszta rockowych bandów. Jego muzycy są wyjątkowi - połączyła ich nie tylko muzyka, ale też przyjaźń, podobna wizja otaczającego ich świata i podobny poziom perfekcjonizmu.

Doświadczenia "Signals", na której to płycie gitary zostały niemal wyparte przez syntezatory, nie poszły na marne. Muzycy chcieli zrobić coś wielkiego i nagrać płytę, na której oba te elementy brzmienia, będą współegzystować, żaden nie będzie dominować, a efekt będzie spójny. Płyta miała też być wciąż rockowa. Czy im się udało? Ba!!! I to jak! Słuchana dziś brzmi potężnie. Jest bardzo 80's, ale też jej sound, mimo, że osadzony w epoce, jest jednak zupełnie inny od tego wszystkiego, co rządziło wówczas w radiu i na listach przebojów. Musicie to sprawdzić sami. Gitary są znów najważniejsze, jest ich pełno, w większości przesterowane, zawsze rasowo rockowe, a syntezatory pełnią swoją zamierzoną rolę subdominanty brzmieniowej - bynajmniej nie będąc tłem, czy jedynie koloraturą. Nie, są pełnoprawnym elementem składowym nagrania. I gitary, i syntezatory, mają jednak pewną cechę wspólną, która stała się znakiem rozpoznawczym tej płyty, i która później, w kolejnych albumach Rushu, powracała regularnie - nieprawdopodobną przestrzeń. Przestrzeń stała się elementem dominującym tego nagrania i jest jej pełno w każdym utworze... może z małym wyjątkiem w postaci "The Enemy Within", gdzie... pojawia się dopieeero w refrenie:)

Nie ma na tej płycie żadnej ballady, a wiele jej numerów weszło na stałe do setlisty koncertowej, aż po ostatni tour zespołu przed kilkoma laty. Kompozycje są świetne i wytrzymują bez trudu próbę czasu, motywy inspirowane nimi przechodzą jeden w drugi niezwykle płynnie, refreny - chwytliwe, zapadają łatwo w pamięć, a teksty jak zawsze, tworzą całość z niebanalnymi, choć bynajmniej nieprzekombinowanymi, melodiami. Muzycy są w prajmie - grając, zdają się być niesieni produkowaną przez samych siebie wizją w przestrzeń muzycznej wyobraźni.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura