Co mają ze sobą wspólnego Karta Praw Podstawowych, Związek Wypędzonych i Okrągły Stół? Wspólnym mianownikiem jest koncepcja prawdy, jako konsensusu społecznego, a nie obiektywnego stanu niezależnego od naszego widzimisię.
Konsekwencją klasycznej, arystotelesowskiej definicji prawdy jest to, że o prawdzie można sobie dyskutować, szukać jej i interpretować, natomiast nie można jej drogą dyskusji ustalać i tworzyć, albowiem jest ona niezależna od naszych wyobrażeń, choćby były one w społeczeństwie powszechne i jednolite. Jest to konsekwencja istotnie utrudniająca robotę przeróżnym ideowym i politycznym hochsztaplerom, dlatego też poszukują oni dróg pozwalających ominąć im Arystotelesa. Z pomocą przychodzą Poper i Habermas, którzy proponują teorie konsensualne, koherencyjne, zwalniające nas z moralnej odpowiedzialności za kłamstwo pod warunkiem, że kłamstwo zostało powszechnie zaakceptowane jako prawda. A zatem Poper i Habermas, tworząc filozoficzny parawan dla kłamstwa oraz dialektyczne instrumentarium dla łgarzy, spadli z nieba nie tylko eurourzędasom, ale także Erice Steinbach, Magdalenie Środzie a nawet Michnikowi i jego przyjacielowi Kiszczakowi.
I tak oto, ku uciesze nie tylko redaktorów Krytyki Politycznej, ale także Gazety Wyborczej, Niemcy coraz głośniej mówią o zadrapaniach jakie pozostały im na twarzy w czasie szamotaniny z eksterminowanym narodem polskim. Opisując oburzenie ofiar, które u oprawcy spowodowały owe zadrapania, lewicowcy piszą tak:
"Ta “historia stosowana”, historia praktyczna, którą w jednym ze swoich tekstów Jerzy Szacki woli nazywać po prostu mitologią, charakteryzuje się obsesyjnym wręcz dążeniem do jednoznaczności: “Tu nie ma miejsca na żadne «z jednej strony... z drugiej strony»: dobro musi być dobrem, a zło złem”. Wszelkie niuanse są traktowane jako próba zamazania prawdy" (Julian Kutyła, Widmo złych Niemców wciąż krąży po Polsce, Krytyka Polityczna)
Zwracam uwagę na wytłuszczony fragment, w którym autor, za Jerzym Szackim, ironizuje na temat "obsesyjnego dążenia do jednoznaczności", gdzie nie ma miejsca na inne punkty widzenia. Problem w tym, że autorowi nie chodzi o inne punkty widzenia na tę samą prawdę historyczną, tylko de facto chodzi tu o zrównoważenie tych punktów widzenia, to znaczy uznanie ich za tak samo odpowiadające prawdzie, innymi słowy o stworzenie potencjalnie nieograniczonej liczby prawd na każdy temat. Nie badamy więc co w istocie jest prawdą - prowadzimy za to akcję propagandową w celu przekonania do swojej racji, jak to czyni Steinbach. A potem już pozostaje wezwać ustami Michnika do porozumienia. Porozumienia o prawdzie.
Jedną z kwestii, które tak bardzo poróżniły dwie wizje polityki zagranicznej ostatnich lat, było podejście do konsensusu o prawdzie. Wzywanie Kaczyńskich do porozumienia z Niemcami i Rosją dotyczyło nie tylko taktyki dyplomatycznej w sprawach politycznych czy gospodarczych, ale również historii. Konsensus o prawdzie zawarł niemal cały cywilizowany świat z Rosją. Kompromis ten sprowadza się do zdania: "Czeczenia jest wewnętrzną sprawą Rosji". Dlatego też, w imię niepisanej umowy, za którą stoją zresztą gigantyczne interesy, nikt z europejskich przywódców nie ośmieli się wytknąć Putinowi holokaustu Czeczenów. A ci, którzy to robią, jak Lech Kaczyński, wzywani są nieustannie do bliżej nie sprecyzowanego porozumienia w stosunkach międzynarodowych.
