Weźmy na ten przykład posła Niesiołowskiego. W pamiętnym 1992 roku był jednocześnie po dwóch stronach barykady. Brał udział w słynnej naradzie u prezydenta Wałęsy, debatując jak pozbyć się problemu „listy Macierewicza”, by dzień później bronić ostro z trybuny sejmowej zarówno rządu Olszewskiego jak i idei lustracji.
Ktoś powie „schizofrenia”, ktoś inny „hipokryzja”. Tymczasem, Proszę Państwa, to jest zwykła niepewność. Stan, w którym nie podobna przewidzieć następstw aktualnie zachodzących zdarzeń, stan wywołany brakiem dostatecznej wiedzy na temat ilości i jakości argumentów jakimi dysponuje wróg. Tak się bowiem przypadkowo złożyło, że wróg miał teczkę TW „Leopolda”, więc sobowtór „Leopolda” tj. poseł Niesiołowski w pierwszych godzinach musiał czuć niepewność: jaką amunicją dysponuje wróg? Czy ma tylko ślepaki, czy może amunicję ostrą? I czy w związku z tym pozostać zwolennikiem lustracji czy przejść na stronę jej przeciwników, by bronić swojej godności? W tym przypadku wszystko zakończyło się pomyślnie: poseł Niesiołowski mógł wyprzeć się wizyty w Belwederze i pozostać zwolennikiem lustracji, albowiem teczka TW „Leopolda” została doszczętnie zniszczona, o czym informacja dotarła na czas.
Rozterki sobowtóra TW „Leopolda” powróciły gdy powrócił wróg. Sporo się przez ten czas wyjaśniło: jedni kapusie zostali „oczyszczeni” bo donosząc nikomu „nie szkodzili” (jak „Święty”), inni zostali „oczyszczeni” bo ich oficer prowadzący zapewnił ich, że mogą zadeklarować w oświadczeniu lustracyjnym, że ich donoszenie nie było donoszeniem (jak „Olin”), a jeszcze inni dowiedzieli się, że ich teczki zostały zniszczone. Ale wróg powrócił. I powróciła niepewność. Czy zdobył nowe naboje, czy dysponuje jeno ślepakami? I jak się ma zachować prawicowiec, antykomunista: pozostać zwolennikiem „lustracji ale cywilizowanej” czy przejść na stronę SB? Tym razem niepewność dotyka całego Towarzystwa, a nie poszczególnych jego członków, bo lustracja ma być nie wycinkowa, jak za czasów Olszewskiego, ale totalna. Członkowie towarzystwa nie muszą więc zmagać się z ambiwalencją Niesiołowskiego A D 1992 – ambiwalencja dotyka ich en bloc, Towarzystwo dzieli się w swym gronie na zwolenników lustracji i zwolenników esbecji. Zwolennicy lustracji uchwalają lustrację, przeciwnicy ją znowu zatrzymują, tym razem metodami dalece bardziej estetycznymi, bez „liczenia głosów”. Wałęsę, Tuska i Pawlaka zastępują panowie i panie w togach. Niepewność znika, wszystko wraca do normy. Zwolennicy lustracji mogą pozostać zwolennikami lustracji, tak jak w 1992 roku. I tak jak w 1992 roku lustracja nie istnieje, co oczywiście eliminuje czynnik niepewności i pozwala bezpiecznie ją popierać.
Niepewność to uczucie, które dotyka każdego agenta. A stanem, przez nią determinowanym jest zapobiegliwość. Gdy jesteśmy niepewni „na wszelki wypadek” zaprzeczamy. I tak arcykapuś Wielgus, gdy tylko pojawił się zarzut, zaprzeczył, „po trzykroć się zaparł”. Ot, cała istota agenturalnej zapobiegliwości: a nuż mają jeno ślepaki, a nuż teczka spalona. Gdy zaś wróg uderzył pełną teczką, nastąpiła cała sekwencja argumentów: że dokumenty sfałszowane, że nie miałem świadomości, że nikogo nie skrzywdziłem i tak dalej. Wtedy mija stan niepewności, zostaje zgaga.
Jakąż niepewność musiał czuć sobowtór TW „Filozofa”, biskup lubelski, nadworny kapelan salonu, Życiński? Za każdym razem gdy wróg objawiał swoje mroczne oblicze, Filozof, na wszelki wypadek filozofował o bezeceństwie lustracji. Ileż to nieprzespanych nocy, gdy pośród ciemności dudniła ta myśl: "to już teraz, czy jeszcze nie?" Niepewność budziła zapobiegliwość: gdy Isakowicz – Zaleski napisał swoją książkę, w której – nie ujawniając personaliów – ujawnił postawy kilku kapłanów – agentów, Filozof bezbłędnie odkrył wśród nich swojego druha, kolejnego arcyagenta, biskupa Kowalczyka (TW „Henryka”) i w artykule dla Gazety Wyborczej ujawnił jego personalia, czyli zrobił to, czego nie chciał uczynić nawet sam wróg czyli ksiądz Isakowicz – Zaleski. TW „Filozof” okazał się najgorliwszym z lustratorów! Tak się dziwnie złożyło, że w owych dniach kilka gazet przygotowywało artykuły na temat personaliów TW „Filozofa”. „Henryk” zamortyzował „Filozofa” dzięki prolustracyjnej zapobiegliwości tego ostatniego. Patrzcież, co z ludźmi robi niepewność!
Ta zmora autorytetów moralnych, ta nocna mara nauczycieli przyzwoitości, ten koszmar narodowych drogowskazów - niepewność dopadła w 1990 roku samego Adama Michnika, gdy ciekawy zawartości teczek, spenetrował ich zawartość wraz z kilkoma agentami SB. On był pierwszą ofiarą niepewności. Wśród niepewnych byli i tacy, co do swej niepewności się nigdy nie przyznali. Ot, taki Aleksander Kwaśniewski, zarzekał się, że w życiu w żadnych aktach esbeckich się nie babrał. Niestety, ktoś, idealnie podrabiając jego podpis, wdarł się ponoć dwukrotnie do archiwum bezpieki, czyniąc pana prezydenta w oczach narodu jednym z niepewnych. Ta sama niepewność kazała jego poprzednikowi zażądać teczki TW Bolka z gdańskiego archiwum MSW. Teczka wróciła, jak twierdzili archiwiści, mocno odchudzona, a przecież wszystkie donosy TW Bolka miały być sfałszowane. Niepewność rodzi zapobiegliwość.



Komentarze
Pokaż komentarze (33)