Jan Herman Jan Herman
678
BLOG

Używki – czyli o „-reksjach” i „-holizmach” oraz „-maniach”

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 3

 

 

No, to zabiorę głos, choć ze mną jest tak, że „na głodzie” bywam wyłącznie, jeśli nie mam kartki i ołówka, by zanotować to, co mi właśnie wpadło do głowy. Należę do nielicznej grupy osób, które w życiu nie widziały na oczy żadnego narkotyku (w każdym razie nic o tym nie wiem), wszelki opar (odór) palonego tytoniu działa na mnie drażniąco, zaś widok alkoholu nie powoduje u mnie ślinotoku. Mimo to mam swoje prywatne uzależnienia, jak dotąd legalne.

A zabiorę głos, bo biją pianę starannie unikając istoty (tak jak ją widzę). Widać w tym czystą grę z użyciem tabu „dewiacji”, żadnej treści moralnej czy misji społecznej, nie mówiąc o jakiejkolwiek próbie zrozumienia przedmiotu.

Większość używek – poza tymi chemikaliami, których boom zaczął się w XIX wieku – zaczęło swoją karierę jako medykamenty leczące cierpienia fizyczne i duszę, albo jako specjały stosowane do celów mistyczno-religijnych. Czymże jest – zawierający seskwiterpeny – arabski lubbān, żydowski ketoret, grecka thymiana, łacińskie incensum, czyli po prostukadzidło? Ma wszak i dzisiaj szerokie zastosowanie w wielu kulturach i religiach całego świata.

Używką nazywam wszystko, co spożywa (wchłania) człowiek bardziej dla doznań i funkcji innych niż karmienie, odżywianie.

Do używek zalicza się takie dobra konsumpcyjne (czyli coś, za co konsument gotów jest zapłacić gotówką, towarem, pracą, zniewoleniem), które wcale lub słabo ODŻYWIAJĄ organizm, za to spełniają wobec organizmu rolę „polityczną”: pobudzają go chwilowo, uzależniają, czynią człowieka nieco innym niż on jest w rzeczywistości  (a w żartach powiada się, że pokazują go prawdziwym). Słowniki wymieniają pośród używek kawę, herbatę, tytoń, alkohol, sacharozę, narkotyki, energetyzatory i izotoniki, afrodyzjaki, środki dopingujące, antydepresanty, składniki tzw. dopalaczy i wiele innych substancji roślinnych oraz chemicznych (steroidy-anaboliki, morfina, LSD). Bywa, że grupuje się je następująco: stymulanty, depresanty, psychodeliki i odrębnie konopie indyjskie.

Używkami – dla mnie to oczywiste – są, nie mające działań toksycznych, wszelkie przyprawy, szczególnie korzenne, dla których wywoływano wojny, podejmowano kosztowne przedsięwzięcia i dopuszczano się zbrodni. W dalekiej przeszłości niektóre rośliny, które obecnie stosujemy jako przyprawy, były stosowane przez znachorów, czarowników i kapłanów. Służyły jako leki, afrodyzjaki, święte oleje, kadzidła itp. Szczególną używką jest też cała perfumeria (patrz: muskon-piżmo i podobne składniki), której jedynym zadaniem jest nadawanie różnym obiektom (zwykle ciału człowieka) przyjemnego i długo utrzymującego się zapachu. A co z afrodyzjakami (począwszy od lubczyków czy żeń-szenia, skończywszy na chemicznej johimbinie i na koniec viagrze)?

Terapeutyczna rola używek jest następująca: dają chwilową, czasem wręcz spektakularną poprawę samopoczucia (ew. wydolności psycho-motorycznej), przy czym czasem ważniejsza jest chwila „tuż przed” użyciem niż samo użycie, albo łagodzą-niweczą ból zmysłowy czy psychiczny. Kiedy owa chwila ulgi minie – działają różnie, niekiedy są przyczyną jeszcze głębszego dyskomfortu niż „przed”.

Toksyczność używek zależy od stopnia aktywności zawartych w nich substancji roślinnych czy chemicznych, ale też od dawki i od częstości spożywania: tu pojawia się problem uzależnienia, który dotyczy tylko części z nas, i to nie identycznie: jedni uzależniają się od tego, inni od tamtego. Ja na przykład bezrozumnie uwielbiam malachitowy w kolorze napój TARCHUN (łac.  Artemisia dracunculus, pol. Bylica draganek), pochodzący z Kaukazu (oryginalny, nie ten rozlewany w połowie Rosji): dzięki ci, dziewiętnastowieczny aptekarzu Mitrofanie Łagidze, za te moje wszystkie chwile z tarchunem.

