Owsiak funkcjonuje publicznie ponieważ został ustanowiony powszechnie obowiązującym wzorem cnoty dobroczynności. Czy akcje WOŚP-u są przykładem cnoty w jej klasycznym rozumieniu, czy tylko polityczną ideą zbiórek pieniężnych w celu promowania określonej ideologii?
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie spełnia dwóch podstawowych warunków cnoty: trwałości i bezinteresowności. Cnota w jej tradycyjnym, platońskim (przejętym później przez naukę kościoła) rozumieniu to trwała zdolność do czynienia dobra. WOŚP jest akcją jednorazową, trwającą jeden dzień w roku, zorganizowaną z wielkim rozmachem ale stanowiącą pojedynczy gest organizatorów. Czy na tej podstawie można stwierdzić, że tego typu dobroczynność wynika z trwałej zdolności do czynienia dobra? I kolejne pytanie: ilu z nas zna nazwisko szefa Caritas? Podejrzewam że prawie nikt. Czy przyczyną jego anonimowości nie jest fakt, że jemu chodzi wyłącznie o pomoc bliźnim a nie o coś więcej? I tutaj dochodzimy do elementu bezinteresowności. Jeden dzień WOŚP-u we wszystkich mediach odbywa się kosztem promocji konkretnego człowieka i konkretnej ideologii. W blasku Owsiaka świecą też dyskretnie ustawieni salonowi politycy, ideolodzy i hierarchowie kościelni. A zatem WOŚP, przy całym dobru, które z jej przyczyny się dokonuje, nie spełnia do końca cechy bezinteresowności.
Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja o przygotowaniach Owsiaka i... premiera Tuska do wspólnego finału Wielkiej Orkiestry. To bardzo znamienne, bowiem jeszcze rok temu, gdy premierem był Kaczyński, szefa rządu nie widać było nawet w dniu finału, nie mówiąc o relacjach z przygotowań do niego. Ciepłem Owsiaka grzali się też bardzo często Kwaśniewski i jego małżonka. Jakkolwiek udział tych ostatnich osób można bronić z uwagi na zajmowane przez nie urzędy, to już tego samego nie można powiedzieć o politycznych pogadankach jakie ostatnio urządził Owsiak na Przystanku Woodstock, który - jak mówią sami organizatorzy - jest immanentnym składnikiem charytatywnej działalności WOŚP-u. Otóż na ostatnim Przystanku, który odbywał się w atmosferze ostrego sporu politycznego, wystąpiły dwie symboliczne postacie polskiego postkomunizmu. Tomasz Lis i abp Józef Życiński. Pierwszy podjął się roli obrońcy postkomunistycznych układów na niwie polityczno-medialnej, drugi to główny obrońca agentury w polskim kościele. Te dwie osoby, na wyraźne zaproszenie Owsiaka, dostały szansę promowania swojej ideologii wśród młodzieży, tuż przed wyborami parlamentarnymi. Apolityczność działalności "Jurka" to mit. Wystarczy poczytać jego blog, który aż kipi podskórnym politykierstwem. Ale znacznie ciekawszy jest zabieg medialny polegający na ustawianiu Owsiaka w opozycji do ojca Rydzyka. Gdy wywołano zamieszanie wokół dotacji unijnych, o jakie starał się dyrektor Radia Maryja, w mediach pojawił się także Owsiak, który "gratulował Rydzykowi wyciągnięcia wielkiej kasy". To zestawienie miało służyć zwykłemu celowi propagandowemu: oto ziejący nienawiścią antysemita z Torunia wyciąga łapę po pieniądze, które poczciwy "Jurek" mógłby przecież przeznaczyć na chore dzieci. Taka jest właśnie rola Owsiaka, jaką wyznaczył mu salon w podsycanym bezustannie sporze Polski zaściankowej i katolickiej z Polską postępową i laicką.
Jego działalność określana jest jako pozbawiona pierwiastka religii czy ideologii chęć bezinteresownej pomocy bliźnim. I dlatego jest tak promowana. Stanowi bowiem alternatywę dla dobroczynności chrześcijańskiej, która zakłada ideę pomocy dla człowieka rozumianego jako istota stworzona na obraz i podobieństwo boże. Pomoc taka nie kończy się więc na zakupie lekarstw czy ubrań, ale rozciąga się na wzięcie odpowiedzialności za zbawienie bliźniego, a więc za jego sytuację moralną, za stan jego ducha a nie tylko ciała. A to z kolei implikuje konieczność stawiania zarówno darczyńcy jak i obdarowanemu wymagań moralnych. WOŚP to zupełna antyteza tego rodzaju dobroczynności: promocja całkowitej dowolności moralnej, oderwania aspektu cielesnego od aspektu duchowego. Dezintegracja. A wszystko to odbywa się pod płaszczykiem "tolerancji" i rzekomej chęci unikania ideologicznego subiektywizmu.
Jerzy Owsiak nie odrywa się od ideologii - wręcz przeciwnie, jest jednym z głównych graczy na ideologicznej mapie Polski. Szef WOŚP-u to rodzaj ludowego nauczyciela postmodernizmu dla młodzieży, a więc audytorium nieuświadomionego. Jego działalność zwerbalizowana słynnym "Róbta co chceta" kojarzy mi się z nadrabianiem zaległości z rewolucji obyczajowej 1968 roku. W latach 60-tych popularne stało się przypisywane Sartre'owi hasło "Zakazuje się zakazywać". Z tej rewolty wyrosło "pokolenie 68", które dziś rządzi Europą. Czy z rewolty Owsiaka, to jest spośród tarzających się w błocie tłumów, do których przemawiają agenci komunistyczni, politykierzy i piewcy postkomunizmu, ma powstać polskie "pokolenie 68", które w duchu "Róbta co chceta" (czyli polskiego "Zakazuje się zakazywać") przejmie za 30 lat rząd dusz nad Wisłą?
I tutaj wróćmy na moment do początku: czy propaganda potrzebuje trwałej gotowości do czynienia dobra, wytrwałej i mozolnej pracy anonimowych samarytan, czy raczej eventu, fajerwerków i rozgłosu? Odpowiedź wydaje się oczywista. Nie bądźmy naiwni: zarówno "Róbta co chceta", Lis, Życiński jak i krytyka Radia Maryja są elementem niepisanego dealu, dzięki któremu mamy WOŚP i Przystanek Woodstock.



Komentarze
Pokaż komentarze (34)