/to nie jest o sporcie, Redakcjo, tylko o innych igrzyskach!/
Coraz częściej mamy w domu rodzinny problem: jakiś dostarczyciel „kablówki” kasuje nas co miesiąc za dostarczanie „szerokiej oferty” programów telewizyjnych, ale coraz mniej z nich nadaje się do oglądania. Badziewie, szmira, jakieś ewidentne fuchy kolesiowskie, nachalna komercha albo jeszcze bardziej nachalna indoktrynacja.
Z ulgą przywitaliśmy możliwość obejrzenia reprezentacji Anglii, która pełna jest łobuzerii, ale przynajmniej w piłkę kopaną grać potrafią. I co? Najdroższy stadion świata, nowiutki spod igły, dopiero co przetestowany w mistrzostwach globalnych marek komercyjnych, zadaszony wedle najnowszych technologii, w porę opłacony przez organizatorów meczu – nie nadaje się do rozegrania meczu, bo zalała go woda! No, zaskoczenie, że jesienią w Polsce pada!
Pusty śmiech nas ogarnął, a że lubimy politykować z przekąsem – no, to zaczęliśmy. Zwłaszcza że analogii – bez liku.
Najpierw zauważamy, że pozbierani w rozmaitych studiach żurnaliści i eksperci długo unikają tego, co najistotniejsze: co z tym dachem!?! Najwyraźniej w słuchawkach zabrzmiała podpowiedź: nie siać defetyzmu. Prognozy były deszczowe, dach zaciąga się niecałą godzinę, można było profilaktycznie się zadaszyć, a gdyby pogoda dopisała – rozłożyć godzinę przed meczem! A tu fachowcy, zamiast o tych oczywistościach – plotą o wszystkim i o niczym. Publika stadionowa wściekła do białości i rozgoryczona, publika telewizyjna – szydzi. Igrzyska – przegrane zanim się zaczęły. Stadion jeszcze raz okazał się narodowy, czyli taki, jak wszystko.
Tak samo się dzieje w gospodarce i polityce: ktoś nie zrobił tego co oczywiste, a fachowcy plotą o byle czym, zanim nie dostaną instrukcji, że już można mówić do rzeczy, zaś odpowiedzialnych szuka się po szatniach. Podatnik znów „skasowany” na bezdurno, a winnego nie ma.
Po kilkuset minutach znalazł się jakiś pan kierownik, który wytłumaczył, że wszyscy chcieli grać pod gołym niebem i pan z FIFA też (taaaa…), a kiedy już zaczęło lać, to ten nowoczesny dach nie słucha się „siłowników”, zaś nowoczesny drenaż (odsysacz potopów) nie jest przewidziany na aż taką ulewę.
No, czyż to nie jest opis naszej zielonej wyspy? Władcy powiadają: mogliśmy dobrze gospodarować, ale wszyscy chcieli, abyśmy gospodarowali źle, a kiedy „czynniki obiektywne” nas zaatakowały, to już nie dało się gospodarować dobrze, bo „mechanizmy” się poblokowały.
Na ile się na tym znam, to po to buduje się stadiony, a potem oddaje w zarząd, aby można było na nich rozgrywać mecze. Mam jakieś takie przeczucie: budowniczowie i decydenci chyba wiedzieli, że budują stadion nie w Kalifornii, tylko w kraju, gdzie w połowie października bardziej prawdopodobny jest obfity deszcz niż słoneczko z białą chmurką. To samo chyba wie zarządca-operator stadionu. Niech swojej niefachowości nie przerzucają na okoliczność, że „wszyscy chcieli inaczej niż logika nakazuje”.
Analogia z gospodarką jest oczywista. Kiepskim jej zarządcą jest ten, kto udaje, że ma wskaźniki na plusie, ale nie uwzględnia w swoich statystykach wszystkich istotnych kosztów. Gdyby jednak nie wiedział, co się dzieje, to połowa internautów, bardziej lub mniej fachowo, wytyka politykom na bieżąco luki w zarządzaniu. Druga połowa ujada. Trzecia połowa zajmuje się pięknoduchostwem i ma płonną nadzieję, że polityka jej nie dopadnie. Czwarta połowa nic z tego wszystkiego nie rozumie. Jest jeszcze kilka połówek, szkoda gadać.
Na naszej wyspie zainstalowało się – poza nic-nierobami zwanymi jej zarządem– mnóstwo coraz bardziej licznych pożeraczy fruktów, których najmniej interesuje stan tej wyspy. Budżet, budżet, budżet. Co tam gospodarka, co tam ludzie, co tam kraj! Budżet ma rosnąć, nawet kosztem długów, a my wszyscy – wydrwigrosze – przy tym budżecie się jakość ugadamy, każdy swój kęs wyrwie. Nawet jeśli nazywamy się „komercyjni” – to i tak chcemy być gwarantowani i dofinansowani z budżetów. Kiedy zaś z nieba spadnie plaga – to zwali się na nią winę za stan, w jaki popadła Ludność i zasoby Kraju. Mieliśmy – powie zarząd – nowinki zainstalowane na wypadek nieszczęść, ale akurat na ten typ plagi one nic nie poradzą, taka to plaga, proszę państwa!
Dosadniej chyba trzeba: jeśli inni jeżdżą swoimi pojazdami z prędkością 100, ale co pół godziny dokonują przeglądów i drobnych poprawek, to na pewno jadą średnio wolniej od nas, którzy jedziemy z prędkością 90, nie zatrzymując się na „niepotrzebne” przerwy. Po co nam doglądanie infrastruktury, usprawnianie administracji, lepiej wycisnąć ile się da z gospodarki (czyli z Ludności zatrudnionej i przedsiębiorczej oraz z zasobów Kraju), a potem się zobaczy. No, i okazuje się, że wszystkie gospodarki są wolniejsze, a nasza jedzie jak malowanie!
Prędzej czy później nasz niedoglądany, nie usprawniany pojazd zacznie spowalniać, charczeć, buksować. Nagle wyjdą z niego wszystkie zaniedbania, wszystkie „oszczędności”, które w statystykach lokowaliśmy jako „zyski”. I wtedy jak zbawienia będziemy szukać „przyczyn obiektywnych”, aby „wyszło na nasze”. Potem przez całe pokolenie będziemy opowiadać, że nasza gospodarka była kwitnąca jak żadna, tylko deszcz spadł i nasze zabezpieczenia okazały się – co za pech – za słabe, „siłowniki” nie zadziałały, ale to już wina nieba, nie nasza.
A Ludność i Kraj? Czują się okradzeni i ogołoceni? Jak to, przecież wszyscy nas dopingowali, bo byliśmy na czele, teraz niech nie marudzą!



Komentarze
Pokaż komentarze (7)