Musimy pożegnać się z marzeniem o utrzymywaniu przez Polskę równego dystansu politycznego do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Zapowiedzi polityków Platformy nie pozostawiają wątpliwości także co do tego, że Polska nie będzie Wielką Brytanią Europy wschodniej. Przyjmiemy znów rolę "nieposażnej panny" wykonującej pokornie wszystkie, nawet najbardziej głupie dyrektywy cwaniaków z Brukseli, którzy emocjonalnym szantażem będą wymuszać na nas spolegliwość.
Trzy największe mocarstwa europejskie zmieniają dziś orientację w polityce międzynarodowej. Do Wielkiej Brytanii, tradycyjnie bliskiej USA, dołączają na naszych oczach Niemcy i Francja. Władze tych dwóch ostatnich krajów zrozumiały, że polityka zagraniczna jest umiejętną grą balansowania między jednym biegunem politycznym a drugim. Francja, dotychczas niemal tradycyjnie antyamerykańska, zwraca się ku Stanom, a Sarkozy expresis verbis przekazuje światu, iż właśnie w równym dystansie między Europą a USA widzi powodzenie swojej ojczyzny. Podobnie kanclerz Merkel, która odkąd objęła urząd, próbuje zasypywać rowy dzielące RFN od USA, a wykopane przez Schroedera. Taką politykę, na miarę naszych skromnych możliwości, próbowali prowadzić, z lepszym lub gorszym skutkiem, Bliźniacy. I za to byli mocno krytykowani. Nie tylko przez lokalne autorytety w dziedzinie dyplomacji, ale i brukselskich dyplomatów. Do tych ostatnich zaliczam oczywiście takie postacie jak Bronisław Geremek, który od dawna już prezentuje brukselski, a nie warszawski punkt widzenia, ale i osoby takie jak Schultz, d' Estaign czy Poetering. Tylko, że dziś warunki polityczne w Europie nie dyktują lewicowi biurokraci zachłyśnięci ideą Europy jako Anty-Ameryki. Ich jazgot, mimo że wszechobecny i donośny, w rzeczywistości nic nie znaczy, o czym świadczy fakt, że ich macierzyste państwa już dawno zmieniły swój kurs w dyplomacji.
Wydawać by się mogło, że Platforma lepiej niż PiS wyczuwa zmiany tendencji na europejskich salonach, zwłaszcza że sama się tym przechwalała. To politycy tej partii, zarzucali Kaczyńskim anachroniczne podejście do USA i Unii Europejskiej. To Komorowski w czasie szczytu w Portugalii, na którym Kaczyński negocjował (z sukcesem) Joanninę, niespodziewanie ogłosił, że nam ta Joannina nie jest potrzebna. Wreszcie, to Platforma kontestowała sposób negocjacji polsko -amerykańskich w sprawie tarczy antyrakietowej, podkreślając, że Polacy nie stawiają wystarczająco wysokich wymagań Stanom Zjednoczonym. Zwróćmy uwagę na to symptomatyczne zestawienie: twarde warunki stawiane UE są według Platformy nie do zaakceptowania, natomiast ostre negocjacje z Ameryką - jak najbardziej. A zatem, w relacjach z Unią jesteśmy "panną nieposażną", natomiast ze Stanami - "panna" już jest "posażna"..? Słowem, według PO polityka Kaczyńskich była staroświecka i świadczyła o nieumiejętności wpasowania się w dynamiczne procesy polityczne Unii, w obliczu zmieniającej się Europy i konieczności "pogłębiania integracji" z Unią Europejską. Problem w tym, że dla PO tendencje europejskie wyznaczają Schultz, d'Estaign, Poetering i Geremek, a nie Sarkozy, Merkel czy Klaus.
Nie miejmy więc złudzeń: dziś partnerami USA w Europie stają się znowu Francja i Niemcy. Polska na własne życzenie, a w rzeczywistości z powodu krótkowzroczności jej przywódców, z tego grona wypada. Aż dziw bierze, że ludzie nazywający swoich konkurentów "dyplomatołkami" , nie zauważają procesów dziejących się na ich oczach: gdy Francja i Niemcy zwracają się w stronę Ameryki, my zaczynamy podążać w dokładnie odwrotnym kierunku!
Jeszcze Platforma nie rozsiadła się na ministerialnych stolcach a już słyszymy, że należy "zweryfikować, co Kaczyńscy uzyskali w zamian za tarczę" i że owa tarcza to "jeszcze nic pewnego". Abstrahując od faktu, że tego typu słowa to miód na serce kagiebistów z Kremla, politycy Platformy dają wyjątkowy pokaz głupoty i niezrozumienia strategicznego wymiaru instalacji tarczy. Tarcza antyrakietowa sama w sobie bowiem jest dla Polski, kilkanaście lat po odzyskaniu niepodległości, pierwszym gwarantem bezpieczeństwa na dziesiątki lat i to bez względu na sytuację polityczną na świecie. Trudno o bardziej prymitywne i krótkowzroczne myślenie jak to, że my Amerykanom wydzierżawimy kawałek terytorium w zamian za miliardy dolarów. A tak w istocie wygląda argumentacja Platformy na temat tarczy antyrakietowej. Nie zdziwiłbym się gdyby w takiej sytuacji, administracja Busha machnęła ręką i zarzuciła pomysł lokalizacji tarczy w Polsce. Skorzystałby na tym jedynie Kreml i kilka krajów muzułmańskich.
Podobnie wygląda podejście nowego rządu do zagadnienia Karty Praw Podstawowych. Ten, na poły ideologiczny i normatywny pomysł brukselskich lewicowych biurokratów, jest jednym z pierwszych kroków do tworzenia - jak mówią złośliwi - Eurokołchozu, czyli wydzierania parlamentom narodowym kompetencji do stanowienia o prawach i obowiązkach swoich obywateli, tworzenia matrixu normatywnego, w którym każda sfera naszego życia jest skodyfikowana. Świadomy swojej suwerenności rząd, zwłaszcza konserwatywny powinien mieć co do tego dokumentu co najmniej zastrzeżenia. Tymczasem, nowy minister spraw zagranicznych nie zasiadł jeszcze do stołu negocjacyjnego, nie poznał argumentów zwolenników Karty, a już ogłasza że Kartę poprze bez mrugnięcia okiem, psując pozycję jaką do tej pory wypracował w tym dyskursie poprzedni rząd. I to wszystko robi polityk nazywający siebie konserwatywnym liberałem!
Ten ostatni przykład pokazuje, że na dzień dobry zrezygnowało w naszym imieniu z ambitnego projektu Bliźniaków, by Polska stała się w Unii państwem świadomym swojej suwerenności i odrębności, państwem gotowym do jej obrony przed sztucznymi projektami ideologicznymi nie pochodzącymi z woli wyborców tylko powstałymi na brukselskich salonach. Aby tego było mało, postawa Platformy jest w dużej mierze wywołana chęcią całkowitego zakwestionowania polityki Kaczyńskich, a więc służy propagandowym celom wewnętrznym! Dzięki temu, przez najbliższe cztery lata 40 milionowy naród będzie miał w polityce zagranicznej do powiedzenia tyle, na ile pozwoli mu eurodeputowany Schultz.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)