W mijającym tygodniu media w bałwochwalczym zapale ogłosiły kolejny krok podjęty przez rząd Tuska na drodze do "normalności". Otóż zapowiedziano w euforii, że prokuratura raz na zawsze zostanie odseparowana od polityki dzięki genialnie prostemu zabiegowi polegającemu na oddzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości od funkcji prokuratora generalnego. Ostatni raz te dwa urzędy były rozdzielone w latach... 1950 - 1989.
Nie, nie będzie nic o "powrocie do PRL-u". Od tego typu argumentów są panowie Lis, Żakowski, Tusk, Niesiołowski, Olejniczak e tutti quanti, którzy jeszcze kilka miesięcy temu w znacznie bardziej błahych okolicznościach, obwieszczali "powrót gomułkowszczyzny" przy pomocy "metod rodem z PRL-u". Po 21 października 2007 roku zastosowanie rozwiązania przypominającego w sensie formalnym instytucje PRL-u, nie jest powrotem do PRL-u, tylko "przywracaniem normalności". Nie będzie więc o "powrocie do PRL-u". Będzie za to o polityce karnej państwa, pozorności działań i hipokryzji obsługiwanej profesjonalnie przez media.
Pomysł prof. Ćwiąkalskiego, by minister sprawiedliwości przestał być prokuratorem generalnym a więc zwierzchnikiem wszystkich prokuratorów w kraju, opisywany jest i komentowany dokładnie tak jak wszystkie inne pomysły rządu Tuska: bez cienia sceptycyzmu i z absolutną pewnością, że jest to idea doskonała (piątkowa GW na pierwszej stronie: "Prokuratura bez polityki" i wszystko jasne). I właśnie dlatego przypominam niesławne dla wymiaru sprawiedliwości lata Polski Ludowej, kiedy funkcjonowała Prokuratoria Generalna nie związana personalnie i formalnie z władzą wykonawczą. Okres ów, mimo tego rozdziału, był chyba najsmutniejszym w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości: "niezależna prokuratura" była nie tylko skrajnie upartyjniona, ale wręcz szerzyła zamordyzm. Prokurator generalny Lucjan Czubiński w 1971 r. współorganizował z polecenia KC PZPR tzw. "Komisję Kruczka", która powstała w celu "wyjaśnienia" masakry stoczniowców w czasie tzw. wydarzeń grudniowych. W rzeczywistości komisja nie miała niczego wyjaśniać, tylko zatuszować winę zbrodniarzy i ich podwładnych. Tak działała wówczas prokuratura formalnie oddzielona od władzy wykonawczej.
Przykład peerelowskiego wymiaru sprawiedliwości niech posłuży jako ilustracja dla tezy, że oddzielenie urzędu ministra i prokuratora nie ma żadnego wpływu na praworządność działania prokuratury. Prezentowanie więc tej idei jako wybawienia dla polskiego wymiaru sprawiedliwości jest zwyczajnym mydleniem ludziom oczu. Co więcej, oddzielenie tych dwu funkcji ma jedną fundamentalną wadę: utrudnia demokratyczną weryfikację polityki karnej władz państwowych. Obawiam się, że to jest głównym celem twórców tego pomysłu. Dopóki umarzane są sprawy oligarchów pozostających w prywatnych relacjach z politykami, w sytuacji gdy polityk jest zwierzchnikiem prokuratorów, smrodek jest na tyle intensywny, że nawet zasłona medialna nie zawsze pomaga. Wystarczy więc formalnie odseparować obie instytucje, a polityczne decyzje będą wydawane jak dotąd, z tym że bez oficjalnego zwierzchnictwa polityków, czyli tych którzy odpowiadają przed ludem za politykę karną. A jak decyzje były wydawane dotąd, wiedzą ci, którzy zadali sobie trud dotarcia do relacji z nieformalnej narady prokuratorów w sprawie zwolnienia Mazura czy okoliczności aresztowania Modrzejewskiego. Nieformalne koneksje mają to do siebie, że funkcjonują bez względu na ramy prawne działań urzędników pozostających w tych więzach, a zatem faktycznie nie musi się nic zmienić w kwestii "śliskich spraw". Prawda, że genialne?
Żeby nie było: menda wcale nie neguje idei oddzielenia obu urzędów w demokratycznym państwie prawa. Problem jednak tkwi w tym, że my żyjemy w nie do końca normalnym państwie, albowiem ściganie przestępstw jest w nim kategorią nie tylko prawną ale i polityczną. W kraju, w którym o istnieniu korupcji na najwyższych szczeblach państwowych wszyscy dowiadują się dopiero wtedy, gdy do redaktora naczelnego największej gazety przychodzi po łapówkę wysłannik rządu i redaktor ów po nieudanych pertraktacjach zezwoli na upublicznienie tej informacji, ściganie korupcji jest problemem politycznym. A skoro tak to powinniśmy polityków co cztery lata z tego rozliczać.
Ja wiem, że pomysł zrzucenia odpowiedzialności za ściganie przestępstw na anonimowych prokuratorów, jest dla polityków niespecjalnie zainteresowanych tym ściganiem, pomysłem bardzo wygodnym. W razie skandalu, jak te z wypuszczeniem Mazura, aresztowaniem Modrzejewskiego czy Kluski, można wszystko zwalić na urzędnika, nad którym nie ma się zwierzchności. Ale wyborcy powinni wymagać, by politycy przez nich wybierani i opłacani raczej zwiększali zakres swej odpowiedzialności, aniżeli go ograniczali. Weryfikowalność działań polityków to niezbędny element demokracji.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)