"Zapewnia kontynuację polskiej polityki zagranicznej", powiedział Bronisław Geremek, przekazując w 2000 roku tekę ministra spraw zagranicznych Władysławowi Bartoszewskiemu.
Niespodziewanie owa "kontynuacja" objawiła się symbolicznie sześć lat później, gdy obaj panowie podpisali się pod listem dezawuującym polską politykę zagraniczną, listem następnie rozesłanym do zagranicznych, głównie niemieckich, mediów. Nie wiem, czy Bartoszewski do końca zdawał sobie sprawę pod czym się podpisuje. Wiem, że pozostali sygnatariusze listu doskonale wiedzieli, gdyż list ów był dla nich tylko początkiem trwającej do chwili obecnej akcji podkopywania zaufania do polskich władz u zagranicznych partnerów. Czy polityk, dla którego nadrzędnym dobrem jest racja stanu Rzeczpospolitej, a której niezbędnym elementem jest lojalność względem jej demokratycznie wybranych władz, powinien donosić obcym przywódcom na owe władze? Raczej nie.
Władysław Bartoszewski, ze swoimi niezliczonymi zasługami, życiorysem obfitującym w dramatyczne i patriotyczne wybory uznawany jest w Polsce (i nie tylko) za autorytet. Jakakolwiek krytyka jego osoby, choćby nawet uzasadniona natychmiast zostaje zagłuszona wrzaskiem oburzenia. I nikt nawet nie próbuje się zastanawiać, czy aby w tej krytyce nie ma źdźbła prawdy.
Bartoszewski, uznawany za polskiego patriotę, był ministrem w rządzie SLD, kierowanym przez agenta komunistycznych służb specjalnych. Czy rzeczywiście nie wpadł na to, że gabinet postkomunistów to nie jest najlepsze miejsce dla "autorytetu moralnego"? Z jakich powodów podjął się pracy w rządzie z ludźmi o prowieniencji gangsterów i sowieckich wtyczek, jak Jaskiernia, Miller, Blida czy Kaczmarek? Czy jego niedawne połajanki kierowane pod adresem Kaczorów, z powodu ich kompromitującej koalicji z Lepperem i Giertychem, nie są przykładem hipokryzji?
Środowiska niepodległościowe, które w Polsce skupiły się głównie po prawej stronie, pamiętają mu do dziś to, jak wiele robił by spowolnić proces przystąpienia Polski do NATO, jak co chwila jeździł do Moskwy by na kolanach przepraszać, że Polacy przejawiają w ogóle chęć integracji z Sojuszem Północnoatlantyckim. To właśnie ze strony środowiska dla którego Bartoszewski jest autorytetem, płynęły pełne oburzenia apele, by minister wstał z kolan i przestał przepraszać Rosjan za to, że Polska istnieje. W 1995 r. ukazywały się artykuły w tym tonie na łamach m.in. Gazety Polskiej i Tygodnika Solidarność.
Wreszcie, trzeba podnieść, że Bartoszewskiego prawdopodobnie poniosła fala uwielbienia i wazeliniarstwa jakie go naokoło otacza. Uwierzył, że jest autorytetem, że może zrobić i powiedzieć wszystko, i że wszystko mu zostanie zapomniane. I gdy na przykład Waldemar Łysiak ośmielił się wytknąć mu antypaństwową w istocie postawę w związku z listem ministrów spraw zagranicznych przeciwko polskim władzom, ten w odpowiedzi, kłamiąc, zwyzywał Łysiaka od pezetpeerowskich aparatczyków na łamach Gazety Wyborczej. Przecież autorytet może wszystko, a nawet jeśli nie może to i tak nikt się nie dowie, że kłamał, bo jego kłamstwo (dzięki uprzejmości mediów) zostanie powtórzone setki tysięcy razy, a riposta oszkalowanego dotrze zaledwie do garstki prawicowych patriotów. Tych, dla których Bartoszewski, ofiara obu totalitaryzmów, był kiedyś autorytetem moralnym...



Komentarze
Pokaż komentarze (27)