Zanosi się na to, że runie ostatni bastion tradycyjnej seksualności w kinie. Polityka dosięgła nawet samego Bonda. Jamesa Bonda. Posłuchajmy odtwórcy roli agenta 007, Daniela Craiga: "być może, Bond po raz pierwszy w swojej historii zainteresuje się... mężczyzną".
Polityka w masowej kulturze jest obecna niemal od zawsze. Polityczna poprawność w kinie panoszy się od niedawna. Polit-gejowska poprawność zaledwie od kilknastu lat. Początek temu nurtowi nachalnej polityki gejowskiej w filmie, jedocześnie początek procesowi nadwątlania heteroseksualnego etosu w zachodniej kulturze, dał chyba film "Filadelfia", gdzie młody obiecujący adwokat - homoseksualista musi walczyć o swoją godność w łonie zmaskulinizowanej, szowinistycznej korporacji. Oczywiście ten etos był już naruszany wcześniej, np. w latach 80-tych przez Almodovara, ale dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku "Kulturkampf" pederastów przybrał formę systematycznej, dobrze zorganizowanej kampanii politycznej. Po prawnikach przyszedł czas na inny przyczułek maskulinizmu: księża. I tak pojawił się sławny film "Ksiądz", w którym klecha cierpi nie z powodu swej homoseksualnej orientacji, ale z powodu powołania, które nie pozwala mu na realizowanie pożądania seksualnego. W międzyczasie pedałami byli politycy, biznesmeni, dziennikarze, artyści, policjanci, a nawet... wampiry. Homoseksualizm stał się jednym z głównych tematów dyskusji parahistorycznych na okoliczność pokazania ( w filmie "Aleksander"), że i największy wojownik wszech czasów, Aleksander Macedoński był pederastą. Zapewne dzięki postępowym skłonnościom Aleksandra Macedońskiego, część postępowych środowisk dowiedziała się w ogóle, że istniało coś takiego jak Persja czy bitwa pod Cheroneą.
I kiedy wydawało się, że są jednak pewne nieprzekraczalne estetyczne (bo przecież nie moralne) granice ubierania gejów w przeróżne "typowo męskie" kostiumy, ktoś wpadł na pomysł by gejami zostali także kowboje. I tak dostaliśmy "Tajemnicę Brokeback Mountain". Kowboj przestał mieć twarz Clinta Eastwooda. Kowboj został gejem.
Ale jest jeden koleś, który przez te wszystkie lata walczył z tym "Kulturkampfem", facet z jajami, który, tak jak wyskakiwał z pędzącego samolotu, nie naruszając sobie nawet idealnej symetrii muszki i smokingu, tak pozostawał wytrwale na ostatniej reducie etosu tzw. prawdziwego mężczyzny - szarmanckiego, silnego a przede wszystkim do szpiku kości heteroseksualnego. Ten koleś to James Bond - ostatni z ostatnich.
I jego nam odbiorą.
Ps.: A Aleksander Macedoński miał konia o imieniu Bucefał, którego tak chołubił, że postawił mu pomnik i pałac. Nie wiem czy Bucefał też był gejem, ale Aleksander Wielki, gdyby mógł, to zapewne kazałby zrobić film o swym koniu. Jednakże nie mógł, bo wtedy nie było jeszcze politycznej poprawności...



Komentarze
Pokaż komentarze (14)