/wszelkie podobieństwa i skojarzenia są niezamierzone, naprawdę/
Sądząc po realiach, w przyszłym parlamencie (najprawdopodobniej po przyspieszonych wyborach) „zasiądzie” sześć ugrupowań: PiS, PO, SLD, RP, PSL, SP. Nie wykluczam, że dwa największe z nich do czasu wyborów ulegną „rozmnażaniu przez pączkowanie”. Wrócimy więc do sytuacji z początków naszej hurra-demokracji, kiedy w Parlamencie miał swoją reprezentację każdy kto chciał, nawet piwosze.
Gry i zabawy polskich kamaryl kosztem Kraju i Ludności (ale też kosztem Państwa) przypominają mi sytuację w Rosji sprzed 18-10 lat. Był to czas, kiedy rozbudowana do granic wytrzymałości administracja gospodarcza została „odpuszczona” przez strukturę partyjną (wyłączona z programowej dyscypliny wobec uchwał partyjnych), co spowodowało, że rozmaite spryciule zaczęły przejmować całe departamenty (np. całe pod-branże, albo miasteczka, ze szkołami, przedszkolami, parkami, domami wczasowymi, zasobami mieszkaniowymi, fabryczkami i warsztatami, siecią zaopatrzenia i zbytu, terenami rolnymi albo zielonymi, akwenami, sklepami, itd., itp.). Z dnia na dzień powstawały fortuny („jerunda” oddawana była ludziom szarym, bez rozliczeń, a w rzeczywisty zarząd brano realny majątek i potencjał), które tym razem zostały skomasowane w formie „grup przemysłowo-finansowych” . Każda z nich założyła sobie własny bank, co ostatecznie uniezależniło ją od scentralizowanego zarządu państwowego nad gospodarką. Ośrodki władzy komunalnej stały się zakładnikami opisanych grup.
W tekście „Bo z Chodorkowskim to jest tak” (TUTAJ) przywołałem takie dane:
Z dnia na dzień powstały Grupy Przemysłowo-Finansowe, pełniące rolę holdingów albo korporacji kontrolowanych subtelnie przez System (patrz: tutaj, albo tutaj). Wikipedia rosyjska podaje na rok 2006 listę poniższą (nie jest ona pełna):
- Альфа-Групп
- Базовый элемент
- Скоростной флот
- Интеррос
- Росстрой
- Нафта-Москва
- Ренова
- Северсталь-групп
- Система (группа)
- Газпром
Ale w latach 1996-2002 było tak (celowo pozostawiam oryginalny język):
- Менатеп/ЮКОС. Lider — Михаил Ходорковский. Obszar — нефтедобыча и нефтепереработка, минеральные удобрения, информационные технологии, банковская деятельность.
- Lider — Вагит Алекперов. Obszar — нефтедобыча и нефтепереработка, транспорт.
- Интеррос. Liderzy — Владимир Потанин, Михаил Прохоров. Obszar — цветная металлургия.
- Евразхолдинг. Obszar — чёрная металлургия.
- Альфа-групп. Obszar — нефтяная промышленность.
- Логоваз/Сибнефть. Liderzy — Борис Березовский, Роман Абрамович. Obszar — телевидение, автомобилестроение, нефтяная промышленность.
W Polsce tylko A. Gudzowaty zdołał na poważniejszą skalę wykręcić podobny numer (i mu to wyszło). Fortuny powstawały tu raczej poprzez sformalizowaną „prywatyzację”, poprzez zagospodarowywanie nisz specjalnych, poprzez mega-oszustwa. I tu, i tam najlepszymi menedżerami „frontowymi” albo „szarymi eminencjami” czy „cichymi wspólnikami” byli funkcjonariusze, urzędnicy i politycy oraz watażkowie objęci „kryszą” rozbisurmanionych służb specjalnych. W Rosji cały ten proces uruchomił nieostrożnie Jelcyn, w Polsce – chyba świadomie – Balcerowicz (ew. jego mocodawcy z „cienia”).
W Rosji połowa Dumy i najważniejszych instytucji w kraju jest przedmiotem „obrotu rynkowego”. Myślę, że w Polsce też. Nawet jeśli w Polsce trudno jest wyodrębnić „grupy przemysłowo-finansowe”.
I tak mógłbym długo opowiadać o podobieństwie tego, co najbardziej soczyste w gospodarkach Rosji, Polski, Ukrainy. Białoruś czy kraje Azji Centralnej uniknęły tego procesu kosztem olbrzymiego „deficytu demokracji”. Zresztą: słowo „demokracja” jest na wschód od Wisły kojarzone ze słowem „nierazbiericha” (róbta co chceta), kojarzy się z „urynkowieniem” za czasów Gajdara czy Czubajsa, Balcerowicza czy Kuczmy, czyli ze zwykłym rabunkiem rodzynków ze wspólnego dorobku. Putin, ustanowiwszy 6 regionów administracyjno-gospodarczych kontrolowanych przez ludzi nawykłych do bezwzględnej dyscypliny – zatrzymał jelcynowską „nierazbierichę” w Rosji, za co jest chwalony, i dopiero ostatnio traci na powadze zachowując się niczym Berlusconi (tak, tak, żerowanie na wspólnym dorobku i zblazowane pajacowanie nie jest wyłączną domeną Słowian!).
