Trwa kolejny kontredans, tym razem wokół 300 miliardów, które już – jak to my – dawno uznaliśmy za swoje, wierząc w bajania tuskowych drużynników, dziś szydzących z tamtych „spotów” i z naszej łatwowierności. Trwa też – co mniej widzimy – walka o życie rządu: od pieniędzy unijnych jesteśmy tak bardzo uzależnieni, jak słabe organizmy od alkoholu, narkotyków, leków i innych wyniszczających używek.
Medycyna „chirurgiczno-farmakologiczno-terapeutyczna” (CFT), czyli ta, którą znamy i której doświadczamy, odnosi się do homemopatii z rezerwą, delikatnie określiwszy. Pisze się i powiada, że homeopaci rozcieńczają „normalne” leki oraz stosują zioła i „magiczne” substancje niczym szamani, a wszystko to po to, by chorzejące organizmy skłonić do samoleczenia.
Przeciw krytykom homeopatii można wytoczyć armaty strzelające z innych niż „zachodnia” kultur: może rozmaite praktyki „znachorów” afrykańskich, chińskich, południowo-azjatyckich czy amazońskich nie mają się nijak do tego, co wykłada się naszym studentom w akademiach, ale ich skuteczność trudno podważyć (pomijając oczywiste zabobony i egzorcyzmy).
Moje zdanie w tej sprawie jest następujące. Medycyna CFT wychodzi z założenia, że dyplomowany lekarz wie o leczeniu lepiej niż sam organizm wołający pomocy. Zaś „homeopatyzujący znachorzy” zakładają, że organizm sobie poradzi, tylko że atakująca słabość przekroczyła punkt krytyczny, powodując paniczne „rozproszenie i bezład” sił obronnych organizmu, czyli jego immunologii.
Homeopatia – jak ją rozumiem (możliwe że błądzę), jest sposobem na zasygnalizowanie rozproszonym i „zdezorientowanym” siłom immunologicznym i całemu organizmowi, co się dzieje. Na polach bitew od zawsze ważną rolę pełnili sygnaliści, którzy jednym „hasłem trąbkowym” albo świstem gwizdka informowali „swoich” o tym, co się dzieje i co trzeba robić. I wtedy, mimo rozproszenia i chaosu, „swoi” zaczynają postępować w sposób jednorodny i zorganizowany, „na komendę”: nie trąbka i nie gwizdek im sił dodaje, tylko – dostawszy trąbkowo-gwizdkową informację i sygnał do prawidłowego działania – stają się znów zorganizowani.
Dowódca samodzielny umie dotrzeć do swojego wojska w największym ferworze bitwy, operując gwizdkami, trąbkami, umówionymi sygnałami. Dowódca niesamodzielny – szybko wzywa dodatkowe moce, bo nie umie sobie poradzić inaczej. Tym się homeopatia różni od medycyny CFT, czym różni się dowódca samodzielny od dowódcy wzywającego na pomoc lotnictwo czy artylerię: niewątpliwe wezwane siły pomogą brutalną inwazję w toczący się bój – ale straty własne też nagle urosną.
Chorzejący organizm, jeśli „podstymulować” mu jego własne siły, powinien dać sobie radę. A CFT – tylko w sytuacjach ostatecznych, które czynią organizm „ubezwłasnowolnionym”. Taka terapia nie jest błyskawiczna – za to podwójnie skuteczna.
Wdałem się w te wyjaśnienia, bo chcę być dobrze rozumiany w dalszej części notki. Otóż sądzę, że aby wyprowadzić Państwo, Gospodarkę i Samorząd z zapadni, w jaką popadły, nie trzeba angażować ani specjalistów CFT (w rodzaju Balcerowicza czy Sachsa), nie trzeba też rozmaitych technik inwazyjnych w rodzaju „terapii szokowej”. Organizm społeczny sam wie dobrze, czego mu trzeba (patrz: „Samorządna Rzeczpospolita”), wystarczą tylko kompetentne podszepty i „packa na muchy”, na szkodniki. Nie należy robić niczego „zamiast” społeczeństwa, tylko trzeba społeczeństwo dopingować do własnej twórczości społecznej i gospodarczej.
