Elastyczność to cecha niezbędna każdemu politykowi. Sztuka ta polega na umiejętnym relatywizowaniu własnej postawy względem zmieniających się okoliczności, tak aby nikt nie zauważył, że zmieniliśmy zdanie o 180 stopni. Już słynny Niccolo Machiavelli nauczał, że "politykowi nie wolno być niewolnikiem własnych słów".
Miano Najbardziej Elastycznego Polityka ostatnich miesięcy należy się niewątpliwie ministrowi Radkowi Sikorskiemu. Gdy był jeszcze w kaczystowskim rządzie, wywołał niemałe oburzenie na warszawskich i zagranicznych salonach nazywając projekt gazociągu północnego "nowym paktem Ribbentrop - Mołotow". Mówiło się, że pisowski rząd, przy pomocy ministra obrony narodowej "macha szabelką". Nie dalej jak dwa dni temu widziałem zaś Radka Sikorskiego, tym razem w roli ministra spraw zagranicznych w nowym, lepszym rządzie, składającego na Kremlu pokłony kagiebowskim funkcjonariuszom przebranym w garnitury dyplomatów i zapewniającego, że właściwie to nie ma nic przeciwko gazociągowi północnemu, a nawet jeśli, to Rosja "może liczyć na pragmatyzm z naszej strony". A więc nowe - stare otwarcie w relacjach polsko - rosyjskich zmusiło naszego "obywatela strefy zdekomunizowanej" do nie lada elastyczności. Każdy bowiem patriota, a za takiego niewątpliwie uważa się Sikorski, do ostatniej kropli krwi bronił będzie ojczyzny przed paktami dwóch okupantów. Od takiej postawy, do "pragmatyzmu" daleka droga. Media zresztą dosyć łatwo pomogły mu ją przebyć, uwolnić się od własnych słów sprzed dwóch lat, bo o widocznym prima facie dysonansie nikt Najbardziej Elastycznemu Politykowi nie przypomniał. Zresztą, kto mu miał przypomnieć? Ci, którzy wymownie milczeli nad elastycznym wyzywaniem "watahy" i groźbami "wyrżnięcia", kierowanymi przez Sikorskiego w kampanii wyborczej do jeszcze niedawnych swych kolegów z rządu? Wolne żarty. To media mogłyby uczyć elastyczności, a nie ją piętnować.
Niesłychaną elastycznością popisał się ostatnio premier Donald, który dokładnie dwa lata temu o mało nie dostał palpitacji serca (a za nim większość dziennikarzy) gdy się dowiedział, że Kaczor nie pojedzie reprezentować naszego kraju na szczyt w Davos. Dziś nieobecność Tuska w Davos problemem nie jest ani dla niego, ani dla Sikorskiego, który z uśmiechem tłumaczy, że premier ma sporo obowiązków. Nie jest to również problem dla "wnikliwych analityków" z mediów. Widać, wszyscy zgodnie uznali, że premier Kaczyński miał wówczas wolny grafik, a premier Tusk jest po prostu zajęty.
Zresztą, nowy rząd jest cały jakiś taki elastyczny. Gdy dla PO były okoliczności sprzyjające popieraniu lustracji, czyli gdy partia ta nie miała na nią żadnego wpływu ani nie brała za nią odpowiedzialności, wówczas opowiadała się za lustracją totalną. Była bardziej lustracyjna niż Wildstein i Macierewicz razem wzięci. Gdy zaś przejęła władzę, zapowiedziała nie tylko obcięcie funduszy IPNu, ale także zlikwidowanie instytucji prokuratora IPNowskiego, a ustami swoich "bohaterów podziemia" jęła sugerować zamykanie akt. Tak, tych samych akt, co do których jako partia opozycyjna złożyła projekt ustawy o ich całkowitym otwarciu. Podobnie rzecz się miała z kadrami. Gdy PiS mozolnie, przy pomocy konkursów wyłaniał miesiącami nowych dyrektorów regionalnych ZUS, to poseł Chlebowski grzmiał, że to "czystki" i "partyjniactwo". Dziś PO, jednym chirurgicznym cięciem, bezkonkursowo przywróciła na większość tych stanowisk pezetpeerowców tudzież swoich ludzi. Założę się, że poseł Chlebowski ma na to doskonałe wytłumaczenie.