Ostudziwszy – mam nadzieję – nasze poczucie europejskości, wracam do wróżenia z polskich kart politycznych. Na tym polu też trzeba zacząć od refleksji: czym innym jest głosowanie na podłożoną wyborcom listę, a czym innym „redagowanie” tej listy. Nie ma co się oszukiwać: w Polsce jest kilkadziesiąt silnych środowisk, czerpiących swoją moc albo z kont bankowych (własnych i cudzych), albo z wielkiej własności majątku rozmaitego, albo z wiedzy sekretnej o sprawach i ludziach, albo z Ducha wspartego co niedziela, albo z „rządu dusz” sprawowanego za pomocą mediów, albo z integrującego „odrębnego klimatu kulturowego”. Bez odpowiedzialności za dosłowność wymienię takie środowiska jak wykształciuchy (inteligencja liberalno-lewicowa), menedżerowie świata spółdzielczego, liderzy związków zawodowych, dziennikarze i ich „stajnie”, ludowcy, aparatczycy „samorządowi”, menedżerowie „skarbowi” (nomenklatura gospodarcza), bankowcy-ubezpieczeniowcy-finansjerzy, mega-biznesowcy prywatni i „izbowi”, duchowni pod patronatem hierarchów, lobbyści rozmaitego autoramentu (najczęściej niejasnego). Dość rzetelną literaturą źródłową są w tej sprawie tysiące tomów akt zalegających „wymiar sprawiedliwości” (bo tam zanotowano ludzkie skargi i doniesienia), a sam ten wymiar też jest specyficznym multi-środowiskiem, podobnie jak armia i policja.
To w takich miejscach kształtowane są i „wyważane” listy wyborcze. Na konkretnej liście w konkretnym obwodzie wyborczym znajdą się ludzie, którzy są „przełożeniem” między interesami lokalno-środowiskowymi a zintegrowanym interesem politycznym reprezentowanym przez ugrupowania polityczne. Nie po raz pierwszy sygnalizuję, że jedynie PSL nie potrzebuje takich przełożeń, bo to jest jedyna partia „podręcznikowa”, której reprezentanci pochodzą wprost z konkretnych środowisk i nie muszą się z nimi układać.
Właśnie, „układać”. Trzeba być choć raz obecnym w pomieszczeniu, gdzie rozmawia się na kilka miesięcy przed jakimikolwiek wyborami. Wtedy ponad głośnymi mowami i cichymi szeptami wiszą rozmaite interesy i interesiątka. Jeśli ktoś w sali (w niej 5 albo 50 osób) znajduje sposób na splecenie kilkunastu interesiątek w jeden zgrabny pakiet – zaczynają go słuchać z uwagą. Rozważą, co ma do powiedzenia. Upewnią się co do niuansów, czyli co do własnych osobistych nadziei. I oto mamy gotowego pretendenta. Jeśli skupi na sobie uwagę przez kilka(naście) takich spotkań – zostanie wpisany na listę na tzw. „biorącym” miejscu, albo ma prawo obsadzenia tego miejsca kimś, kogo wskaże.
I wyglądałoby to nawet całkiem demokratycznie, gdyby nie „stara gwardia”, która już przedtem „wygrywała wybory” i stanowi swoisty korpus „ustępujący”. Tylko nieliczni z nich są przypadkowi, więc jeśli chcą powtórzyć „sukces wyborczy”, przyjmują pozycję pokorną. Pozostali wiedzą, że się spisali w mijającej kadencji, załatwili ile mogli i komu zdołali, więc ewentualni pretendenci muszą mieć jakieś nadzwyczajne argumenty, by ich „przebić”. Zwłaszcza, że „starogwardziści” zadbali o swoją „medialność”, będąc zawsze „między ludźmi”, kiedy coś fajnego się działo, kiedy miały miejsce ceremoniały i celebracje. Na koniec ostatecznym „redaktorem tej konkretnej listy jest „namiestnik”, ktoś kto w tym towarzystwie pełni taką samą rolę, jaką pełni od zawsze środowiskowy szafarz dóbr, wartości i możliwości, niepisany władca losów tych osób zebranych i ich spraw, jakie chcą załatwić.
Jeśli więc oglądamy kolejne odsłony „balu przebierańców”, dzień-w-dzień raportowanego nam przez media (same przecież tam pląsające) – to warto rozumieć, iż podkład ideologiczny, moralny, humanitarny, społeczny tych wszystkich walców, tang, polonezów, poleczek, krakowiaków, kujawiaków, oberków, mazurów, prysiudów, kolęd i innych zaśpiewów z figurami – to balowa mimikra, to zaś, co „w rzeczy samej” zebrało tych ludzi w amfiteatrze – to obowiązki ustalone już wcześniej, kiedy „układano” interesy i interesiątka, przed wyborami.
Tu przerwę, lecz róg trzymam…



Komentarze
Pokaż komentarze (3)