Roman Malinowski, ludowiec, polityk dużej klasy, mentor umiejący schować „ja”, by nie przeszkadzać rozmówcy – kiedy jeszcze mi dowierzał, oceniał moje refleksje społeczne jako zgorzkniałe, a moje projekty – skierowane ku „korzeniom” społeczno-kulturowym – uważał za bliższe wyrębowi lasu niż budownictwu. Jednym słowem, gdybym go prosił o rekomendację – byłaby ona „mocno wyważona”.
Dziś Szanowni przekonają się, że przy Marszałku (tak go się słusznie tytułuje) jest racja co do mojej osoby.
Tożsamość – tę swoistą, swojszczyźnianą linię papilarną Człowieka – uważa się za przymiot budujący. Jej brak – za poważny niedostatek w obcowaniu z innymi: innymi ludźmi, innymi gatunkami, z Naturą, z Uniwersum, ze sprawami różnymi.
Zarzucać Europie niecnotę beztożsamości – świństwem jest zwykłym – krzykną od Peloponezu po Spitzbergen, od Luzytanii po Laponię, od Atlantyku po Ural, od Islandii po Krym. Połowa z tych krzyczących z europejskością spotkała się co najwyżej poprzez podręcznik geografii, ale co tam…
Europejskość zakotwiczono w pojęciach Demokracji, Rynku i Wolności wszelakich. Prawe łoża europejskości to Hellada, Roma i Pasja. No, i tu mamy problem.
- Helleńska formuła wieloróżności (samorządnych rozmaitości) została sprofanowana przez Filipa II, ten bowiem zdołał helleński dyskurs zastąpić archi-tyranią, a ostatecznie dobita przez ucznia Arystotelesa, największego greckiego herosa, który kilka chwil zaledwie łaskawie panował, po czym zabrał elitę zbrojnych ku Orientowi i kompletował swoje CV złożone z „doświadczenia na wysokich funkcjach monarszych”, aż zmarł, inaczej zdołałby z Hellady uczynić „terror z wyboru” (jak mawiał jego nauczyciel). Cudem ocalała od rzeczywistych rządów Aleksandra, Hellada długo jeszcze dopieszczała linię Akademii i linię Liceum, aż padła pod naporem swoich spadkobierców z Półwyspu Apenińskiego;
- Etruska demokracja samoistna (ludowa?), kiedy już „przegryzła” się w jednym odstojniku z Lacjum, konsekwentnie swoją Rhizomię (pluralistyczną spontaniczność, bezładność, żywiołowość) przeistaczała we Fraktalię (struktury, procedury, przepisy, ceremoniał). Wraz z monumentalnymi zdobyczami „infrastrukturalnej techniki użytkowej” (akwedukty, drogi, areny) Imperium rozsiewało po kontynencie swoje osiągnięcia legislacyjne, oparte na prostym kanonie: każdy ma prawo do wszystkiego, na co mu zezwoli, co mu przyzna Dominus. Wokół tego nagromadzono nawis paragrafów, opatrzony zastrzeżeniem „dura lex sed lex”;
- Chrześcijaństwo, wyrosłe na odrzuceniu faryzeuszowskiej monachomachii i zawierzeniu Nosicielowi Pleromy, mające na sumieniu kres dysputy teologicznej (pluralizmu wierzeń i wyznań) – ostatecznie zostało „godnym” spadkobiercą tego wymiaru Imperium Romanum, które określa się jako „cezaryzm”, a jeśli takie mega-przedsięwzięcia papieskie jak ekspedycje krzyżowe, inkwizycję, krwawe misje „nawróceniowe” przydające papiestwu potęgi uznać za chwilowe ni niepożądane zwyrodnienia – to czymże byłby dziś Sancta Sedes, gdyby nie owe „przypadki”? Całkiem możliwe, że zbiorem cichych bractw samarytańskich (jezuici, benedyktyni, dominikanie, franciszkanie, salezjanie, kameduli, cystersi), powiązanych jakimś „Opus Dei”;
- Konkurencyjnym dla Chrześcijaństwa spadkobiercą Imperium okazała się Germania, której polityczno-kulturowe JA oparło się na podstępie Arminiusa wobec Rzymian, tym zaś ubyły w ten sposób trzy legiony i zapędy kolonizacyjne poza Limes. Ostatecznie Germanie – sami przesiąknięci formułą federacyjną – wypracowali polityczny model zwany Rzeszą, do złudzenia przypominający achajsko-helleńskie rozwiązania sprzed Filipa i Aleksandra. Z samego Imperium zaprzychodowali sobie „nakładkę ustrojową” w postaci „garnizonii” i ćwiczyli ją przez wieki na różne sposoby, na przykład poprzez napoleonię czy hitleryzm. Kiedy zaś mimo wszystko w Europie brały górę racje „deliberacyjne” – wypluła ona z siebie „najświetniejszą demokrację wszechczasów”, od zarania po dziś stojącą pod znakiem przemocy, terroru, arogancji, niepohamowania, imperializmu, „dymiącej lufy”;
Się niech zatem Europa zdecyduje. Czy jej helleńske wzorce to Sokrates, Platon, Arystoteles – czy jednak Aleksander Macedoński. Czy jej rzymski spadek główny to cezaryjskie „rządy prawa” – a może raczej budowa infrastrukturalnego dobra wspólnego. Czy Chrześcijaństwo to pleromalna kuźnia „tablic mojżeszowych” – czy raczej monachomachia adaptowana do scenariuszy mega-politycznych – mega-gospodarczych. Czy Demokracja to rządy ludu – a może raczej rządy hybrydy, której przez jej „wielorękość” nie sposób „złapać za rękę”. Czy Rynek to tygiel różnorodności i wciąż odnawialnych równych szans – czy jednak „Lebensraum” dla poczynań „Großraumkartell”. Czy swoboda rozwoju duchowego, myśli, wypowiedzi i inicjatywy publicznej ma rozkwitać bez „słusznych” ingerencji w prawa człowieka, obywatela i jego wspólnot – czy lepiej niech stoi pod strażą jakiejś XXI-wiecznej Inkwizycji, dbającej o poprawność wszystkiego i wszystkich.
Od dawna Twierdzę, że Europa jest bankrutem (podobnie jak Ameryka i Rosja), tylko jeszcze „zarząd” nie dopełnił obowiązku zgłoszenia upadłości. Po prostu nie wytrzymuje napięć wskazanych powyżej, chciałaby paradować w tiulach pięknoduchostwa, ale spod nich wyłazi kanciasty rynsztunek „niezbędnego ładu i porządku”.
Ileż jest sposobów na to, by wszystko co się w Europie pisze Dużymi Literami, przedrzeźnić jakimś Inicjałem, nie dającym się odczytać, zanim oko nie wprawi się do pomykania między zawijasami ozdobników! Może Europa już sama się taki Inicjałem jawi światu…?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)