5 obserwujących
48 notek
15k odsłon
  1295   3

"Madame" - najlepsza książka o PRL-u

Czasem wracam do lektury "Madame" Antoniego Libery, aby uodpornić się przeciwko "tęsknocie za PRL-em", gdzie spędziłem najgorsze lata mojego życia i najlepsze lata mojej młodości...

Peerel to podobno kraj, który stworzyliśmy na obraz i podobieństwo swoje, w tym kraju mieliśmy okupację rosyjską bez Rosjan i antysemityzm bez Żydów, (tak chyba pisała kiedyś "Wyborcza"), ale to fakt, że w tym kraju kompetencje były obciążeniem, a krętactwo drogą do awansu. Jeżeli ktoś tego nie odkrył w porę to miał "kapelusz pełen deszczu"... Żadnego z tych stwierdzeń nie znajdziecie w książce Antoniego Libery pt. "Madame".

Najpierw były wątpliwości... Po co mi to! Tak naprawdę, to trudno mi było zacząć... zacząć czytać "Madame". Najpierw przekartkowałem i pomyślałem, że wspomnienia nastolatka kiedyś może sobie "zaliczę", jak nie będę miał nic innego do roboty, jak będzie bardzo padać... Książkę wziąłem do mojego wiejskiego domku i tam ją porzuciłem na jakiś czas. Jesienią pojechałem na wieś pozbierać liście, ale zaczęło padać, czego zresztą można się było spodziewać. Szwecja, październik, zimno. Usiłowałem napalić w kominku, ale dymiło. Zaniechałem więc daremnych wysiłków, kaszląc od dymu i szczękając z zimna zębami wczołgałem się pod kołdrę. Było nudno i chłodno. Popatrzyłem rozpaczliwie wokoło i zobaczyłam na półce porzuconą Madame. Zaciągnąłem więc Madame do łóżka i... zaczęło się.

Najpierw wszystko rozwija się bez większych sensacji, czytelnik nie ma większych oczekiwań. W moim wypadku chodziło raczej o okolicę. Wychowałem się na warszawskim Żoliborzu, więc chodziłem za autorem uliczkami, które starałem się rozpoznać, podobnie jak szkołę nr 1, którą mało chwalebnie ukończyłem w latach 60-tych mając rekord szkolny w ilości opuszczonych dni bez usprawiedliwienia. Karykaturalnie przeintelektualizowany bohater "Madame" na pewno nie chciałby być moim kolegą. On uciekał w inną stronę... Czy to ta sama szkoła? Żadnej pięknej Madame jednak nigdy tam nie widziałem.

Dyrektorką była mała stalinistka, o której mówiono, że w 53 roku po śmierci wielkiego językoznawcy witała wchodzących do szkoły nauczycieli kroplami "inozjemcowa", aby zapobiec ewentualnym omdleniom po usłyszeniu tak przygnębiającej wiadomości... Na pewno nie był to nikt w stylu Madame. Wicedyrektor Radecki natomiast to typowy reprezentant "dawnych dobrych czasów" – przed wojną był dyrektorem Liceum Kołłątaja, tu oczekiwał spokojnie na emeryturę mało przejmując się otoczeniem. Potem dowiedziałem się od autora, że nie chodziło mu o jakąś konkretną szkołę, a ta książkowa była zlepkiem wrażeń wyniesionych z trzech szkół żoliborskich, w tym też w pewnym stopniu jedynki. W jedynce zresztą łaciny i historii uczyła Jego mama...

Cóż, przyznam się, że czytałem tę książkę, sprowadzając wszystko do siebie i własnych wspomnień z okresu minionego, przypominałem sobie własne próby opisania tamtych lat, zrozumienia fenomenu peerelu i snułem refleksje, że to dzięki takim publikacjom jak ta Libery "ocalimy coś od zapomnienia". Ach, jak to brzmi patetycznie, co? Co tu zresztą cholera ocalać? PRL? Może lepiej dać sobie z tym spokój, po prostu zapomnieć.

Są takie momenty, kiedy zaczyna mnie ogarniać przerażenie. Udaję, że nie wiem, o co chodzi, ale ta myśl dokucza jak nieznośny komar, trudno ją odegnać. Gdzieś w podświadomości bowiem rodzi się podejrzenie, że PRL wymyśliliśmy sobie po to, aby mieć alibi, aby usprawiedliwić się przed samym sobą z tego, jacy naprawdę jesteśmy. Tylko na to nas było stać. Czy PRL jest dla Polaków naszym współczesnym dantejskim piekłem, naszym zbiorowym obowiązkiem, intelektualnym wymiarem, w którym cierpieliśmy - bo tak chcieliśmy, do którego przywykliśmy? Te myśli odżyły, kiedy czytałem książkę Libery i właściwie w tym momencie powinienem ją rzucić w kąt! "Przyzwyczajenie uśmierza ból..."

Mimo wszystko ucieczka z tego piekła była możliwa. Bohater "Madame" ucieka w świat złudzeń, mitów, marzeń, a także pozornej racjonalności działania, wiedzy, która w sumie niczego nie jest w stanie wytłumaczyć i w tamtej sytuacji jest tylko zbędnym obciążeniem, przeszkodą w osiągnięciu sukcesu. Ucieka także Madame, trochę bardziej dosłownie. Po latach spotykają się gdzieś w jakimś odrealnionym wymiarze – taki niby happy end – z prezentem od Madame w postaci pióra Mont Blanc, (tu nic nie jest przypadkowe – mówi Libera), którym bohater-narrator dopisze zakończenie, albo zacznie nowy rozdział życia.

Ciekawe, że ta książka nie kończy się na ostatniej stronie. Wylewa się jakby poza ramy, ma swój dalszy ciąg wokół nas, a może w nas samych, we mnie, w tobie, w natrętnych myślach podczas bezsennych nocy. Wiele znaków tajemnych rozszyfrujemy później, jutro, za rok, nigdy...

Zastanawiałem się, że warto może napisać recenzję dla mojej własnej gazety, którą wydawałem w Szwecji, ale potem się zreflektowałem, że książka została nagrodzona dość dawno i, że to musztarda i tak dalej. Chyba, żeby ją Szwedzi wydali? W końcu wydali i kupiłem ją dla moich dzieci. Czy zrozumieją? Moje szwedzkie dzieci, Szwedzi? 

Lubię to! Skomentuj32 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura