Jak poinformowały półgębkiem niektóre gazety, kilka dni temu doszło do porozumienia ministrów edukacji Polski i Niemiec, na mocy którego najpóźniej za cztery lata do szkół wejdzie wspólny, polsko - niemiecki podręcznik historii.
Oczywiście, wspólne pisanie historii jest znacznie bardziej potrzebne Niemcom aniżeli nam, bo po pierwsze, to oni mają kilka spraw do załatwienia na tym polu (wypędzenia, reparacje wojenne), a po drugie, w świadomości mniej postępowych Polaków nasi sąsiedzi niestety nadal występują w charakterze oprawców. Pojednanie oprawcy i ofiary wspólnie uchwaloną wizją wzajemnych zaszłości to idealny sposób "zamknięcia tego smutnego rozdziału" w stosunkach między oboma narodami. Polacy oczywiście nie mają w tej inicjatywie żadnego, ale to żadnego interesu, bo i nie roszczą sobie - poza prawdą o przeszłości - żadnych pretensji, które miałyby mieć genezę w latach 1939-1945. Rodzi się tedy kolejne kłopotliwe pytanie, którym media nie zaprzątają głowy premierowi Donaldowi: co u licha chcemy tutaj w Polsce przy pomocy owego podręcznika osiągnąć? Po co nam on?
Ostatnia wizyta polskiego premiera w Niemczech, umiarkowanie przemilczana w mediach z tego prostego powodu, że była zwykłą kompromitacją, pokazała w jaki sposób Niemcy traktują nowy polski rząd. Podczas gdy rząd poprzedni krytykowali, to owa krytyka była odpowiedzią na nasze stanowiska w sprawach np. historycznych, rząd Donalda chwalą, ale in meritum zwyczajnie przemilczają i olewają. Premier Donald jechał do Berlina z wymyślonym przez speców od marketingu (bo przecież nie od historii) pomysłem wspólnego polsko - niemieckiego muzeum Drugiej Wojny Światowej oraz cyrografem zgody na przystąpienie Polski do niemieckiej inicjatywy upamiętniania wypędzeń. I co? I pstro. Kanclerz Merkel nie chciało się nawet odnieść do polskich umizgów. Pogłaskała Donalda (który, jak polecili piarowcy, zapewne żachnął się "mów mi Donek"), klepnęła w pupcię i odesłała do domu z niczym.
Przypominam wydźwięk tej wizyty, bo pokazuje ona jakie jest stanowisko polskich władz w kwestii wspólnych inicjatyw polsko - niemieckich. Żadnych wspólnych inicjatyw de facto nie ma. Jest to, czego chcą Szwaby oraz to na co się łaskawie zgodzą.
Niemcy, wkręcając nas w ten wspólny podręcznik biorą przykład z nie byle kogo, bo z Żydów. To Naród Wybrany pokazał jak należy mówić o Drugiej Wojnie Światowej, by osiągnąć swoje aktualne tak polityczne jak i ekonomiczne cele. Przeciętny obywatel Zachodu wie o Drugiej Wojnie Światowej dokładnie tyle co potrzeba: że była to wojna beznarodowych nazistów z narodem żydowskim. Z czym przeciętnemu polskiemu gimnazjaliście uczonemu przy pomocy niemieckiego podręcznika kojarzyć sie będzie II Wojna Światowa? Z wypędzeniami? Różnica wynika li tylko z zasięgu propagandy: Żydzi mają spore instrumentarium kulturowe z Hollywood na czele, Niemcy mają premiera Donka.
Wbrew pozorom, pomysł "wspólnego" pisania historii przez kata i ofiarę nie jest w Polsce nowością. Ta metoda opowiadania o bolesnej przeszłości została zaaplikowana przez Salon po 1989 roku. Porozumienie okrągłostołowe obejmowało bowiem wspólną wersję historii, w której Oberubek jest "człowiekiem honoru" a od totalitarnego dyktatora należy się "odpieprzyć". Oni bowiem też mają prawo - jak przekonywał Salon - do swojej historii na równych prawach co ich ofiary. Dlatego na telewizyjne pogadanki z okazji 13 grudnia, zapraszano opozycjonistów a także Jaruzelskiego, zaś poważne gazety obfitowały w relacje z przygotowań do inwazji radzieckiej. To była pierwsza umowa w sprawie historii zawarta ponad naszymi głowami. Jej skutki odczuwamy do dziś, gdy widzimy sondażowe wyniki poparcia dla decyzji wprowadzającej stan wojenny. Nie dziwi więc, że z pomysłu pisania polsko-niemieckiego podręcznika najbardziej cieszy się Gazeta Wyborcza. Ona doskonale wie po co jest ten podręcznik. Dlatego premiera Donalda nie pyta.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)