Zresztą ci, którzy wzywają do paktowania o prawdzie, mają już spore doświadczenie w takich etycznych kompromisach. I tak, przy Okrągłym Stole umówiono się, że prawdą o komuniźmie będzie zarówno prawda jego ofiar, jak i oprawców, dlatego też Monika Olejnik zapraszała do studia z okazji 13 grudnia nie tylko opozycjonistów ale także generała Jaruzelskiego. W myśl zasady, że każdy ma swoją prawdę historyczną. W sensie moralnym to było naplucie w twarz ofiarom Jaruzelskiego, ale w sensie epistemologicznym, z intelektualnego punktu widzenia znacznie ciekawszym, to było praktyczne zastosowanie teorii konsensualności i subiektywizmu prawdy historycznej.
Tak jak Jaruzelski ma swoją prawdę, tak i swoją prawdę mają agenci komunistycznych służb specjalnych. Lustracja nie podoba się ideowym hochsztaplerom, bo jest instytucją opartą na kryterium udokumentowanych faktów, a więc kryterium obiektywnym. Dlatego tak często dochodzi do kuriozalnych wypowiedzi agentów SB, jak ta ostatnia ks. Malińskiego, w której stwiedził on, że oficer SB był największą ofiarą agentury. Maliński poszedł znacznie dalej niż inni agenci i ich obrońcy, którzy zgodnym chórem przekonują jakim to dramatem dla agenta było donoszenie na kolegów. Agent i jego oficer prowadzący też mają prawo do swojej prawdy. Jakżeż im tego prawa mamy odmówić!? Czy wkrótce doczekamy się więc polskiej Eriki Steinbach, proponującej stworzenie Muzeum Skrzywdzonych Agentów SB oraz ich Oficerów Prowadzących?
Przeciwnicy lustracji i rozliczeń z przeszłością dążą nieustannie do jakiegoś porozumienia. Ono niby się odbyło już w 1989 roku, ale bywa często kwestionowane, i co rusz pojawiają się osoby deklarujące, że tego porozumienia przestrzegać nie zamierzają. Zarówno więc umowa okrągłostołowa jak i porozumienie ponad podziałami w kwestii lustracji mają być paktami na temat prawdy historycznej.
Jak się okazuje, także definicja człowieka może być kwestią umowy. Przecież prawo do aborcji zasadza się wyłącznie na tym, że istnieje powszechna zgoda, co do tego, że płód to nie człowiek. Logiczną konsekwencją tego jest zezwolenie na uśmiercanie płodów. W taki sposób zwolennicy aborcji, zarówno z prawej jak i lewej strony, argumentowali na rzecz... "konsensusu społecznego", który poprzez "zaostrzenie ustawy aborcyjnej", ktoś chce naruszyć. Podobny konsensus o istocie człowieczeństwa zawarto w Norymberdze w 1935 roku, ustalając w dekretach tytułowanych od nazwy tego miasta, że człowiek to nie zawsze musi być to samo...
Kulminacją mody na ustalanie prawdy poprzez wolę umawiających się stron, jest Karta Praw Podstawowych. Sygnatariusze tej karty oczywiście nie godzą się expresis verbis na jakieś eksperymenty etyczne, a to czy Karta będzie takowe prowokować, okaże się dopiero gdy zacznie być ona stosowana przez narodowe sądownictwa oraz sądy paneuropejskie. Ale mimo to, da się wyczuć parcie do uzyskania powszechnej zgody na temat wartości. W ten nurt wpisuje się polski rząd, który wysyła sygnały zarówno do Niemiec, całej Unii Europejskiej jak i do Rosji, że chce porozumienia. Czy zatem zapowiedziane przez Tuska przyłączenie się do projektu Muzeum Wypędzonych nie będzie koncesją na rzecz kłamstwa? Czy poprawienie relacji z Rosją będzie oznaczać przyłączenie się do paktu o "Czeczeni jako wewnętrznej sprawie Rosji" i czy bezkrytyczne podpisywanie kolejnych ideologicznych manifestów brukselskich przekształci się w konsensus na temat definicji człowieka? O tym przekonamy się zapewne wcześniej niż sądzimy, a będzie to test na konserwatyzm tego rządu.
Całe zło konsensusu o prawdzie nie polega na tym, że umowa ta zawsze zniekształca rzeczywistość i legitymuje kłamstwo. Bo tak wcale być nie musi. Jest to jednak potencjalny instrument dla zawodowych łgarzy do omijania prawdy i dopuszczania do jej gwałcenia. Potencjalnie więc kłamstwo może być nazwane prawdą. Konsekwencje moralne tego zabiegu widać nie tylko na mównicach parlamentarnych i ekranach telewizyjnych, ale także w gabinetach ginekologicznych i na polach bitew.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)