"Gdzie ten Układ?" - wołają w kierunku Kaczorów medialni demiurdzy i zadowolona opozycja. "Pokażcie choć jeden dowód na jego istnienie!"- wzywają pewni siebie Stasińscy, Czechowie, Tuski, Olejniczaki i Kwaśniewskie. Kaczorowe giermki oczywiście nie potrafią owego układu czytelnie dla ludu zlokalizować. Zresztą i tak nikt nie czeka na odpowiedź. Bo istnienie lub nieistnienie czegoś w Polsce jest kwestią nie obserwacji empirycznych, a orientacji partyjnej obserwującego...
Ale wróćmy do ad remu. To znaczy do dowiedzenia istnienia układu. Należy zacząć przede wszystkim od kwestii podstawowej: wszyscy przeciwnicy Kaczorów nagle stali się prawnymi purytanami i dla wykazania istnienia Układu wymagają konkretnych procesowych dowodów. Dowodów prokuratorskich i sądowych, a w zasadzie tylko sądowych, bo prokuratora wiadomo po co jest i komu służy. A zatem przychodzi do studia czy redakcji jakaś PiSowska sierota i tłumaczy, że Układ istnieje, a pytany o przykład (dowód) najczęściej ostatnio wskazuje Kaczmarka i Krauzego. I wtedy Tomaszek Lis lub inny satyryk wali jak obuchem: a gdzie zarzuty, gdzie akty oskarżenia, gdzie wyroki!? I jest po sprawie: Układu nie ma.
Taka dyskusja o układzie jest oczywiście błędna ex definitione. Układ bowiem nie jest kategorią prawną ani procesową tylko polityczną. Tak, układ nie zajmuje się, co zresztą PiSowcy próbują mówić, mordowaniem, gwałceniem i rabowaniem. Układ to stan (także świadomości) elit biznesowych i politycznych, w którym ośrodek decyzyjny, którym powinien być Suweren, przesunięty jest do sfery nieformalnych powiązań polityczno-biznesowych (czasem agenturalnych). Czy efektem tych powiązań są przestępstwa, jest rzeczą w istocie drugorzędną.
Bardzo łatwo jest, zamiast głębiej zastanowić się nad owym przesunięciem, wyśmiać Kaczorów, z powodu ich obsesji na punkcie "spisków" i "układów", gdy nie ma konkretnych prawnokarnych śladów ich istnienia. Znacznie trudniej jest zmusić przeciętnego wykształciucha to refleksji szerszej niż procesowa, mianowicie politycznej, państwowej, a czasem nawet cywilizacyjnej. Układ bowiem, jeśli istnieje, godzi w cywilizacyjny fundament naszych czasów: demokrację.
Czy polska demokracja normalnie funkcjonuje, czy nieformalne i nieprzejrzyste powiązania nie istnieją? Być może istnieją, odpowie przeciętny wykształciuch za Michnikiem, ale brak jest dowodów. Otóż nie - dowody są.
Biznesmen w postkomunistycznym kraju, który zmonopolizował usługi informatyczne dla tego państwa, zatrudnia u siebie kilkunastu byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, w tym urzędników jednostek państwowych odpowiedzialnych za informatyzację tych jednostek.
Większość jego nielicznych kolegów, najbogatszych ludzi w Polsce, to agenci komunistycznych służb lub osoby w inny sposób z tymi służbami związane. Niemal wszyscy oni swoje fortuny zdobyli prawie wyłącznie na kontraktach z państwem.
I jest wysoki urzędnik państwowy, który wyczekuje niczym petent na korytarzu hotelowym, przed gabinetem owego biznesmena - monopolisty. Wysoki urzędnik państwowy waruje pod drzwiami biznesmena. Albo inny urzędnik na grillu u szefowej największej firmy medialnej, ustala jak będzie brzmiało prawo, od którego zależeć będą możliwości ekspansji tej firmy na wartym miliardy złotych rynku.
Media, a za nimi zadowolone wykształciuchy, nawet jeśli przyznają, że te fakty nie są przypadkowe, to i tak krzyczą, że to jeszcze nic strasznego, że to żadne dowody, że nie ma przestępstwa. Ale tu nie o refleksję prawną chodzi, tylko o polityczną: czy chcemy aby minister jednego z najważniejszych resortów w państwie, od którego zależą olbrzymie wydatki tego państwa, warował jak kundel pod gabinetem biznesmena, który z tych wydatków ma korzyści?
To jest właśnie Układ.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)