Postępowcy chcą nie tylko uszczęśliwiać dzieci poprzez wyciąganie ich spod opieki rodziców i przekazywanie państwu, obniżanie wieku dozwolonej inicjacji seksualnej, czy dawanie na wychowanie parom homoseksualnym. Ostatnio wpadli na pomysł by dać dzieciom prawa wyborcze.
Ostatnie wydanie dodatku feministycznego do Gazety Wyborczej, Wysokich Obcasów, promuje kolejną wojującą feministkę, niejaką Sassę Buregren. Ponieważ pani Buregren pochodzi rodem ze Szwecji, gdzie, jak sama z dumą przyznaje, "demokracja działa bardzo dobrze", to walkę o tak oczywiste prawa człowieka, jak przymusowa sterylizacja bezdomnych czy adopcja dzieci przez homoseksualistów ma już za sobą. Postanowiła więc, w przerwach między występami gościnnymi w krajach, które czekają na postęp, takich jak Polska, sięgać po śmielsze postulaty, na przykład prawa dzieci. Prawa do bycia kim chcą, w szczególności feminist(k)ami i homoseksualistami. Aby jednak tę dziejową powinność należycie realizować, muszą dostać prawa wyborcze.
Sylwetkę oraz poglądy rzeczonej białogłowy przedstawia nam regionalne centrum postępowości na Czerskiej w Warszawie, toteż możemy być pewni, że ziarno zasadzone przez tego siewcę niechybnie da obfity plon. Zwłaszcza, że od ostatnich wyborów, kiedy to młodzież przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść sił postępu, teza "im młodszy wyborca, tym lepszy" jest szalenie popularna. Skoro 18-latkowie dali nam taki wspaniały wynik wyborczy, to co powiedzieć na perspektywę czynnego prawa wyborczego 11-latków?! Ale przejdźmy do remu. Już w pierwszych słowach wywiadu z panią Buregren dziennikarka rozwiewa wątpliwości, albowiem z pełną powagą przedstawia Szwedkę jako "autorkę koncepcji praw wyborczych dla dzieci" . I tutaj należy się Czytelnikowi małe wyjaśnienie: gdy Wyborcza przeprowadza proces implementacji nowinek lewicowych w polskim społeczeństwie, nigdy nie robi tego zbyt nachalnie, musi bowiem serią pytań niby falsyfikujących przedstawianą ideę rozwiać wątpliwości Polaków. Nie inaczej jest tym razem:
"Nie obawia się pani, że dzieci oddadzą taki głos, jaki im narzucą dorośli?
A ilu dorosłych z pełną odpowiedzialnością może powiedzieć, że głosując, kieruje się programem danej partii, a nie tym, co usłyszy w mediach czy od znajomych?Często ludzie, interesując się jednym punktem programu danej partii, akceptują cały pakiet. Czyż nie jest to poddawanie się pewnej formie manipulacji? "
Proszę bardzo: jest wątpliwość, jest wyjaśnienie. Żadnego głębszego dopytywania. Pozorny dylemat pani redaktor został świetnie rozwiązany, wszak to dla wszystkich oczywiste, że zmanipulowanie dziecka obietnicą lizaka w zamian za głos wyborczy to to samo co zmanipulowanie dorosłego punktem programu wyborczego, a właściwie to całym pakietem. Dziennikarka już wszystko wie i dalej nie pyta. Przechodzi do analizy dzieła pt. "Mała książeczka o feminiźmie". Autorka kieruje to dzieło do swoich wyborców czyli przedziału wiekowego od 0 do 12 lat. I zwraca w nim uwagę na fundamentalne zagrożenia naszej kultury:
Zaobserwowano, że personel (przedszkola - przyp. menda), rozmawiając z dziewczynkami, mówi cieplejszym tonem, moduluje głos. Natomiast z chłopcami rozmawia się językiem prostym i zwięzłym.
Gdy poszłam kupić skarpetki dla dziecka przyjaciół, usłyszałam pytanie, czy to dziewczynka, czy chłopiec. To irytujące.
Dzieci nie tylko nie miały żadnego wpływu na rzeczywistość, ale też były całkowicie zależne od losu, dorosłych i natury.
Prawda, że straszne? Zwłaszcza ten ostatni cytat świadczy o istocie problemu. Postępowcy chcą mianowicie poprawić naturę przy pomocy polityki. Naturalny rozwój dziecka i skorelowane z nim kompetencje i obowiązki, ma zastąpić wyposażenie prawno-polityczne. Przybywa aktów normatywnych ustanawiających tzw. prawa dzieci: ostatnio Karta Praw Podstawowych chce dać smarkaczom kompetencje do ochrony sądowej ich "godności" oraz prawa do "uwzględniania ich poglądów". Od konieczności respektowania przez dorosłych poglądów dzieci do obowiązku zapewnienia dzieciom faktycznej realizacji tych poglądów przy urnie wyborczej wcale nie jest tak daleko. Szkoda tylko, że ani pani Buregren, ani redaktorki Wysokich Obcasów nie wyjaśniły, czy nowe dziecko-feminista, w zamian za kolejne kompetencje jakie przyzna mu państwo, poniesie pewne ciężary tym przywilejom odpowiadające. Mówię o podatkach, skarbówkach, ZUS-ach, obowiązkowej służbie wojskowej, odpowiedzialności karnej, konieczności utrzymywania rodziny, spłacania kredytów, migrenach, antykoncepcji, obowiązku zabijania karpia na święta, parkowania samochodu w godzinach szczytu i tak dalej i tak dalej.



Komentarze
Pokaż komentarze (39)