Społeczna rola używek jest różna: zależy od kultury (np. kuchni, mody, obyczaju), ale też od stopnia ich legalności. Nawet totalny abstynent nie wyobraża sobie wesela bez wódeczki, nawet krańcowy antynikotynista idzie z kolegami na „przerwę na papierosa”. Inaczej skazuje się na autobanicję. W azjatyckiej strefie równikowej żuje się pasjami betel, zachwalając jego zbawienne działania, ale pomijając szkody, jakie może wyrządzić. W Ameryce Południowej (szczególnie na południe od Amazonii) rytuały domowe związane z chimarrão (pajarito, caá mati,yerba mate) są tak oczywiste jak u nas podejmowanie gości kawą-herbatą.

Wyróżnia się cztery podstawowe grupy fizjologicznych i/lub psychicznych uzależnień od-używkowych: lekomania, narkomania, alkoholizm i nikotynizm. Dodam swoisty fetyszyzm przyprawowy, perfumeryjny, afrodyzjakowy). Jest to lista dalece niepełna, jeśli zważyć, że każda relacja z zawodów ciężarowych to festiwal „wąchania” czegoś, co podsuwają trenerzy tuż przed bojem, a wiele innych działań „nie może” obyć się bez jakichś rytuałów, w tym spożywczych. Powiada się – nie umiem w to uwierzyć – że najpopularniejszy na świecie napój czy potrawy fast-foodowe są „podrasowane” czymś, co skłania do powrotu. Może to tylko sama magia napoju i potrawy?

Główne objawy uzależnienia, występujące przy prawie każdym jego typie to (cytuję Pedię):

·        Zachowanie szybko staje się nawykowe.

·        Jest częste, regularne i stereotypowe.

·        Zabiera znaczną część czasu.

·        Jest przyczyną problemów zdrowotnych, finansowych, zawodowych, małżeńskich i innych.

·        Ma charakter kompulsywny.

·        Trudno go zaprzestać trwale i całkowicie.

·        Związane jest z powracającym wewnętrznym przymusem do niego.

·        Zespół abstynencyjny po odstawieniu substancji lub zaprzestaniu kontaktu z daną sytuacją.

 

Uzależnienia są również często przyczyną zachowań o charakterze kryminogennym, np. z powodu nadużycia alkoholu popełniono w Polsce na sto takich zanotowanych przypadków 77 zabójstw, 58 umyślnych podpaleń, 79 pobić i zranień i aż 82 przestępstwa o podłożu seksualnym.

Jakoś nie widzę pośród argumentów, że problemem nie są konkretne – wybrane okazyjnie – używki, tylko uzależnienie jako problem osobisty i społeczny.

 

*             *             *

A oto naga obłuda.

Tytoń i alkohol oraz leki – to ten rodzaj używek, w dodatku silnie toksycznych, który niemal każde państwo popiera w taki sposób, że uzupełnia swój budżet ponadnormalnymi stawkami podatkowymi i akcyzowymi, możliwymi tylko w warunkach uzależnienia (nieuzależniony konsument natychmiast przestałby kupować „wyroby akcyzowe”, mając świadomość, że ktoś go skubie „na wydrę”). Niektóre z państw część tak zdartych z ludności środków przeznacza na „walkę z uzależnieniem” oraz na rozmaite zbożne cele, w wyniku czego nieodwracalnie staje się niewyobrażalny kraj bez tych używek.

W tym całym zamieszaniu na temat konopii, jakie wzniecają „palikoty”, a potęgują ich adwersarze, niewątpliwie nie chodzi o jakieś wyższe dobro społeczne. Dużo lepsza byłaby kampania na rzecz dyskretnej diagnozy wszystkich na okoliczność skłonności uzależnieniowych – i roztoczenie opieki psychoterapeutycznej nad uzależnionymi. Warto też rozważyć – to dotyczy każdego osobnika indywidualnie, choć niektórzy „uśredniają” – tak zwaną „fatalną dawkę progową”: jeśli użyje się mniej, rzadziej – to doznaje się błogosławieństw (morfina, spirytus), jeśli używa się bez opamiętania – sprawia się kłopoty sobie i otoczeniu.

Najbardziej ogólnie myślę sobie, że bio-używki wymyśliła przyroda, aby owad i inne zwierzę, które odwiedza „narkotykową” roślinkę i przysłuży się jej roznosząc nasiona i planty – powrócił i powtórzył swoją „służbę dystrybucyjną”. Zaś używki chemiczne wymyślił sobie sam człowiek, zrazu przypadkowo, a potem już celowo, bo jest głupi i chciwy.

Natychmiast poproszę o obywatelstwo głowę tego państwa, które zrezygnuje z akcyzy na najbardziej popularne używki, jednocześnie ich nie zakazując, za to przymusowo lecząc nieletnich, a dorosłym w dniu urodzin progowych podsuwając deklarację, że rezygnują z ulgowego leczenia publicznego, bo wybrali toksyczne nałogi. Korzyści – wielorakie. 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka