I jeśli jest coś czego dziś powinniśmy życzyć Polsce, to właśnie przywódców, którzy ten marszałkowski imperatyw mają trwale wszczepiony.
"Idźcie swoją drogą, służąc jedynie Polsce, miłując tylko Polskę i nienawidząc tych, co służą obcym..."
Te proste słowa wskazują o co tak naprawdę chodziło Piłsudskiemu. Należy wyjść od pierwszego i ostatecznego założenia: służymy wyłącznie Polsce. Wszystko inne jest wtórne, a w gruncie rzeczy niepotrzebne. Jeśli bowiem będziemy mieć na względzie dobro Polski, to nawet błędy popełnione w jej imieniu będą nam przez "Boga i historię" ergo sumienie, wybaczone. Założenie to, jak wspomniałem, wydaje się szalenie proste, wręcz w dzisiejszej rzeczywistości bagatelne. A jednak, pośród tysięcy haseł, konstrukcji retorycznych odwołujących się do interesu narodowego, politycznego, gospodarczego nie pada ta sentencja podstawowa. Dlaczego? Kryterium Piłsudskiego to kryterium sumienia, podczas gdy język współczesnej nowomowy politycznej odwołuje się do konstrukcji dalece płytszych: uczciwości, rzetelności, fachowości, czy - szalenie modnej ostatnio, a stanowiącej pusty slogan - "umowy społecznej". Uczciwość, rzetelność, fachowość, przestrzeganie "umowy społecznej" to w gruncie rzeczy wartości wtórne, odwołujące się do relacji horyzontalnych ze współplemieńcami. A takie wartości mogą być zawsze zrelatywizowane, albowiem z nieuczciwości i nierzetelności mogą nas rozgrzeszyć rodacy, z którymi wiąże nas przecież tylko "umowa społeczna". Współcześni polscy politycy, aspirujący do roli p.o. marszałka, unikają kryterium sumienia, wybierają "umowę społeczną" o uczciwym rządzeniu. Z umowy rozliczy nas jedynie obywatel, ze swoim sumieniem zaś staniemy przed Polską jako imperatywem, któremu boimy się, albo nie chcemy sprostać.
Od osiemnastu lat obserwujemy ten konflikt między ludźmi sumienia i ludźmi"umowy społecznej". Środowisko, które wprowadziło do naszego języka ten ostatni termin, jednocześnie odrzuca piłsudczykowskie kryterium polskości, kryterium polskości kłóci się z ich kryterium "umowy". Oczywiście jest to dla większości polityków "umowy" rozdźwięk intelektualnie nieuchwytywalny, ale wyrażają go w sposób absolutnie spontaniczny, a więc szczery. I tak na przykład przyszły p.o. Marszałka pisze na początku lat 90tych, że Polska to dla niego "brzemię, którego nie ma specjalnej ochoty dźwigać". Oczywiście Donald Tusk, który te słowa wypowiedział, nie stwarza wokół "brzemienia polskości" jakiejś kompleksowej ideologii - brakuje mu na to inteligencji i odwagi, jak większości politykom. Na początku lat 90-tych w dobrym tonie było dystansowanie się od polskości w jej wymiarze ideologicznym (zagrożenie "nacjonalizmem") jak i politycznym ("warcholstwo"). Słowa przyszłego premiera nie były więc żadną świadomą antypolską tyradą - były zwykłym konformizmem bezideowca. Dziś takich słów nikt by nie wypowiedział. Już nie musi, bo słowa straciły swoją wagę. Dlatego nikogo nie zdziwi Schetyna, Tusk czy nawet Kwaśniewski śpiewający z przejęciem 11 listopada "Boże coś Polskę".
Rodzi się tedy pytanie o naszą polskość, o to ile w nas zostało Marszałka. Naród, który wybiera przywódców posługując się kryterium wstydu jaki dany polityk mu zrobi bądź nie zrobi na zewnątrz, został przekonany, że Polska nie musi być w polityce wartością sumienia, a polskość raczej przeszkadza niż pomaga w rządzeniu, jest niepotrzebną naleciałością. Tak jak sumienie, które przeszkadza w poprawnym wywiązywaniu się z "umowy społecznej". Im szybciej odkryjemy w sobie, jako zbiorowości, że podążamy w kierunku w istocie sprzecznym ze słowami Marszałka, tym lepiej dla Polski. 11 listopada stanowi najlepszą okazję, by odkryć zapomniany imperatyw polskości.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)