Miałem wczoraj dobrą rozmowę. Przyczynkiem do niej był film, którego nie oglądałem, traktujący o „charakterze” Państwa Islamskiego i o sytuacji chrześcijan pod jego rządami.
Oczywiście, „nie przerobiwszy lektury”, nie rozmawiałem o treści filmu, ale o jego przesłaniu. Widząc egzaltację rozmówczyni spowodowaną cierpieniami chrześcijan doznawanymi od muzułmanów, pozwoliłem sobie na akapit jak poniżej.
Rozmówczyni mieszka w zamkniętym osiedlu wysokościowców, na 11 piętrze. Niech pani spróbuje – powiadam – stanąć na balkonie i obserwować życie ludzi pojawiających się w granicach blokowiska. Jestem pewien, że na 1000 zdań opisu – połowa będzie zawierać sformułowania opisujące przemarsze ludzi z jednego miejsca do drugiego. Ktokolwiek za sto lat to przeczyta, stwierdzi naukowo, że ludzie na osiedlu zajmują się przede wszystkim chodzeniem po tym osiedlu. A przecież ci ludzie mieszkają, rozmawiają, wychodzą w swoich sprawach poza osiedle – nic o tym nie wie obserwator z balkony, nawet jeśli ma dogodną pozycję na 11 piętrze z widokiem na wszystkie trawniki, ławeczki i alejki. Jednym słowem, kamera filmowców widziała to, co mogła dostrzec z „balkonu”, który zajęła. Przekazała widzom „dokument” o prześladowaniu chrześcijan przez muzułmanów, ale gdyby ustawiona była kilkaset lat wcześniej na zachodzie Europy – mogłaby równie wiarygodnie przekazać opis podobnych, a nawet okrutniejszych prześladowań chrześcijan przez zgraję inkwizytorów. Wymowa filmu zależy więc od tego, na którym balkonie ustawi się kamerę. Nazywam to „filmem dokumentalnym, ale z TEZĄ”.
W ten sposób zamknąwszy swojej rozmówczyni drogę do nakręcania się w potępianiu islamu jako takiego – musiałem zmierzyć się z jej troską o to, że ludzie z ludźmi dogadać się nie umieją, tak są wzajemnie na siebie źli bez powodu. Znaczy: zawsze powód znajdą, ale suma tych powodów – to właściwie brak powodu.
Teraz już byliśmy w moim ogródku. Człowiek – nawet bardzo aktywny w przestrzeni publicznej – musi dbać przede wszystkim o pielęgnowanie w sobie cnót. Wyłożyłem jak umiałem kilka wątków związanych z cnotą i z relacjami międzyludzkimi. Tu przedstawię dwa wątki.
Pierwszy wątek to kwestia „daru”. Od czasu słynnego sporu między Jacquesem Derrida a Jeanem-Lukiem Marionem (w Polsce opisała go np. Urszula Idziak w swoim doktoracie) – pojęcie „daru” objaśnia się jako bezinteresowne i bezwarunkowe uzupełnienie komuś braku (niedostatku, luki, pustki), jeśli ten ktoś jest w takiej potrzebie. Akt darowania – jeśli jest w tej właśnie konwencji – traktowany jest jak oczywistość, jak przełknięcie śliny czy mrugnięcie powiekami: nie wiąże się ani z oczekiwaniem „wdzięczności” (ja ci pomogę dziś, ty mi pomożesz kiedyś), ani z uzależnieniem obdarowanego (darowałeś mi życie, jestem do twojej dyspozycji), zaś sam obdarowany nie wywołuje w sobie – przyjąwszy dar – zobowiązania, nie organizuje cząstki swojego życia dla „rozliczenia się” przed darczyńcą, i nie oznacza to niewdzięczności, tylko potraktowanie daru tak samo jak strumienia, który dostarcza wodę i nic za to nie chce, jak cienia, który daje drzewo albo załom skalny. Jeśli uczestniczymy w akcie daru i nie dostrzegamy jego automatycznej oczywistości – to prędzej czy później dar stanie się narzędziem politycznym.
Drugi wątek to kwestia wyboru człowieka spośród ludzi. Nawykliśmy wybory traktować jak kampanię bitewną, w której ostatecznie „elektorat” opowiada się za którąś z racji, mniejszą lub żadną wagę przywiązując do konkretnych nazwisk na listach. To nie są wybory, tylko głosowania. Rzeczywisty wybór rozpoczyna się od tego, że we wspólnocie pojawia się pomnożona potrzeba podobna u wielu. Ja czegoś potrzebuję, ty też, on też, i tamten podobnie. Na przykład dokonać orki wiosennej. Możemy każdy w pojedynkę zabrać się do tego, a możemy znaleźć traktorzystę, który raz-dwa zaorze wszystkie nasze pola. Zaczynamy wyłaniać kandydatów: co oczywiste, kandydatami będą wyłącznie ci, którzy umieją jeździć traktorem i używać pługa wieloskibowego. Jeśli jest takich kilku – to obok tej podstawowej umiejętności zaczynamy badać inne wyróżniki: doświadczenie, pracowitość, rzetelność, ludzkie słabości, to czy go rzeczywiście dobrze znamy, warunki na jakich się zgodzi pracować. Ostatecznie kogoś obieramy, powierzając mu zadanie i uzależniając jego zatrudnienie od tego, jak na bieżąco pracuje.
* * *
Jeśli doskonalimy w sobie cnotę daru, cnotę umiejętności wyboru – i kilkadziesiąt innych cnót – to tym samym odsuwamy od siebie nawet możliwość wejścia w spór, a co dopiero w spór pryncypialny.
Wszelkie spory biorą się stąd, że zamiast zaczynać sprawy od ich sedna (dar – bo ktoś ma „lukę”, wybór – bo jest „uwspólniona potrzeba”) – zaczynamy od drugiej strony, czyli od określenia „wyniku” i tym wynikiem operujemy w debacie. Dla tych dwóch przykładów wyglądałoby to następująco:
- Szukam osób, które mógłbym obdarować, bo bardzo chce obdarowywać;
- Jestem traktorzystą i szukam rolników, którzy mi powierzą zaorani ich pól;
W takich przypadkach osoba „potencjalnie darująca” już wie, że będzie obdarowywać, szuka zatem tylko kogoś w potrzebie i niejako „wmusza” w nią swój dar (no, bo dar „musi się dokonać, spełnić”), zaś osoba mająca potencjał wykonawczy szuka grupy zainteresowanych, która tę akurat osobę „wybierze”. Sprawy są postawione na głowie i wtedy konfliktu o cokolwiek nie trzeba szukać daleko.
Bo pojawiają się sztucznie wywołane deficyty.
Jeden deficyt – to dysponenci pewni swojego potencjału poszukujący ludzi i miejsc oraz form, wobec których ten potencjał „ma być” użyty: muszę komuś coś darować, muszę komuś wykonać usługę. Jak ich nie ma – to sam wykreuję, bo ja jestem przecież darczyńcą.
Drugi deficyt – to ubieganie się potrzebujących o łaskawość konkretnych darczyńców i konkretnych usługodawców: nieważna jest potrzeba (wymagająca daru), nieważna jest „potrzeba uwspólniona” (wymagająca usługi). Wybór? Dobra, zorganizujmy wybory, w których wygram.
* * *
Na pytanie „czy się idzie dogadać i kiedy” odpowiadam: tak, ale tylko wtedy, kiedy sprawy postawione zostaną na nogach, a nie na głowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)