Fachowcy najwyższej próby, którzy doradzają Grekom, Włochom czy Hiszpanom – są jak lotnictwo czy artyleria: leczą skutecznie, przez dokonanie spustoszeń w leczonym organizmie. Cóż to za pomoc, której wynikiem jest stałe podporządkowanie tego co rodzime temu co reprezentują „wybawcy”? Najmniejszym kosztem takiej terapii będzie „lekomania”, czyli bieganie z każdym „bólem głowy” do „apteki” z gotowymi rozwiązaniami. A na tych rozwiązaniach – w odróżnieni id rzeczywistych aptek – nie znajdziemy ostrzeżenia o możliwych uzależnieniach, albo że nieprawidłowe zastosowanie może spowodować szkody większe niż korzyści. Wiemy coś o tym, podobnie jak kilka innych gospodarek „leczonych” przez Sachsa, Balcerowicza, Rutkowskiego i innych „pilnych studentów” Banku Światowego, Światowej Organizacji Handlu, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, liderów regionalnych.
Mowa zresztą nie tylko o gospodarce, ale o wszystkim innym, co społeczne, kulturowe, psychomentalne. Ileż dramatów polskich przeżyliśmy wmawiając sobie, że jesteśmy Europejczykami w takim samym stopniu jak Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy!?! Że tylko kilkupokoleniowa „okupacja sowiecka” broniła nam żyć w demokratycznej chwale i pluskać się w dobrodziejstwach postępu cywilizacyjnego !?!
Powiedzmy sobie: Galia, Italia, Hellada, Germania, Skandia, Iberia i nasza Slavia – to tradycje kulturowo-cywilizacyjne równorzędne sobie co do znaczenia i równie wspaniałe, ale to nie znaczy, że wszystkie są w równym stopniu europejskie, nie oznacza też, że to co europejskie – jest ponad wszystko!
Dlatego wolałbym, aby europejska „apteka” była w niektórych sprawach i w niektórych miejscach stosowana homeopatycznie: aby doradztwo ograniczono do doradztwa, a inwestycje zagraniczne ograniczyły się do stymulowania rodzimej przedsiębiorczości, nie zastępując jej, nie wypierając. Aby rozmaite rozwiązania ustrojowe i społeczne nie były przenoszone wprost i dosłownie na nasz grunt, tylko trąbkami i gwizdkami sygnalizowały nam, którędy droga.
Od ponad 20 lat jesteśmy na silnym „głodzie”: uzależniliśmy się (zostaliśmy uzależnieni”) od rozwiązań, które nie do końca pojmowaliśmy, a teraz jesteśmy zmuszeni, niczym gospodarcze wraki, coraz częściej przechodzić „kurację metadonową”. Nie pomogą zielonowyspowe zaklęcia i kreatywna buchalteria, na którą przyzwalają europejscy „doktorowie”, widząc, w jakim jesteśmy stanie.
To, że sami o sobie mówimy „zachód”, nie zmienia twardego i surowego, a zarazem oczywistego faktu: nie jesteśmy „zachodni”, choć Zachodem oswojeni – owszem. Wisła to nie Sekwana, Ren czy Tamiza. Dunaj z Łabą odgradzają nas od europejskich trzewi tak samo jak Pireneje odgradzają Iberię, Mur Hadriana odgradza Szkocję, Skagerrak z Kattegatem i Sundem odgradzają Skandię: w stopniu wystarczającym do tego, byśmy – przekraczając je wpław czy inaczej – rozumieli, że jesteśmy „w gościach”. I że wszystko, co „tam” podpatrzymy – aplikować „u siebie” ostrożnie. I nie udawać, że wszystko co za Bugiem, Niemnem i Dniestrem – to sowiecko-podobna barbaria.
Nie będąc „w sercu Europy” – nie spodziewajmy się, że miliardy oczekiwane przez nas „stamtąd” są europejskim wyrazem wdzięczności za Solidarność, cud nad Wisłą, wiktorię Wiedeńską, czy ofiarę Pobożnego na Psim Polu. Najprawdopodobniej jest to „prowizja” dla polskich rządów za otwarcie tej części kontynentu dla gospodarczej ekspansji Europy. Oczywiście, „prowizja” to nie „łapówka”, ale każdy rząd, który dostaje co kilka lat wielkie miliardy na uzupełnienie budżetu – może czuć ulgę, że uciekł spod gilotyny. Niech przy okazji apologetycy „terapii szokowej” zauważą, że nikt nigdy nie rozważał jakiejkolwiek poważnej „fuchy europejskiej” dla Balcerowicza, zresztą, dla żadnego z geniuszy polskiej ekonomii „stosowanej”…!
Taka jest dziś – proszę Szanownych – istota naszej „europejskości”.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)