No a stosunek Platformy do Kamińskiego? Jeszcze kilka tygodni temu, w odruchu obronnym, posłowie tej partii wrzeszczeli (albo dla odmiany, jak Julia Pitera, z uśmiechem perorowali), że "CBA popełniło wiele przestępstw", a "generał Kiszczak mógłby się uczyć od Kamińskiego". Dziś już wiemy, że Kamiński zostaje na stanowisku, choć tylko dlatego, że ustawa nie pozwala go zwolnić jeśli nic złego nie uczynił. Nawiasem mówiąc, Tusk pewnie żałuje, że wśród przyczyn odwołania szefa CBA, obok przestępstw i innych łajdactw, nie znalazło się rozkochiwanie aferzystek. No ale przecież to miał być przestępca, drugi Kiszczak, jak przekonywali politycy, trzymając w dłoniach tajny dla wszystkich, "porażający" raport na temat CBA!
Na tę okoliczność należy jeszcze przypomnieć reakcje tych samych polityków na gwałtowne wypowiedzi Ziobry czy Kaczyńskiego na temat aferzystów lub lekarzy-łapowników. Jakieś wnioski?
Sztukę elastyczności opanowali także polityczni przeciwnicy premiera Tuska. Uznali oni bowiem, że nie warto być niewolnikami własnych słów, zapisanych do tego grubą trzcionką w raporcie z likwidacji WSI i postanowili zwolnić od zaraportowania swojego kolegę Pawła Kowala. Oczywiście tłumaczenia PiSiaków, że Kowal nie został zwerbowany na agenta i że WSI działało akurat w jego przypadku zgodnie ze wszelkimi regułami, są, jak zawsze w takich sytuacjach, bardzo logiczne i przekonujące. Zastanawia mnie jednak, czy gdyby jakiś poseł PO był również zarejestrowany jako agent WSI, to trafiłby do raportu, czy nie? Zapewne już nigdy się tego nie dowiemy. Możemy się tylko domyślać, jak elastycznie by nam to uzasadniono. Zapewne nie mniej elastycznie, niż Kazio Marcinkiewicz, który tuż przed ostatnimi wyborami poparł tych, których jeszcze niedawno nazywał "cieniasami".
Nie zapominajmy również o postkomunistach. Ich elastyczność jest już niemal symboliczna, przysłowiowa. Posłużę się więc symbolicznym przykładem Kwaśniewskiego, który potrafił odznaczać najważniejszymi orderami państwowymi zarówno bohaterów podziemia antykomunistycznego (Modzelewski, Kuroń) jak i ich oprawców (Supruniuk).
Jakkolwiek mistrzem elastyczności ostatnich miesięcy jest niewątpliwie Radek Sikorski, to ani on, ani jego szef Donald, ani Kaczor, ani nawet Kwaśniewski nie mogą w tej sztuce dorównać Lechowi Wałęsie. Co takiego mistrzowskiego jest w elastyczności Wałęsy? Podczas gdy zmiana postaw poprzednich panów byłą rozciągnięta w czasie, Lech Wałęsa potrafił być niemal jednocześnie "za, a nawet przeciw". Potrafił przyznać się do bycia donosicielem SB, by jednocześnie temu zaprzeczyć, potrafił wyprowadzić wojska radzieckie z terenów Rzeczpospolitej i jednocześnie wprowadzać na ich miejsce radzieckie firmy, wreszcie był wojującym antykomunistą, ale i wspierał "lewą nogę". Nikt za tą falą elastycznych manewrów nie nadążał, nikt ich nie rozumiał. Dlatego wszyscy zgodnie uznali Wałęsę za mędrca, czyli mistrza uwalniania się od własnych słów. A Tusk, nazywający notabene Wałęsę swoim "mistrzem" , słusznie zauważył, że jest on nie tylko pierwszym mędrcem Polski ale i nawet Europy. Postanowił więc zgłosić byłego prezydenta do Europejskiej Rady Mędrców. Zasad florenckiego nauczyciela elastyczności muszą bowiem uczyć najwybitniejsi mędrcy - praktycy.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)