Zgodnie z umową zawartą w obecności Ducha Świętego, Teodor przyrzekł Panu, że podczas czasowego pobytu na Ziemi będzie się doskonalił, w zamian miał otrzymać dobre miejsce na trwającym wieczność weselu, jakie Niebo zorganizuje po Millenium. Toteż 56 lat temu Pan odesłał go od siebie na trzecią planetę Układu Słonecznego, by umowa stała się ciałem.
Z wychowania Teodor został warszawiakiem. Takim jak z piosenek Grzesiuka: nie masz cwaniaka nad niego, albo „chodź, panna, na Kamienne Schodki, dzisiaj jest wielki bal u ciotki”, albo „ej-lu, Maniusiu, tango cicho-sza”.
Doroślał Teodor jak każdy warszawiak, niezbyt się przejmując zawartą niegdyś umową. Łapał życie jak umiał, ale kto z nas jest doskonały i wszystko umie? Czasem to nie on łapał życie, tylko ono jego. Raz na wesoło, raz na smutno, czasem strasznie, czasem biednie. Ostatecznie wyszło na to, że nie był Teodor dobrym kandydatem ani na urzędnika, ani na ministra, ani na artystę scen teatralnych, ani nawet na dyrektora, chociaż życie chłonął i doświadczał go niczym Himilsbach. Nos miał nieco odkształcony, nie do końca wiadomo, czy w wyniku walk bokserskich (bo lubił trenować), czy w wyniku potyczek ulicznych.
Do polityki nie miał Teodor głowy, wolał psioczyć jak inni na różne niedogodności życia codziennego. Trochę uwagi poświęcał żonie, córkom i wnuczętom, ale chyba niezbyt dużo, skoro skończyło się rozwodem.
Napotkał Teodor dnia któregoś misjonarzy Jezusa Chrystusa, którzy przypomnieli mu, nienachalnie, o zawartej kiedyś umowie. Zaczął bywać na nabożeństwach. Przyglądał się swojej szansie na lepsze życie tutejsze, a potem w zaświatach. I wtedy stało się.
Stało się, podczas burzliwej gromadnej biesiady, że jeden z jej uczestników przestał żyć. Teodor trafił za kraty jako podejrzany. Po dwóch latach wyszedł, okazało się niewątpliwym, że był niewinny, a areszt był niesłuszny. Ten czas po wyjściu starał się jakoś wykorzystać. Powrócił do nabożeństw, ochrzcił się w tym kościele, skąd byli misjonarze, został uznany za godnego, by być kapłanem. Życie jednak nie dawało mu oddechu: pracy ani-ani, mieszkanie nie opłacone, administracja każe się wynosić. Z drugiej strony świat i półświatek oferują swoistą „rekompensatę za odsiadkę”: używaj, Teodor, na pohybel wszystkiemu! I Teodor używał. Pojawiał się na nabożeństwach, ale też pojawiał się tam, gdzie nie powinien był.
Wreszcie na jego koncie pojawiło się spore odszkodowanie za niesłuszny areszt. Szansa od życia. Niestety, chyba już za późno.
Teodor nie umarł w okolicznościach, które możnaby uznać za „normalne”. Żadna śmierć zresztą nie jest normalna. Tu jednak okazało się, że ci, co w ostatnich dniach byli jego znajomymi, twierdzą iż Todek wyrzucił swój telefon, bo go drażniły próby skontaktowania się. Pieniądze z konta też zniknęły…
Można powiedzieć, że Teodor niezbyt pilnie przykładał się do umowy zawartej z Panem, niezbyt właściwie też zmagał się z codziennością. Nie wszystkich kochał tak, jak należało, ale i sam niewiele dostawał od innych. Kto tam zresztą wie, co komu siedzi w duszy… Ale można też powiedzieć, że nie dostał zbyt wielu szans na życie dobre. No, i można, ba, trzeba powiedzieć, że teraz „tam” Teodor podejmuje najważniejsze swoje decyzje, choć już wiele spraw porzuconych na Ziemi pozostanie nieodwracalnie niezałatwionych…
Kto może i chce – pomoże Todkowi odnaleźć się „tam”.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)